Gorący temat

Martwy punkt. Próba obserwatora – różnorodność nie jest niczym złym [recenzja]

Netflix zwykle zbiera cięgi za nadmierną ilość produkcji, które często nie zwyżkują jakością. Do tego częstym zarzutem (zwłaszcza z prawej strony światopoglądowej) obrywa się mu za nadmierną (w mniemaniu niektórych) poprawność polityczną, przemycaną w implementacji wątków LGBTQ+, czy rasowej różnorodności. Komiks Hamisha Stelle’a „Martwy punkt. Próba obserwatora”, będący pierwowzorem serialowej produkcji Netflixa „Martwy punkt. Paranormalny park” to przykład tego, o czym napisałem powyżej – czyli starannie implementowanej różnorodności. Z tą różnicą, że komiksowi Steela (który odpowiada też za scenariusz serialu) nie można odmówić wysokiej jakości końcowego produktu.

Pozornie absurdalny pomysł parku rozrywki, w którym jedna z atrakcji – Nawiedzony Dom – okazuje się naprawdę nawiedzonym miejscem, w dodatku takim, w którym znajdują się wrota do samego Piekła, w finalnym wykonaniu okazuje się świetną mieszanką horroru, komedii i historii obyczajowej. Hamish Steele w ramach swojej niekonwencjonalnej koncepcji fabularnej kładzie akcent na problemy nastolatków, muszących mierzyć się z odrzuceniem, odmiennością, nieumiejętnością radzenia sobie w otaczającym świecie. Smaczku dodaje fakt, że główny bohater jest osobą transseksualną – przez co wchodzi w konflikt z rodziną i ucieka z domu, znajdując bezpieczną (czy na pewno?) przystań właśnie w parku rozrywki, gdzie nie tylko dostaje pracę, ale też zyskuje nowych, nierzadko niezwykłych przyjaciół. I coś, co może nawet po czasie nazwać domem.

Implementacja wątków LGBTQ+, lęków społecznych, braku akceptacji otoczenia dla odmienności – to wszystko elementy składowe świata przedstawionego, który okazuje się niezwykle aktualny. I choć z pewnością oberwie się od katoprawicy zarówno komiksowi, jak i serialowi – za, w ich mniemaniu, polityczną poprawność i szerzenie ideologi gender (cokolwiek by to w ich odczuciu znaczyło), to prawda jest taka, że udało się autorowi pokazać wiele z aktualnych problemów nastoletnich mniejszości. A co ważniejsze, zdołał on uniknąć nadmiernego, płytkiego moralizatorstwa, czy próby nieudolnego (ale obecnego niestety) zbijania kapitału na pisaniu o tych nośnych nie tylko społecznie, ale też popkulturowo, i wciąż mocno obecnych w ogólnym dyskursie tematach. Bo w „Martwym punkcie. Próbie obserwatora” na pierwszy plan wysuwa się przede wszystkim pokręcona, horrorowo – komediowa fabuła o demonach i innych piekielnych pomiotach, wydostających się przez piekielny portal i opętujących co rusz to nowego osobnika, od uroczego (dotychczas) mopsika, po samą właścicielkę parku. Nietrudno się domyślić, że obcowanie z demonicznym portalem owocuje coraz to nowymi kłopotami, więc zwyczajne problemy nastoletnich bohaterów zdają się w zestawieniu wypadać wręcz blado. Ale to dobry sposób na przemycenie ważnej tematyki społecznej i kulturowej w dziele czysto popkulturowym. Czyli – mówiąc krótko – czysto rozrywkowym. Steele odwraca uwagę czytelnika od obyczajowej problematyki, wymyślając coraz to nowe „demoniczne” kłopoty dla swoich postaci, jednak te społeczne kwestie nie znikają. Nie są trywializowane. One nadal, wciąż są obecne, choć czasem może tylko na chwilę schodzą z pierwszego planu. Ale nie znikają, i finalnie będą musiały znaleźć swoje rozstrzygnięcie. Nie pozwolą się zamieść pod dywan, nie znikną, kiedy nie będziemy o nich mówić. Możemy je na chwile odsunąć, odłożyć je w czasie – ale nadal tam będą, czekając na to, aż się z nimi zmierzymy.

I to największy plus komiksu Steele’a – to pokazanie, że problemy – przemilczane – nie znikają, że uciekanie od nich nie ma sensu. A jednocześnie wskazuje, że życie składa się z przeciwności i trosk o wiele większych, niż te osobiste, jednostkowe. Wśród których te nasze, codzienne nie są czymś przerastającym nas. Nie są nie do pokonania. Mimo, że czasem sprawiają takie wrażenie, to tak naprawdę – często z pomocą przyjaciół – kiedy stawimy im czoła, okazują się nie tak straszne, jak je postrzegaliśmy. I że czasem to my sami je wyolbrzymiamy, unikając konfrontacji, która – paradoksalnie – może zadziałać na naszą korzyść.

To komiks zabawny, ale i mądry. Nie moralizujący, nie próbujący łopatologicznej wykładni. To ironiczno – przerażająca historia, zanurzona w oparach absurdu, ale jednocześnie bardzo starannie rozplanowana. Gra z czytelnikiem aurą tajemnicy, sięga po klasyczne motywy grozy, które przekształca i modyfikuje na swoje potrzeby, a jednocześnie uczy tolerancji, akceptacji samych siebie i wartości takich, jak miłość czy przyjaźń, która nie ogląda się na płeć.

Jeśli pamiętacie przecudny serial „Wodogrzmoty Małe”, to docenicie graficzną estetykę i ogólny rys fabularny „Martwego punktu”. Kreska jest podobna, postaci może nieco koślawe, ale urocze w swojej nieforemności, a kolorystyka dobrze dobrana do ogólnej atmosfery. Fabularnie to historia i śmieszna i straszna (chyba w równym stopniu), do tego wzruszająca, nierzadko smutna i mocno zaangażowana społecznie.

Jeśli jesteście otwarci na inność, nie irytuje was różnorodność, społeczna odmienność i chęć życia po swojemu, nie przez wtłoczenie w sztywne, przebrzmiałe normy i zasady rodem z minionych wieków, to komiks was zachwyci. To historia dla nie całkiem dorosłych, ale i już nie dzieci. Nastolatki mogą się z niej wiele dobrego nauczyć, świetnie przy tym bawiąc. I nie ma znaczenia, czy przynależą do środowiska LGBTQ+, czy się z nim identyfikują tożsamościowo, czy też nie. Żyją w takim, a nie innym społeczeństwie, mocno zróżnicowanym, gdzie osoby niebinarne, trans i homoseksualne są obecne, czy się to komuś podoba, czy nie. Ten komiks trochę uczy nas, że to normalne, zwykłe, że to nic niesamowitego. Niesamowity to może być portal do Piekła ukryty w lunaparkowej atrakcji, a nie dwoje ludzi tej samej płci, którzy się kochają, albo nastolatki, które nie czują się w zgodzie ze swoją płcią biologiczną, bo zwyczajnie, takie się urodziły.

„Martwy punkt. Próba obserwatora” to świetna rzecz dla młodszych i starszych czytelników. Dla nastolatków, którzy mogą nauczyć się lepiej radzić sobie z samymi sobą i rówieśnikami (a czasem też z piekielnym pomiotem, jeśli akurat wychynie z jakiegoś demonicznego portalu). I dla dorosłych, którym pokaże, że można wyjść trochę poza skostniałe ramy ortodoksyjnego wychowania, bo świat zwyczajnie się zmienił i już nie jest taki, jak sto lat temu. I całe szczęście, bo inaczej dla wielu z nas nie znalazłoby się w nim dość miejsca.

Martwy punkt. Próba obserwatora

Nasza ocena: - 80%

80%

Scenariusz i rysunki: Hamish Steele. Tłumaczenie: Anna Pochłódka-Wątorek. Wydawnictwo Nowa Baśń 2022

User Rating: Be the first one !

Mariusz Wojteczek

Rrocznik '82. Obecnie Krakus, trochę z przypadku, trochę z zasiedzenia. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4” i „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. W 2018 wydał autorski zbiór opowiadań „Ballady morderców”. Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie i popkulturze – w takiej właśnie kolejności.

Zobacz także

Stan Przyszłości. Batman – Nowy ład w Gotham [recenzja]

“Stan przyszłości. Batman” i wcześniej “Dc Comics: Pokolenia” to pierwsze historie będące pokłosiem eventu “Batman. …

Leave a Reply