Gorący temat

Metro – dobrze, że film jednak nie powstał [recenzja]

Robert Ziębiński pisze w Posłowiu do swojej nowej powieści „Metro”, że miał powstać film wg tego pomysłu. Ale po lekturze odniosłem wrażenie, że dobrze, iż jednak nie wyszło (sorry, Robert). Bo historii z tej książki polska kinematografia chyba by nie udźwignęła, a przynajmniej nie w sposób należyty. A poza tym, wyjściowy konspekt fabuły był prostszy, bardziej w duchu katastroficznym. A „Metro” to powieść w klimacie historii sensacyjnej, w jakim Ziębiński dał się już wcześniej poznać, choćby w „Furii” czy „Lockdownie”. I ta estetyka zdecydowanie mu odpowiada.

„Metro” to przykład dynamicznej powieści sensacyjnej, gdzie krew leje się gęsto, a wydarzenia pędzą z prędkością lokomotywy. Albo wagonu metra. Fabuła, zamknięta w obrębie dosłownie kilku godzin, pokazana z kilku perspektyw, zgrabnie buduje napięcie i udaje jej się podtrzymać nerwowe oczekiwanie u czytelnika aż do ostatnich stron. Tę książkę czyta się szybko, tak szybko, jak akcja posuwa się do przodu. Nie ma tu miejsca na głębsze przemyślenia, na analizy, czy moralne rozważania. Ale – poniekąd – nikt tego nie oczekuje. Albo nie powinien oczekiwać. Bowiem autor jasno określa schemat gatunkowy, jakim zamierza się posłużyć i jakim się finalnie posługuje. Ziębiński to przykład sprawnego rzemieślnika, który doskonale poznał narzędzia, jakie ma dostępne w wybranej przez siebie konwencji i umiejętnie z nich korzysta. Owszem, gra kliszami – czasem nieznacznie je modyfikując, by lepiej wpasować w realia świata przedstawionego – lub też zaprzecza im (tym epickim, filmowym), by pokazać, że życie (i śmierć), rzadko, kiedy ma tak epicki posmak, jak nauczyło nas to widzieć kino.

Ale tym samym, urealnia to opowieść z „Metra”, bo historia, – choć z pozoru niemożliwa – to jednak mogłaby (przynajmniej w części)  zdarzyć się w rzeczywistości. I to odczucie powoduje – przynajmniej na czas lektury – pewien psychiczny dyskomfort, który paradoksalnie działa na korzyść książki, bowiem udziela czytelnikowi tej specyficznej, nerwowej atmosfery, w jakiej bardziej, mocniej odbieramy to, co dzieje się w samej opowieści.

Ci, którzy są bardziej obeznani z twórczością Ziębińskiego, dostrzegą pojawiające się (w mniej lub bardziej eksponowanych epizodach) postaci i miejsca z jego poprzednich powieści. Już pomijając główną bohaterkę Furii, – przez którą miałem w pewnej chwili wrażenie, że czytam jakąś niespodziewaną w tej formie kontynuację wspomnianej książki, – ale także choćby bohaterów i miejsce akcji z serii „Czarny Staw”, czy wzmiankowaną tylko Olgę Maj – główną postać z „Lockdownu”. To trochę kingowski zabieg, takie budowanie powiązanego ze sobą uniwersum, złożonego z różnych, niezależnych od siebie powieści, które jednak rozgrywają się wciąż w tym samym świecie, choć czasem w różnym czasie. Niby detal, ale stanowiący pewien smaczek dla miłośników twórczości Ziębińskiego.

Na uwagę zasługuje też skrajny realizm, z jakim zaprezentował autor „Metra” scenę samej katastrofy podziemnej kolejki. Przerażająco skrupulatnie nakreślona wizja kolejowej katastrofy w ciasnym tunelu nie tylko mogłaby zawstydzić twórców horroru gore (zwykle popadających w przesadę w skrajności opisów, bez większej wartości dla opowiadanej historii). U Ziębińskiego po pierwsze sam akt stanowi niezbywalny element całej opowieści i katalizator praktycznie całej późniejszej linii fabularnej, ale też przykład jak realizm i dosłowność opisywanych zdarzeń może przerażać. O ile bardziej, niż najbardziej wymyślne, ale nieprawdziwe opisy trafiają do czytającego.

Całość „Metra”, owszem, jest bardzo filmowa. Czuć tę miłość Ziębińskiego do kina sensacyjnego, do tej mieszanki współczesnych blockbusterów, opartych na rozmachu kreacji i epickich wręcz efektów specjalnych, – które docierają do widza głównie za sprawą bodźców wizualnych – połączonych z klasyczną, wręcz kameralną historią sensacyjną, jakiej już z coraz mniejszym powodzeniem można szukać we współczesnym kinie sensacyjnym. Jednak nadal twierdzę, że polska kinematografia nie zdołałaby w pełni udźwignąć takiego scenariusza, a spłycenie go i uproszczenie, pozbawiłoby opowieść owej głębi, którą – mimo prostoty – posiada. Przypomina momentami rosyjskie (nomen omen) „Metro” z 2012 roku w reż. Antona Megedricheva, choć tamten film skupiał się na historii katastroficznej, kalkującej w umiejętny sposób klisze kina amerykańskiego, a Ziębiński śmiało idzie dalej, łącząc tę estetykę z pełnokrwistą opowieścią sensacyjną z elementami thrillera politycznego.

Taki – zdawałoby się – miszmasz nie bardzo może się udać. Ale Ziębiński już kilkakrotnie pokazał, że dobrze radzi sobie w zabawach gatunkowymi schematami, w wykorzystywaniu fabularnych klisz, by stworzyć literaturę rozrywkową. I tym razem jest podobnie. Ma być dynamicznie, prosto, widowiskowo – i tak właśnie jest. Nikt nie rozmyśla tu o życiu, choć jego kruchość jest aż nadto widoczna. Bohaterowie nie bardzo mają czas na refleksje – próbuja przeżyć!

Warto sięgnąć po „Metro”, jeśli lubi się literacką, dynamiczną sensację. Powieść, która miała być pierwotnie, wyjściowo, scenariuszem filmu, a stała się kolejnym przykładem dobrej, rzemieślniczej pracy, jaka może nie sięgnie po literackie nagrody, ale niezmiennie zasługuje na szacunek i czytelnicze zainteresowanie.

Metro

Nasza ocena: - 80%

80%

Robert Ziębiński. Wydawnictwo Kobiece 2021

User Rating: Be the first one !

Mariusz Wojteczek

Rrocznik '82. Obecnie Krakus, trochę z przypadku, trochę z zasiedzenia. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4” i „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. W 2018 wydał autorski zbiór opowiadań „Ballady morderców”. Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie i popkulturze – w takiej właśnie kolejności.

Zobacz także

Nad życie. Czego uczą nas umierający – rozmowy o przemijaniu [recenzja]

– Gdyby coś mi się stało, opiekuj się naszym synkiem. – Pamiętaj, że nie chcę …

Leave a Reply