Midsommar. W biały dzień – bad trip [recenzja]

Po przebojowym „Hereditary. Dziedzictwie” z zeszłego roku, filmowemu horrorowi objawiła się nadzieja na przyszłość w postaci Ariego Astera. Jeden udany obraz to jednak trochę mało by mówić o nowej gwieździe gatunku, stąd i na drugie podejście Amerykanina do tematyki grozy wielu czekało, nerwowo ściskając kciuki o rzecz równie udaną. Ich modły zostały wysłuchane.

„Midsommar. W biały dzień” to w podstawach koncept zdecydowanie prostszy niż „Dziedzictwo” – wręcz prostolinijny. Ot, grupka młodych Amerykanów udaje się w nieskalane cywilizacją szwedzkie dzikie ostępy, by tam wziąć udział w nietypowych, ludowych obchodach przesilenia letniego. Zamknięta społeczność i całkowicie odrębne od zachodniego stylu życia zachowania początkowo budzą jedynie pełne politowania uśmiechy, ale już wkrótce nasi bohaterowie zaczynają uświadamiać sobie, że stali się uczestnikami czegoś znacznie bardziej niepokojącego. Na ewentualną ucieczkę może być już jednak za późno.

Najwyraźniejsze zmiany w stosunku do debiutanckiego filmu Astera są widoczne od pierwszych minut seansu. W miejsce demonicznych sił, mamy wyjęty wprost z folk horroru kult słońca rodem ze skąpanych w promieniach naszej gwiazdy Szwecji, a rodzinna trauma przybiera znacznie bardziej personalny wymiar, skoncentrowany wokół Dani, jednej z uczestniczek feralnej wyprawy. Co się z kolei nie zmieniło, to podejście Astera do kina grozy – czyli ambicja by z wyświechtanego tematu zrobić coś, co zostanie w pamięci odbiorcy na długie, pełne rozważań i płomiennych dyskusji wieczory.

Gra więc na naszych przyzwyczajeniach Aster w sposób wręcz koncertowy. Już sam fakt umieszczenia lwiej części akcji filmu w środku dnia mógł zwiastować cokolwiek niestandardowe i odważne podejście do tematu, ale Amerykanin za każdym razem zdaje się uprzedzać jakiekolwiek przewidywania. Tam, gdzie większość horrorów straszyłaby nas sinusoidą wyskakujących zza winkla szkarad, „Midsommar” przeciągniętymi ujęciami i hipnotyczną ścieżką dźwiękową włazi widzowi głęboko za skórę, metodycznie budując nastrój niepokoju i zaszczucia, tylko po to, by we właściwych momentach rozładowywać go groteską i niewymuszonym czarnym humorem. I robi to tak dobrze, że budzące szacunek dwie i pół godziny seansu mijają w iście ekspresowym tempie.

Za taki stan rzeczy odpowiada też po równo sama, poddająca się indywidualnym interpretacjom i pięknie odwracająca optykę naszej oceny sytuacji fabuła, jak i bezbłędna realizacja. O ile o tej pierwszej lepiej wiele się nie rozpisywać – dość powiedzieć, że kiedy już zaznajomieni z piekielnie satysfakcjonującym finałem zdecydujecie się na drugi seans „Midsommar”, pewnikiem dostrzeżecie od groma elementów które za pierwszym razem wam umknęły. Drugi pełnometrażowy film Astera to zresztą kino zmysłów pełną gębą – takie, które ma wprowadzać w narkotyczny trans i takie które należy smakować wszystkimi zmysłami, dając się porwać narracji.

A przychodzi to nader łatwo, bo pod względem technicznym, mamy do czynienia z filmem kompletnym. Karkołomne niekiedy zdjęcia Pawła Pogorzelskiego, przesycony kolorami obraz  i kakofonia dźwięków wylewająca z się z głośników podkreślają błogi, choć zmącony nutką niepokoju nastrój filmu. Genialnie z zespołu aktorskiego wypada za to w szczególności Florence Pugh, która dzieli i rządzi na ekranie. Sporo mówi się o niej w kontekście roli Toni Colette z „Dziedzictwa”, ale Brytyjka buduje postać swojej Dani własnymi środkami co najmniej równie efektywnie. To zdecydowanie talent, o którym usłyszymy jeszcze nie  raz.

„Midsommar. W biały dzień”, to kino które w szczególności spodoba się fanom dzieł pokroju niedawnego remake’u „Suspirii” – takich, w których poziom komplikacji samej fabuły zostaje zarzucony na rzecz metafor i symboliki, a miejsce nagłych skoków napięcia zastępuje niepewność wymieszana z ciągłym dyskomfortem. Niekoniecznie wybitnie przerażające zatem, ale z pewnością jedno z bardziej intrygujących tegorocznych dokonań w gatunku i dowód na to, że kolejnych filmów Astera należy oczekiwać z ekscytacją.

Foto © Gutek Film

Midsommar. W biały dzień.

Nasza ocena: - 90%

90%

Midsommar. W biały dzień. Reżyser: Ari Aster. Obsada: Florence Pugh, Jack Reynor, Will Pulter. USA, 2019.

User Rating: Be the first one !

Maciej Bachorski

Maciej Bachorski
Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i przyzwoitej (znaczy, nie tylko single malt) whisky. Pisywał dla "Playboya", "PIXELA", czy "Wiedzy i Życia", a obecnie współpracuje z "Nową Fantastyką", "CD-Action" i "Netfilmem".

Zobacz także

Diabeł wcielony – różne wersje Boga [recenzja]

Zwykliśmy przyjmować, że nasze życia są sumą podyktowanych światopoglądem wyborów, ale rzadziej już zastanawiamy się, …

Leave a Reply