Gorący temat

Monster Hunter – Milla Jovovich i wielkie bum [recenzja]

Paul W. S. Anderson to obok Michaela Baya I Rolanda Emmericha jeden z tych reżyserów, którzy twórczo zatrzymali się na początku XXI wieku. Jego najnowszy film jest tego dobitnym przykładem.

Te same fabularne klisze, niemal identyczne środki wyrazu, bliźniaczo podobna jakość realizacji – Amerykanin niewątpliwie miał swoje momenty chwały wraz z „Mortal Kombat”, „Ukrytym Wymiarem” czy pierwszą odsłoną „Resident Evil”, ale wraz upływem lat coraz wyraźniejsze staje się, że kolejne produkcje spod jego ręki zaczynają przypominać odgrzewane kotlety. A pomimo tego, wciąż w przedziwny sposób niedopieczone.

„Monster Hunter” zdaje się podtrzymywać ów niechlubny trend, jakość scenariusza umieszczając gdzieś w okolicach ostatniej części wspomnianej wyżej serii z zombie w rolach głównych. Innymi słowy, nawet jeśli spojrzeć nań łaskawym okiem i uznać że jakakolwiek fabuła jest tu w ogóle obecna, to i tak należy spodziewać się przede wszystkim chaosu, przeciętnych CGI wybuchów i kilku sucharów wypowiadanych bez przesadnego zaangażowania przez obsadę. Punktem wspólnym pozostaje też małżonka reżysera i zarazem etatowa odtwórczyni głównych ról w jego filmach, Milla Jovovich. Tu wcielając się w zaprawioną w bojach członkinię sił specjalnych, przyjdzie jej przenieść się do alternatywnego świata, zasłużyć na szacunek lokalnych łowców potworów, a w końcu w ich towarzystwie zmierzyć się z olbrzymimi bestiami i nauczyć się władać równie gigantycznymi, co idiotycznymi brońmi.

Te ostatnie to zresztą najbardziej bodaj charakterystyczny element z serii gier o tym samym tytule, na której licencji film jest oparty. Ci którzy (a są tacy?) w tym momencie właśnie odczuwają przypływ entuzjazmu, rozczarują się szybciej niż Milla ubije swojego pierwszego przeciwnika – na nich i obecności potworów, podobieństwa między materiałem źródłowym, a aktorskim „Monster Hunter” się kończą. Z jednej strony mogłoby wydawać się, że to akurat dobra rzecz – wszak z mariażu elektronicznej rozgrywki z kinem znacznie częściej rodzą się małe potworki w rodzaju „Alone in the Dark”, czy „Assassin’s Creed” niż zupełnie przyzwoity „Silent Hill”, ale nie tym razem. Anderson, jak to miewa w zwyczaju idzie bowiem w zaparte, najwyraźniej w dalszym ciągu żywiąc przekonanie, że chaotyczne sekwencje akcji i pompatyczna ścieżka dźwiękowa wynagrodzą fabularną depresję.

Czasem tak się dzieje – nie od każdej produkcji powinniśmy przecież wymagać Oscarowego scenariusza i emocjonalnej głębi. Warunkiem dobrze spędzonego czasu na czysto rozrywkowych produkcjach, jest jednak ich umiejętność przekonania widza, że w całą tę bezpretensjonalną zabawę włożono serducho, szczerość i frajdę z tworzenia. „Monster Hunter” takich walorów nie posiada za grosz. To kolejna bezpieczna produkcja z Andersonowej taśmy montażowej, w głębokim poważaniu mająca nie tylko logikę i jakikolwiek rozwój bohaterów, ale i przede wszystkim sprawianie radości odbiorcy.

Jako słowo się rzekło na wstępie, równie miałka co treść jest i realizacja. CGI zastosowano tutaj całe tony – ale ze świecą szukać choćby jednej sceny, w której gigantyczne potwory potrafiłyby zmusić nas do reakcji ponad „no w miarę”, a podobnie przeciętny poziom prezentuje obsada, z której da się w ciągu kilku minut nie zapomnieć jedynie Milli Jovovich (bo jest jej dużo) i  Tony’ego Jaa (bo fajnie walczy).

Innymi słowy, na najnowszy film Amerykanina zwyczajnie szkoda czasu – no chyba, że po ciężkim dniu wybitnie potrzebujecie czegoś, czym odciążycie umysł. Ale z drugiej strony i wtedy utrzymanych w podobnym tonie, jakościowo lepszych propozycji jest całe mnóstwo. Może to więc najwyższy czas na wcielenie w życie słów „kończ waść, wstydu oszczędź”, panie Anderson. Bo nie wygląda na to, żeby w przyszłości mogło być lepiej.

Foto © Sony Pictures Releasing

Monster Hunter

Nasza ocena: - 25%

25%

Reżyseria: Paul W. S. Anderson. Obsada: Milla Jovovich, Tony Jaa, Ron Perlman i inni. Kanada/Chiny/Japonia/Niemcy/USA, 2020.

User Rating: 1 ( 1 votes)

Maciej Bachorski

Maciej Bachorski
Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i przyzwoitej (znaczy, nie tylko single malt) whisky. Pisywał dla "Playboya", "PIXELA", czy "Wiedzy i Życia", a obecnie współpracuje z "Nową Fantastyką", "CD-Action" i "Netfilmem".

Zobacz także

Droga bez powrotu. Geneza – podejście siódme znaczy ambitne [recenzja]

Prościutką historię o zamieszkujących amerykańskie lasy zmutowanych kanibalach można lubić albo i nie, ale jedno …

Leave a Reply