Mortal Kombat Legends: Scorpion’s Revenge – krótko, treściwie i mięsiście [recenzja]

Kultowa już seria elektronicznych bijatyk zapoczątkowana przez Eda Boona i Johna Tobiasa, towarzyszy nam już od niemal trzech dekad. W tym czasie uniwersum międzywymiarowego turnieju na śmierć i życie zdążyło rozciągnąć swe macki na filmy kinowe, komiksy, czy seriale telewizyjne. A teraz przyszła pora na fabularny restart historii w postaci filmu animowanego.

Jako słowo się rzekło, „Mortal Kombat Legends: Scorpion’s Revenge” funduje nam powrót do korzeni – będziemy świadkami pierwszego turnieju, ze udziałem znanych wszystkim i kochanym przez lata Johnnym Cage’em,  Sonyą Blade, Shang Tsungiem czy wreszcie tytułowym piekielnym demonem, Scorpionem. Jak wskazuje sam tytuł, w dużej mierze na historię spojrzymy jego oczyma: poczynając od roli szczęśliwego ojca i małżonka, przez brutalny mord na jego rodzinie  i klanie Shirai Ryu podróż do samego piekła, a wreszcie udział w turnieju i próba zemsty na winnych śmierci jego bliskich. Po drodze Hanzo Hasashi będzie miał okazję odkryć jednak, że nie wszystko jest tak proste jak wydawało się na pierwszy rzut oka, a czasem nawet zupełnie obcy mogą okazać się największymi sojusznikami… a zbiegiem czasu być może i przyjaciółmi.

Zamaskowany wojownik przywdziewający zwyczajowo żółto-czarne barwy z nieodłącznym atrybutem w postaci harpuna na łańcuchu to swoista ikona serii – trudno więc się dziwić, że to właśnie od tej postaci rozpoczęto zabawą w nowe animowane filmy z uniwersum. Jeśli jednak liczyliście na powiew świeżości, czy inne spojrzenie na tematykę znaną z gier, obejdziecie się smakiem – „Mortal Kombat Legends: Scorpion’s Revenge” to bowiem animacja wyjątkowo prostolinijna, stawiająca na maksimum wrażeń zamiast długiego rozwodzenia się nad moralnością, czy przesadnym zagłębianiem się w wewnętrzne rozterki bohaterów. I tak, powodowany rządzą zemsty Scorpion wraz z ekipą wojowników sieją pożogę wśród siepaczy Shang Tsunga, przy okazji ratując świat. Nic nowego pod słońcem, niekoniecznie też zaskakującego – ale mimo wszystko dostarczającego sporej satysfakcji.

Olbrzymia zasługa w tym wszystkim decyzji Warner Bros Animation o nie ugrzecznianiu materiału względem tego, co znamy z kolejnych lat elektronicznych zmagań. Ekranowe pojedynki postaci są więc dynamiczne i efektowne, ale przede wszystkim diablo brutalne. Wypruwanie wnętrzności, odcinanie rak i nóg, wszelkiego rodzaju rany kłute – wszystkiemu temu przyjrzymy się całkiem dokładnie w ciągu niecałych dziewięćdziesięciu minut seansu. Dodatkowym smaczkiem są znane i lubiane X-raye z gier: czyli prześwietlenia pokazujące nam wewnętrzne obrażenia przy co bardziej dewastujących ciosach. Nie zabrakło też charakterystycznych ruchów dla danej postaci, łącznie ze słynnym „get over here!” tytułowego protagonisty.

Wszystko to bawi i cieszy, jest też prawdziwą kopalnią do wyszukiwania wszelkiego rodzaju smaczków, nawiązań i easter eggów do wcześniejszych dokonań w uniwersum – i to nawet pomimo niezbyt dopracowanej kreski, która szczególnie przy tak dużym natężeniu akcji sprawia wrażenie mocno statycznej. „Mortal Kombat Legends: Scorpion’s Revenge” nie jest więc może najbardziej zaawansowaną technologicznie animacją, ale warto zauważyć, że poniekąd ma w swej toporności pewien rodzaj uroku.

Jak na ledwie osiemdziesięciominutowy seans, bezpretensjonalnej zabawy jest zatem całkiem sporo – czy to względu na możliwość obejrzenia naszych ulubieńców w najbardziej nieokiełznanych wersjach, czy też powodowanej chęcią dobrego nastrojenia się przed nadchodzącym z wolna kolejnym podejściem do filmu kinowego. Niezależnie od naszych motywacji, o wyniki sprzedażowe „Mortal Kombat Legends: Scorpion’s Revenge” można być raczej spokojnym – a tym samym nie pozostaje nic innego, jak czekać na – być może jeszcze lepszą – część drugą.

Foto: DC Entertainment / Warner Bros. Animation

Mortal Kombat Legends: Scorpion’s Revenge

Nasza ocena: - 70%

70%

Reżyseria: Ethan Spaulding. Obsada: Patrick Seitz, Steve Blum, Jordan Rodrigues. USA, 2020.

User Rating: Be the first one !

Maciej Bachorski

Maciej Bachorski
Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i przyzwoitej (znaczy, nie tylko single malt) whisky. Pisywał dla "Playboya", "PIXELA", czy "Wiedzy i Życia", a obecnie współpracuje z "Nową Fantastyką", "CD-Action" i "Netfilmem".

Zobacz także

Proces Siódemki z Chicago – zostaną tylko symboliczne obrazki [recenzja]

“Proces Siódemki z Chicago” Aarona Sorkina pokazuje jak trudno uciec dziś od polityki i podziałów …

Leave a Reply