Omega Men. To już koniec – wieczny śmierci krąg [recenzja]

Komiks “Omega Men” ze scenariuszem Toma Kinga potwierdza zadziwiającą prawdę, że ten autor najlepsze rzeczy tworzy korzystając zawsze z tego samego kompozycyjnego wzoru.

Alfa to początek, omega to koniec. Życie, potem śmierć. Można hołdować im obu i tak dzieje się właśnie w planetarnym układzie Wega, w którym duchowe życie oparte jest na czczeniu jednego bądź drugiego podejścia. Tytuł komiksu to “Omega Men”, a to znaczy że historia skupi się bardziej na tym drugim podejściu, reprezentowanym przez grupkę tytułowych rebeliantów buntujących się przeciwko opresyjnej władzy w postaci zarządzającej układem Vegi Cytadeli. I im bardziej będziemy wgryzać się w fabułę, tym mocniej będziemy im kibicować, nawet jeśli ich działania będą coraz bardziej kontrowersyjne. Prowadzeni przez Kinga do finału, wędrując przez fabułę po kolejnych, ciemiężonych przez Cytadelę planetach, na ostatnich planszach komiksu znajdziemy się jednak w punkcie, w którym ogarną nas coraz większe wątpliwości co do postawy bohaterów (i po trochu naszej), a historia zatoczy cyniczny i niestety bolesny w swej prawdziwości krąg. Zgodnie z tytułem recenzji, nie będzie to opiewany w “Królu Lwie” krąg życia, tylko ten całkowicie przeciwny.

“Omega Men” to rozpisany na dwanaście rozdziałów, autonomiczny komiks, w którym King, podobnie jak w “Misterze Miracle”, bierze na tapetę mniej rozpoznawalnych bohaterów z Uniwersum DC i z ich losów tka uniwersalną opowieść. Fakt, że to jedna z pierwszych prac scenarzysty może zadziwić, ponieważ mamy do czynienia z perfekcyjnie skomponowaną historią. Jej początek bez taryfy ulgowej wrzuca czytelnika w sam środek konfliktu, którego wszelkie niuanse poznajemy wraz z biegiem lektury. Pewną pomocą jest tu krótki wstęp w formie haseł z  Encyklopedii Galaktycznej, w które podają nam podstawowe informacje na temat układu Wegi, umiejscowienia w nim złóż kluczowego dla wszystkich ras we wszechświecie stellarium, roli Cytadeli w zarządzaniu układem. Pojawia się w nim Kyle Rayner, pełniący kiedyś funkcję Green Lanterna, który rozpoczyna na Wedze misję dyplomatyczną polegającą na rozmowach z terrorystami (aktywistami? rebeliantami?) z Omega Men. Ci zamiast rozmawiać porywają ziemskiego superbohatera, wykonują na nim wyrok śmierci podczas transmisji telewizyjnej i odtąd konflikt się tylko zaognia.

Okładkowy opis od razu weryfikuje tę rewelację, ponieważ Kyle Rayner znany obecnie jako Biała Latarnia nadal żyje, tyle że wpada w zawiłą sieć manipulacji ze strony obydwu walczących stron, które pragną wykorzystać jego osobę do własnych celów. Z kolejnymi rozdziałami poznajemy coraz lepiej wszystkich rebeliantów i również coraz lepiej, po odsłanianiu kolejnych faktów na temat działalności Cytadeli, rozumiemy ich motywy. To komiksowa opowieść i atrakcyjni bohaterowie, co jednak, jeśli nałożymy sobie tę fabułę na coś nam bliższego, czyli na naszą rzeczywistość? Czy da się porównać ten konflikt z tymi, które znamy z codziennych serwisów informacyjnych? Według Toma Kinga byłego pracownika CIA jak najbardziej, bo też tworząc fabułę razem ze stronami i źródłami konfliktu czerpał analogie właśnie z naszej rzeczywistości. I może dlatego, komiks “Omega Men” potrafi tak mocno nas zaangażować. 

Jeśli chodzi o jego stronę graficzną, to również odpowiadał za nią niemal debiutant, rysownik z Indii, Barnaby Bagenda. Stworzył z Kingiem znakomity tandem, w wydawałoby się w statycznym układzie dziewięciu kadrów na planszę wprowadzając mnóstwo dynamiki, która wręcz rozsadza fabułę w momentach przełamania tej znanej ze “Strażników” metody kompozycyjnej. Zapamiętamy tutaj każdą postać, bo każdej i rysownik, i scenarzysta nadali indywidualny ton. Dlatego też finał komiksu jest tak bardzo poruszający, bo nawet Ci bohaterowie, którym kibicowaliśmy nie są w stanie przerwać wiecznego kręgu śmierci,  zawsze idącego w parze z ideologicznymi konfliktami i nieustającego nawet po ich zakończeniu, a nawet napędzającego kolejne. Obraz tej wiecznej machiny, tego wiecznie kręcącego się niczym upiorne perpetuum mobile kręgu przytłacza nas po zakończeniu lektury i nie równoważy tego odczucia nawet estetyczna satysfakcja, której dostarcza nam “Omega Men”. Jest jak jest i nic się na tym polu nie zmienia, bo za każdym razem, każda zmiana z biegiem czasu zawraca nas do punktu wyjścia. 

Omega Men. To już koniec

Nasza ocena: - 80%

80%

Scenariusz: Tom King. Rysunki: Barnaby Bagenda. Egmont 2020

User Rating: Be the first one !

Tomasz Miecznikowski

Avatar
Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki" i Instytutu Książki, jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku.

Zobacz także

Dziki Zachód. Calamity Jane, tom 1 – Go West, young woman! [recenzja]

Trzeci komiks w ofercie wydawnictwa Lost in Time zaskakuje wyborem innego gatunku, niż będący wizytówką …

Leave a Reply