Proxima – przejmujący portret macierzyństwa [recenzja]

Co bardziej złośliwi mogliby próbować wpasować film Alice Winocour w ramy feministycznej odpowiedzi na „Pierwszego człowieka”. Ale „Proxima” kryje w sobie znacznie więcej.

Niedaleka przyszłość. Sarah właśnie otrzymała życiową szansę – po długoletnich przygotowaniach, jako jedyna kobieta wejdzie w skład planowanego lotu w kosmos. Szansa na spełnienie marzeń, to jednak równocześnie przekleństwo bohaterki – wybierając się w podróż poza planetę, Sarah pozostawi na Ziemi kilkuletnią córkę. Czasem bowiem najtrudniejszym krokiem ku niepewnej przyszłości jest ten pierwszy, który zmusza do pożegnania się z tym, co dla nas najcenniejsze.

W „Proximie” Winocour podejmuje temat godzenia zawodowych ambicji z rolą rodzica. Jak odnaleźć się w sytuacji, gdy życiowy sukces może na zawsze przekreślić relacje z własnym dzieckiem? Gdzie leży granica między samolubnym dążeniem z nakreślonego z dawna celu, a potrzebą samorealizacji jednostki? Już samo to mogłoby stanowić podstawę do przesadnie sentymentalnego wyciskacza łez w prawdziwie amerykańskim stylu, ale Francuzka świadomie obiera inną drogę. Nie jest do końca tak, że w jej filmie nie znajdzie się kilka scen skrojonych pod co bardziej wrażliwych widzów, ale „Proxima” ze swym detalicznym podejściem do zarysowania przygotowań do misji kosmicznej i porzuceniem wątków science fiction, z początku jawi się bardziej jak kino inspirowane dokumentami, niż dramat wycelowany w stronę skomplikowanych relacji rodzinnych. Te na pierwszy plan zaczynają wybijać się bardziej w drugiej połowie filmu, kiedy historia zmierza do nieuchronnej konkluzji, a perspektywa pożegnania staje się dla bohaterów realna jak nigdy wcześniej.

Być może właśnie na tak pozornie chłodno skalkulowanym podejściu zasadza się efektywność działania scen które mają targnąć czułymi strunami naszych dusz – kiedy bowiem Winocour przechodzi do emocjonalnych konkretów, nie są potrzebne żadne słowa. Wystarcza opadająca z łoskotem na ziemię maska profesjonalnego cynizmu bohaterów i wymiana zagubionych spojrzeń, byśmy wraz z nimi łapali głębokie wdechy. Takiego obrazu całości nie psuje nawet mocno życzeniowy finał opowieści, który w przeciwieństwie do reszty filmu, wydaje się działać na zasadzie deus ex machina. To bodaj jedyny fragment „Proximy”, w którym widzimy ewidentny wpływ kina zachodniego – a równocześnie z nim, doświadczamy refleksji w temacie „życie tak nie działa”.

Pomimo tego jednak, film Winocour działa dokładnie tak, jak to sobie obmyśliła reżyserka. Warto zaznaczyć w tym miejscu, że nie udałoby się to tak dobrze, gdyby nie bezbłędny casting. Eva Green w balansowaniu między wrażliwością, graniczącym z brakiem rozsądku uporem i profesjonalizmem, jest w roli Sarah po prostu znakomita. Dzięki wyjątkowo oszczędnej grze, emanująca z niej siła osobowości która musi wziąć na barki podwójny ciężar, jest jeszcze wyraźniejsza. Podobnie dobrze sprawdza się partnerujące jej drugie znane nazwisko w obsadzie. Matt Dillon może co prawda niekiedy przypominać dość stereotypowego samca alfa, ale dostaje kilka fragmentów, które skutecznie wykorzystuje do rozbudowania charakteru i motywacji swojej postaci. Nie sposób też nie wspomnieć o młodej Zélie Boulant, która w roli rozdartej między podziwem i tęsknotą za matką Stellą potrafi sprawić, że kilkukrotnie zaciśnie się nam serce.

Można dopatrywać się w „Proximie” wielu paralel do „Pierwszego człowieka” Damiena Chazelle’a, nie brak też obiegowych opinii, że to tak naprawdę ten sam film w wersji feministycznej. I tak, „Proxima” zdecydowanie jest filmem feministycznym. Obok zmagań z własnymi słabościami i rodzinnym dramatem, Sarah zmuszona jest do rywalizacji w zmaskulinizowanym zawodzie. Na szczęście jednak konflikt na linii kobieta-mężczyzna nie wybrzmiewa tak silnie jak mogłoby się wydawać. Dzięki temu można pokusić się o stwierdzenie, że to dokładnie ten rodzaj feminizmu, który został dobrze zrozumiany i właściwie sportretowany przez twórcę – jego celem nie jest jedynie usilna próba udowodnienia, że „jesteśmy tak samo dobre jak wy, wredni faceci”, a spójna budowa wartego propagowania przekazu siły i determinacji.

Wyłania się z tego film który dokładnie wie co chce nam przekazać i w jaki sposób. „Proxima” nie jest co prawda filmem idealnym, a niektóre wątki, na czele ze wspomnianym finałem wydają się jednak mocno dyskusyjne. Tam jednak gdzie działać powinien, obraz Winocour działa. Poszukujący nietuzinkowego dramatu o tego rodzaju więzach, których nie rozdzieli żaden fizyczny dystans powinni być co najmniej zadowoleni.

Foto © Best Film

Proxima

Nasza ocena: - 70%

70%

Reżyseria: Alice Winocour. Obsada: Eva Green, Matt Dillon, Zélie Boulant i inni. Francja, 2019.

User Rating: Be the first one !

Maciej Bachorski

Maciej Bachorski
Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i przyzwoitej (znaczy, nie tylko single malt) whisky. Pisywał dla "Playboya", "PIXELA", czy "Wiedzy i Życia", a obecnie współpracuje z "Nową Fantastyką", "CD-Action" i "Netfilmem".

Zobacz także

Nieobliczalny – a wystarczyło przeprosić [recenzja]

Zdarzyło się wam kiedyś mieć bardzo zły dzień, taki w którym klakson samochodu za wami …

Leave a Reply