Włoskie wakacje – najlepsze kino na koniec lata [recenzja]

„Włoskie wakacje” to reżyserki debiut Jamesa D’Arcy i najlepsze kino letnie, na jakie możecie w tym roku trafić. Owszem, jest ciut przerysowany, uproszczony pod styl hollywoodzki, ale w trakcie seansu nijak to nie przeszkadza. Niby prosta, ale za to umiejętnie opowiedziana historia, która poniekąd opowiada klasyczną opowieść, ale z jakim czyni to urokiem!

Robert (Liam Neeson) z synem Jackiej (Micheal Richardson) przyjeżdżają do Toskanii, by sprzedać opuszczony dom rodzinny. Jack ma zamiar wykorzystać pozyskane w ten sposób pieniądze na wykupienie londyńskiej galerii sztuki. Miejsce to należy do jego żony, z którą jest w trakcie rozwodu. Ojciec jest niechętny, jednak ulega, mając nadzieję, że poprawi to choć odrobinę jego trudne relacje z synem. Cieniem na nich kładzie się śmierć w wypadku samochodowym żony Roberta, która miała miejsce, kiedy Jack miał zaledwie siedem lat.

Na miejscu, w Toskanii okazuje się, że dom jest w fatalnym stanie. Jeśli sprzedaż ma wygenerować przyzwoity zysk, pozwalający na realizacje planów Jacka – trzeba mu poświęcić o wiele więcej czasu i pracy, niż obydwaj panowie się spodziewali. Więc ich pobyt we Włoszech nieco się przeciągnie… W trakcie prac pojawi się oryginalna agentka nieruchomości Kate (Lindsey Duncan) i młoda, piękna właścicielka restauracji, Natalia (Valeria Bilello), z którą Jack szybko się zaprzyjaźnia…

Ten film na pierwszy rzut oka sięga po oczywistą konwencję komedii romantycznej, kiedy zagubieni w życiu ludzie, będący na zawodowym i życiowym rozdrożu, spotykają się zupełnym przypadkiem… Jednak takie postrzeganie „Włoskich wakacji” byłoby spłyceniem opowiadanej w filmie historii. W tle jest przecież bowiem bolesna historia rodzinna, nieumiejętność radzenia sobie ze stratą, z żałobą, z przechorowywaniem tragedii. Mówi o braku umiejętności dialogu wewnątrz rodziny, co powoduje do bolesnych rozłamów. Owszem, film traktuje wspomniane elementy stosunkowo lekko, to nie jest dramat obyczajowy pełną gębą. Nie stanowi formy terapii, nie roztrząsa problemu w pełni, raczej nieśmiało go akcentuje, zwraca uwagę na fakt, iż takie historie się zdarzają. To tragikomedia i ten drugi człon ma kolosalne znaczenie dla opisania konstrukcji „Włoskich wakacji”. Są momenty wzruszające, są sprawnie nakręcone i świetnie zagrane sceny pojednania ojca z synem. Swoistej spowiedzi, pewnego rodzaju katharsis, które w kilku zdaniach pozwala obnażyć brak zrozumienia, uzupełnić luki w rodzinnej historii, umożliwić pierwszy krok do pojednania. Jednak głównym przekazem, jaki niesie film jest to, że da się żyć dalej, pomimo bolesnych doświadczeń. Nie od nowa – jak słusznie zauważają bohaterowie, ale dalej, pomimo bagażu. A może dzięki niemu? Traumatyczne zdarzenia z przeszłości, problemy, jakie piętrzą się wokół nas i burzą znany, bezpieczny świat wokół mogą być ciężarem, ale umiejętnie przepracowane stają się czymś znacznie cenniejszym – doświadczeniem. I pozwalają iść dalej, szukać swojej ścieżki. Nie tyle zapomnieć, co nauczyć się żyć z bagażem. Kuszą odwagą do zmian.

Ten film można uznać za płytki, prosty, sztampowy wręcz, lecz będzie to próba skrzywdzenia lekkiego, sprawnie wykreowanego kina, które nie pretenduje do epickiego, przełamującego schematy dzieła, ale serwuje nam prostą, przyjemną opowieść z pozytywnym przesłaniem.

Owszem, film przerysowuje, bo w realnym świecie tak łatwo nie da się wszystkiego rzucić i przenieść na drugi koniec Europy. Zwłaszcza w naszych, polskich realiach, z kredytem na mieszkanie na 30 lat i kiepskim etatem w korporacji taka wizja może wydawać się zbyt odrealniona, byśmy kupili bez zastrzeżeń filmową fabułę. Jednak warto spojrzeć na „Włoskie wakacje” z dystansu. Co zobaczymy? Pochwałę prostoty życia, reprezentowaną symbolicznie choćby przez rodzinę Natalii, która potrafi cieszyć się dniem codziennym, czerpać radość z każdej chwili. Robert z Jackiem powoli uczą się tej swobody, tego uwolnienia się od schematu, w jakim tkwią (my także), pozornie nie widząc szansy na wyrwanie się. To film ukazujący – w formie lekkiej, przyjaznej opowieści – to, że zawsze jest szansa na lepsze życie, o ile odważymy się spróbować po nie sięgnąć.

Co ważne, on nie zakłada, że wszystko się uda, że finał, dalszy ciąg będzie beztroski i swobodny, a jedynie pokazuje, że jest na to szansa. Reszta zależy od Roberta, Jacka, Natalii… I od nas samych, jeśli umiejętnie na to spojrzymy.

„Włoskie wakacje” to z pewnością nie jest kino odkrywcze, nowatorskie, zaskakujące. Nie obala mitów, nie roztrząsa egzystencjalnych problemów, nie mierzy się ze społecznymi traumami.

Opowiada słodko – gorzką historię z happy endem jako punktem wyjściowym, który dalszy ciąg pozostawia w rękach swoich bohaterów. Lekki, przyjemny, raczący nas dobrą grą aktorską i zapierającymi dech plenerami Toskanii.

Na wakacyjne kino to zestaw absolutnie idealny.

Włoskie wakacje

Nasza ocena: - 85%

85%

Reżyseria: James D'Arcy. Obsada: Liam Neeson, Micheal Richardson, Valeria Bilello, Lindsay Duncan. Wielka Brytania 2020

User Rating: Be the first one !

Mariusz Wojteczek

Avatar
Rrocznik '82. Obecnie Krakus, trochę z przypadku, trochę z zasiedzenia. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4” i „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. W 2018 wydał autorski zbiór opowiadań „Ballady morderców”. Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie i popkulturze – w takiej właśnie kolejności.

Zobacz także

Diabeł wcielony – różne wersje Boga [recenzja]

Zwykliśmy przyjmować, że nasze życia są sumą podyktowanych światopoglądem wyborów, ale rzadziej już zastanawiamy się, …

Leave a Reply