Gorący temat

Rat Queens, tom 7: Niech żyje król – fundament przyjaźni [recenzja]

“Rat Queens” na naszym poletku nie jest raczej serią, na którą wyczekuje się z utęsknieniem, ale właśnie na siódmy tom historii stworzonej przez Kurta Wiebe jednak warto było czekać. 

Już w recenzji poprzedniego tomu wspominałem, że tę serię powinno się przeczytać ponownie przed lekturą najnowszej odsłony, choć na takie ponowne lektury brakuje zwyczajnie czasu. A przydaloby sie to zrobić także w tym przypadku, zanim zaczniemy czytać “Niech żyje król”, poniewaz na scenę wkracza tu postać, o której wielu czytelników zdołało zapewne zapomnieć, choć jakieś wspomnienie się w głowie kołaczą, gdy do Palisady przybywa, by zaprowadzić w niej własne porządki, tytułowy król.

Ale wybiegamy trochę w przyszłość. Poprzedni tom, z byłą członkinią Królowych w jednej z wiodących ról był całkiem miłą lekturą, z konkretnym zadaniem i przeciwnościami losu, z którymi bohaterki nie do końca sobie poradziły. Zanim przejdziemy w siódmym tomie do kolejnej przygody, na przystawkę dostajemy pojedynczą i co tu dużo ukrywać, bardzo udaną historię z (wrednymi) jednorożcami w tle.  Jest tu czas i miejsce by kilka razy zakpić z tradycyjnych motywów fantasy i urządzić widowiskową jatkę. W ogóle w tym przypadku dociera do nas świadomośc, że w “Rat Queens” brakuje jednozeszytówek (w poprzednim tomie mielismy tę cyberpunkową), takich z nie przeciąganym na siłę pomysłem i gdyby twórcy zdecydowali się na cały album właśnie w takiej formule, byłoby to z pożytkiem dla serii.

W “Bagiennych igraszkach” udział w zadaniu bierze jeszcze Violet, ale jak pamiętamy z ostatniej planszy “Piekielnego szlaku”, rudowłosa szczurza królowa właśnie wyszła za mąż i tym samym w naturalny sposób opuściła swoje towarzyszki. W zamian mamy jednak Maddie, jak dotąd dość niepozorną, ale jak się okazuje w tym tomie, równorzędną partnerkę dla reszty pań. Violet jest jednak wciąż ważna dla pozostałych królowych, bo to dzięki niej, po pierwszej porażce z panoszącym się  Palisadzie królem wyruszają na wyprawę po enigmatyczną, straszliwą broń, która pomoże im w kolejnym starciu. To bardzo fajnie pomyślany motyw, z pasującym do konwencji i charakteru bohaterek rozwiązaniem, w którym prześmiewczy duch przygody miesza się z poczuciem jak wiele warta jest ich wspólna przyjaźń. Bo właśnie o tym głównie, często o trudnej przyjaźni i relacjach wewnątrz grupy jest ów komiks, a siódmy tom dodatkowo cieszy czasem zabawnymi, a czasem autentycznie gorzkimi dialogami. 

Twórcy (znowu mamy nowe osoby w zespole, nawet Kurta Wiebe zastąpił Ryan Ferrier, to jakaś klątwa, czy co?) w ciekawy sposób korzystają z odniesień do współczesności, choćby w wątku zmagającej się z choroba alkoholową Betty, której Dee wyczarowuje wspierającą ją sponsorkę. Sama postać tytułowego króla, kiedy już dowiadujemy się kto zacz, pociągnięta jest w scenariuszu grubą, sarkastyczną kreską, choć po prawdzie za tą przerysowaną, żenującą postacią kryje się prawdziwy łajdak. No i rysunki rzecz jasna znowu są inne, w “Rat Queens” nie ma co przyzwyczajać się do jednego, graficznego stylu, ale może na tym to właśnie polega, na różnorodności bohaterek, która jest fundamentem ich przyjaźni. Siódmy tom zatem za nami, seria złapała właściwy fabularny rytm, ale czy zdoła go utrzymać, przekonamy się pewnie za jakiś czas. 

 

Rat Queens, tom 7: Niech żyje król

Nasza ocena: - 70%

70%

Scenariusz: Ryan Ferrier. Rysunki: Marco Lesko i inni. Tłumaczenie: Maciej Muszalski. Non Stop Comics 2022

User Rating: Be the first one !

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki" i Instytutu Książki, jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku.

Zobacz także

Rorschach – druga fala kosmicznych kałamarnic [recenzja]

Rorschach był jednym z najbardziej charakterystycznych bohaterów “Strażników” Alana Moore’a. Czy nowy album z Egmontu …

Leave a Reply