Gorący temat

Ruiny – banalny pomysł w znakomitym wykonaniu [recenzja]

„Ruiny” Scotta Smitha bynajmniej nie debiutują – w wydaniu Wydawnictwa Vesper – na polskim rynku. Już w 2007 roku książka ta pojawiła się w Polsce nakładem Wydawnictwa Albatros, rok później zresztą wznowiona przez tego samego wydawcę. Wraca ponownie, tym razem nakładem Wydawnictwa Vesper, w eleganckiej twardej oprawie, ze znakomitą grafiką okładkową i ilustracjami Macieja Kamudy. Ale najważniejszym powodem, przez który warto na tę pozycję zwrócić uwagę jest to, że to jeden z najlepszych współczesnych literackich horrorów.

A to zaskakujące, zważywszy na niesamowicie ograniczoną przestrzeń, w jakiej rozgrywa się akcja „Ruin”. I fakt, na jak banalnym pomyśle cała fabuła została oparta. Otwarcie to tak naprawdę podkładka pod tendencyjny slasher, w którym grupka młodych ludzi wybiera się na wakacje życia na południe Meksyku. Miała być plaża, morze, drinki i zwiedzanie stosunkowo egzotycznego – z amerykańskiej perspektywy – kraju. Ale sprawy się komplikują, kiedy grupa Amerykanów, z poznanym na miejscu Grekiem oraz Niemcem wyruszają do dżungli, w rejon wykopalisk archeologicznych, gdzie udać się miał brat ostatniego z wymienionych. I zaczyna się koszmar.

Najpierw grupę zaskakuje niepokojąca – i wręcz agresywna – reakcja tubylców z pobliskiej wnioski, którzy bardzo usilnie próbują nie dopuścić ich do miejsca wykopalisk – na tajemnicze, porośnięte pnączem wzgórze, na którym mają być prowadzone wspomniane prace archeologiczne. Jednak, kiedy jedno z grupy przekroczy pas oczyszczonej ziemi wokół tytułowych ruin, zachowanie Majów zmienia się drastycznie. Działając jeszcze bardziej agresywnie, niż wcześniej i grożąc bronią, zaganiają całą zdezorientowaną grupkę na wzgórze… A tam młodzi turyści nie znajdują nikogo. Jedynie opustoszałe namioty i porzucony sprzęt.

„Ruiny” rozgrywają się praktycznie w całości na wspomnianym wzgórzu. Bohaterowie – otoczeni przez nieprzychylnych, wręcz otwarcie wrogich lokalsów zostają na nim uwięzieni, a napięcie zaczyna narastać z każdą chwilą. Z każdym, coraz to nowym, makabrycznym odkryciem i z każdym następnym dramatycznym wypadkiem wzrasta ich przerażenie, rośnie napięcie i poczucie osaczenia. A także nasz, współdzielony z nimi lęk. Bowiem to jest najsilniejszym punktem powieści – ta sztuka oddziaływania na odbiorcę, ta łatwość, z jaką możemy się identyfikować z ich odczuciami, z ich strachem, z ich poczuciem wzrastającej z każdą chwilą beznadziei.

Nieliczne czasowe retrospekcje, przybliżające nam przede wszystkim charakter i sposób bycia poszczególnych bohaterów nie zmieniają faktu, że cały dramat rozgrywa się na bardzo ograniczonej przestrzeni i w stosunkowo mocno okrojonym czasie. I nawet dość sztampowy pomysł zabójczej, quasi inteligentnej i zdecydowanie drapieżnej rośliny nie psuje efektu. Smith świetnie portretuje swoje postaci, trochę mrugając okiem do czytelników, kiedy sami bohaterowie dywagują, kto mógłby ich zagrać w hollywoodzkiej organizacji i przypisują sobie cechy adekwatne dla kreacji z niskobudżetowych horrorów. Taki podział funkcji odnajdziemy zresztą – może i nieprzesadnie uwypuklony, ale jednak obecny – także w „Ruinach”. I to sprawia, że z jednej strony łatwiej się nam zbratać z postaciami, bliżej nam do nich, bowiem to swojski, znajomy schemat ról i zachowań, a do tego zgrabne balansowanie naszymi podstawowymi lękami, wynikającymi z konfrontacji z nieznanym, z dziką przyrodą, wobec której ujawnia się nasza maleńkość, nasza bezsilność. I – powtarzam raz jeszcze – mimo miałkości samego pomysłu o drapieżnej, myślącej roślinie, która w przedstawionej przez Smitha formie nie ma biologicznej racji bytu i jest pomysłem rodem z science – fiction (z silnym akcentem na fiction), to jednak całość opowieści pozwala nam śmiało „zawiesić niewiarę” (posiłkując się sformułowaniem N. Carrolla z „Filozofii horroru”), przynajmniej na czas lektury i przeżywać emocje bohaterów, odczuwać tragizm ich położenia, ich lęki i osamotnienie.

Kojarzą się konceptualnie „Ruiny” z opowiadaniem Stephena Kinga pt. „Tratwa” (z tomu „Szkieletowa załoga”). Tam też nastolatkowie, uwięzieni na tytułowej tratwie trzymani są w szachu przez tajemniczą substancję w wodzie. Brak końcowego wyjaśnienia, czym w istocie było zagrożenie, jest zabiegiem identycznym, jaki zastosował w „Ruinach” Smith. Liczy się osaczenie, brak możliwości wyrwania się z impasu, ze względu na ograniczenia czasowe, ale i ogólny niedobór przygotowania. Młodzi ludzie w „Ruinach” nie planowali samotnego obozowania w dżungli przez dłuższy czas – tak jak postaci z ‘tratwy” nie spodziewali się uwięzienia na platformie na środku jeziora. Nie są do niego przygotowani, nie mają wody, jedzenia. Są na łasce natury – w dodatku natury wyraźnie im zagrażającej – ale i na łasce okolicznych mieszkańców, nie mniej wrogo nastawionych. Są w potrzasku i poczucie identyfikacji z nimi, odruchowe postawienie się na ich miejscu przeraża odbiorcę najmocniej.

Smith znakomicie dawkuje napięcie, ale też szczątkowo, powolnie opowiada o własnych postaciach. Pisze o nich mało, serwując raz po raz szczątkowe informacje, mające pozwolić mu -skutecznie – obnażać przed nami całość obrazu, ukazując dominujące cechy charakteru każdego z nich dopiero w kontekście sytuacyjnym.

Styl pisania Smitha jest prosty, oszczędny. Surowy. Ale dobrze wpisuje się w specyfikę powieści, w tempo fabuły, w sam pierwotny pomysł. To proza, która wykorzystuje klisze, by pokazać, że niekoniecznie potrzeba wymyślać coś zupełnie nowatorskiego. Czasem wystarczy ubrać to, co znane, w adekwatną oprawę, nadać temu należytą formę.
Tytułowe „ruiny” odnosić się mają zapewne do wzgórza, na którym rozgrywa się akcja. W samej powieści przynajmniej raz sam autor używa tego określenia. Czy w domyśle wzgórze miało być jakąś pozostałością po zerodowanej, kamiennej piramidzie – na co wskazywałby regularny kształt wzgórza, prowadzone tam wykopaliska, ale też podziemne tunele? Trudno określić to jednoznacznie, jest to jednak jedyne wyjaśnienie tytułu powieści, jakie udało mi się znaleźć.

„Ruiny” to powieść, która radzi sobie przede wszystkim w warstwie klimatu. Poczucie osaczenia, osamotnienia, beznadziei, wynikającej z tragicznego położenia – to wszystko dawkowane jest ostrożnie, z pietyzmem, narastając z każdą kolejną stroną. I wywierającą niesamowite wrażenie. Tak naprawdę bezradność bohaterów jest przerażająca, bowiem łatwo ją nam – czytelnikom – skonfrontować z dowolną, hipotetyczną sytuacją, w jakiej sami moglibyśmy się znaleźć. Mniej, lub bardziej prawdopodobną, jednak zawsze skupiającą się na naszej niemocy wobec zagrożenia. I sprawdza się tu – jak w każdym dobrym horrorze – że przeraża najbardziej to, co w jakiś sposób możemy uznać za afirmację naszych własnych, wewnętrznych lęków.

Ruiny

Nasza ocena: - 80%

80%

Scott Smith. Tłumaczenie: Danuta Górska. Wydawnictwo Vesper 2022

User Rating: Be the first one !

Mariusz Wojteczek

Rrocznik '82. Obecnie Krakus, trochę z przypadku, trochę z zasiedzenia. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4” i „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. W 2018 wydał autorski zbiór opowiadań „Ballady morderców”. Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie i popkulturze – w takiej właśnie kolejności.

Zobacz także

Otchłań – wszechświat obok nas [recenzja]

Choć zajmują ponad 70% powierzchni naszej planety, morza i oceany pozostają dla nas miejscami bardziej …

Leave a Reply