Gorący temat

Trzynastu – humanizm na pierwszym miejscu [recenzja]

Gdy 10 lipca 2018 roku, spoglądający na wydarzenia w tajskiej jaskini Tham Luang cały świat kolektywnie odetchnął z ulgą, ktoś znający cynizm i chęć monetyzacji emocjonalnych historii przemysłu rozrywkowego mógłby zawyrokować: „zrobią z tego film”. Bez większego zaskoczenia, owo przekonanie wkrótce stało się faktem – ale cokolwiek nieoczekiwanie, całe przedsięwzięcie zostało zrealizowane z bardziej przemyślanym podejściem do tematu, niż można byłoby się spodziewać.

„Trzynastu” to jak łatwo się domyślić, dramatyzacja wydarzeń rozgrywających się na przestrzeni od 23 czerwca do 10 lipca 2018 roku, gdy dwunastu chłopców należących do lokalnej drużyny piłkarskiej oraz ich trener zostali uwięzieni, a następnie odnalezieni i uratowani z jaskini Tham Luang. Od samego momentu zgłoszenia zaginięcia cała sytuacja miała wymiar prawdziwej walki z czasem, jako że wejście do jaskini zostało zalane przez intensywne opady deszczu, a przybierający nieustannie poziom wody, kurczące się zapasy tlenu i żywności powodowały, że szanse na uratowanie zaginionych malały z każdą sekundą. Kolektywna akcja ratunkowa przeprowadzona przez oddziały Navy SEALS i amatorskich pomocników z różnych zakątków globu, ostatecznie zakończyła się jednak pełnym sukcesem – i to właśnie na niej, oraz perspektywie dwójki brytyjskich nurków, Johna Volanthena i Richarda Stantona skupia się film.

Jako słowo się rzekło na wstępie, już w momencie gdy się rozgrywały, wydarzenia w północnej Tajlandii można było bez większej przesady potraktować jako niemal gotowy materiał film. Dramatyczna walka z potęgą natury, upływające sekundy i rosnąca niepewność, skontrowane bezinteresownym humanizmem i zwykłą, ludzką chęcią niesienia pomocy, a wreszcie także szalonym planem ratunku i jego niezwykłymi bohaterami, z których jeden ostatecznie poświęcił życie – wszystko to mogło z powodzeniem zostać zaadaptowane na kino spod znaku hollywoodzkich wyciskaczy łez. Na szczęście jednak zatrudniony do pracy nad aktorską wersją historii tandem w osobie Rona Howarda na stanowisku reżysera i Williama Nicholsona odpowiedzialnego za scenariusz postanowił pójść nieco trudniejszą drogą i postawił w dużej mierze na realizm.

Skupiając swoją uwagę na Johnie Volanthenie i Richardzie Stantonie, „Trzynastu” nieco miejsca poświęca zatem sportretowaniu przeciwstawnych charakterów dwójki bohaterów, ale choć stawia ich w centrum wydarzeń, zawsze pozostawia widzowi odpowiednią perspektywę, traktując ich raczej jako trybiki wielkiej machiny, niż samotnych herosów ruszających na ratunek. Centralna część filmu to więc przede wszystkim kulisy całej akcji ratunkowej: trudności związane z przedostaniem się przez zatopioną część jaskiń czy detale związane z zaplanowaniem całej operacji . Takie podejście to strzał w dziesiątkę – Ron Howard to uznany od lat rzemieślnik, który dokładnie wie jak ukazać akcję w taki sposób by podbić napięcie, czy uświadomić odbiorcy, jak wiele detali mogło w całym zamieszaniu pójść nie tak, ale doskonale wie, że w tym wypadku historia broni się sama, bez konieczności popadania w przesadnie patetyczny ton.

Surowy, nieomal dokumentalistyczny styl znajduje swoje odzwierciedlenie w precyzyjnej pozbawionej efekciarstwa realizacji. Najważniejszą rolę odgrywają tu podwodne ujęcia w ciasnych korytarzach – nie tylko mogą przyprawić co bardziej wrażliwych widzów o klaustrofobię, ale uświadamiają, jak wielkim ryzykiem obarczona była cała akcja. W sukurs znakomitej pracy kamery i montażowi, przychodzi tez aktorstwo. Choć na ekranie oglądamy wielkie nazwiska w postaci Viggo Mortensena, Colina Farrela czy Joela Edgertona, żaden z nich nie próbuje wypełnić sobą ekranu bardziej niż to konieczne dla sportretowania samych bohaterów.

Jeśli jest coś, co działa na niekorzyść „Trzynastu”, to najpewniej fakt, że.. wszystko to o czym opowiada, zostało w detaliczny sposób wyłożone w dokumencie „Na ratunek: misja w jaskini”, w którym podziwiać możemy prawdziwych bohaterów dramatu. Mimo że można w związku z tym zadawać pytanie o sens jego powstania, film Rona Howarda, to dość niespodziewanie stonowana produkcja, która zamiast w oczywisty sposób grać na emocjach odbiorcy, zapewnia mu wgląd z nieco innej perspektywy w jedno z najbardziej przywracających wiarę w ludzkość przedsięwzięć ostatnich lat. A to w dzisiejszych czasach rzecz na wagę złota.

Foto © Amazon Studios

Trzynastu

Nasza ocena: - 75%

75%

Reżyseria: Ron Howard. Obsada: Colin Farrell, Viggo Mortensen, Joel Edgerton i inni. Wielka Brytania, 2022.

User Rating: Be the first one !

Maciej Bachorski

Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i przyzwoitej (znaczy, nie tylko single malt) whisky. Pisywał dla "Playboya", "PIXELA", czy "Wiedzy i Życia", a obecnie współpracuje z "Nową Fantastyką", "CD-Action" i "Netfilmem".

Zobacz także

Vesper – postapokalipsa z promyczkiem nadziei [recenzja]

Niezależne filmowe science fiction zrealizowane w jakości dalece wykraczającej poza ich budżet to rzecz wielce …

Leave a Reply