Gorący temat

Rzeźnia numer pięć – wciąż aktualny głos antywojenny w komiksowej aranżacji [recenzja]

„Rzeźnia numer 5” – będąca niewątpliwie najważniejszą pozycją w dorobku amerykańskiego pisarza Kurta Vonneguta – stanowi jedno z najstraszniejszych, a zarazem najbardziej groteskowych świadectw wojennego koszmaru w historii literatury. A jej wierna komiksowa adaptacja nie tylko godnie interpretuje literacki pierwowzór, ale stanowi nad wyraz aktualny głos w ramach antywojennego protestu, jaki stara się obecnie wygłośić większość świata, w obliczu bezprecedensowej napaści Rosji na Ukrainę. I tym bardziej okazuje się wartym przeczytania. I głębokiej refleksji.

Powieść Vonneguta oparta jest na autentycznych doświadczeniach autora, który jako jeniec wojenny przeżył bombardowania Drezna w czasie II wojny światowej. A „Rzeźnia numer 5” najwyraźniej miała być próbą przepracowania traumy tamtego okresu, bowiem pisarz – tak, jak jego bohater – przetrwał naloty bombowe w rzeźniczej chłodni, a potem zmuszony był brać udział w poszukiwaniach i grzebaniu ciał pomordowanych, z czego do końca życia najwyraźniej nie udało mu się w pełni otrząsnąć.

Fabuła komiksu jest ściśle oparta na książkowym oryginale i chwała za to autorom – scenarzyście Ryanowi Northowi i rysownikowi Albertowi Monteysowi – że nie usiłowali poprawiać czy modyfikować tego, co samo w sobie jest już artystycznie spełnione. Bowiem taka jest proza Vonneguta, taka jest literacka opowieść o pokręconych, pełnych fantastycznych elementów losach Billy’ego Pilgrima, mogącego stanowić w pewnym stopniu literackie alter ego samego autora, ze względu na zbieżność biograficznych faktów (choć typowym alter ego pisarza stanowi w jego prozie zazwyczaj Kilgore Trout – postać, jaka również pojawia się w książce).

Northowi udało się zachować duch oryginału, przenieść wiernie na komiksowe plansze całą oś fabularną nakreśloną przez Vonneguta i choć z pewnością nie wyczerpał głębi przekazu powieściowego, to zdołał dotrzymać mu kroku – na ile możliwym było w ramach przetwarzania go na nowe, specyficzne medium, gdzie w dużej mierze funkcję narratora pełnią nie tyle słowa, co obraz. I jedyne, co może tutaj podlegać pewnej polemice, to fakt, czy traktujemy komiks jako medium odmienne, ale równorzędne względem literatury, czy wciąż chcemy – moim zdaniem niesłusznie – traktować je po macoszemu i deprecjonować jego artystyczne znaczenie.

Powieść Vonneguta była swoistym, w znacznym stopniu groteskowym – co często podnosiła krytyka, i przez co powieść borykała się z wieloma przypadkami cenzury – manifestem antywojennym, mającym obnażać okrucieństwo wojny, zwłaszcza w kontekście ataków na obiekty cywilne. I choć dla autora przekaz miał stanowić raczej przepracowywanie traum, niż rzeczywisty, w pełni świadomy protest, to jednak jego odczyt społeczny, w globalnym wymiarze, nie mógł być inny. I nadal taki pozostaje, zwłaszcza w kontekście zdarzeń obecnych, w Ukrainie i w związku z bezprecedensowymi zbrodniami wojennymi popełnianymi przez rosyjską armię.

Adaptacja „Rzeźni numer 5” to głos nie tylko odważny, ale i potrzebny. Komiks, który pozwala zapoznać się jednym z najważniejszych dzieł XX – wiecznej literatury w nowej, ilustrowanej formie. Nie umiem powiedzieć, jak oceniłby wersję komiksową swojej książki sam autor. W moim odczuciu – a, podobnie, jak Ryan North, zaliczam się do zagorzałych miłośników vonnegutowskiej prozy – z powodzeniem przeniesiono powieść w ramy nowego medium. I dobrze, że zacierają się granice formy – dla dzieł o uniwersalnym, wciąż aktualnym niestety, wydźwięku każdy sposób na dotarcie do czytelnika jest cenny. Zwłaszcza wtedy, gdy udaje się to z zachowaniem ducha oryginalnego materiału.

North podtrzymał groteskową, gorzko – ironiczną narrację, typową dla prozy Vonneguta, ale warto podkreślić, że także strona ilustracyjna dobrze wpisuje się w specyfikę opowiadanej historii. Nieco karykaturalne rysunki Alberta Monteysa (zdobywcę Nagrody Eisnera w 2017 roku) dopełniają vonnegutowskiej, opracowanej przez Northa fabuły w sposób adekwatny dla ciężaru przekazu i należycie dopasowują się do autorskiej wizji pisarza.

„Rzeźnia numer 5” to dzieło specyficzne, nie stroniące od ironii, przesycone fantastycznymi motywami podróży w czasie, kontaktów z obcą cywilizacją i międzygalaktycznego dialogu, utrzymane w typowej dla jej autora oniryczno – satyrycznej oprawie, którą twórcy komiksowi zdecydowanie zdołali udźwignąć, choć wiele przecież mogło pójść nie tak, zważywszy na wagę interpretowanego utworu oraz jego trudny przekaz. To komiks wyczerpujący w sposób właściwy cechy adaptacji, pozostając wiernym oryginałowi, ale równocześnie próbując wykorzystać pełnię możliwości, jakie daje wybrane dla adaptacji medium. I z pewnością się to udało.

Rzeźnia numer 5

Nasza ocena: - 90%

90%

Scenariusz: Ryan North, na podst. prozy Kurta Vonneguta. Rysunki: Alberto Monteys. Tłumaczenie: Jacek Żuławnik. Wydawnictwo Egmont 2022

User Rating: Be the first one !

Mariusz Wojteczek

Rrocznik '82. Obecnie Krakus, trochę z przypadku, trochę z zasiedzenia. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4” i „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. W 2018 wydał autorski zbiór opowiadań „Ballady morderców”. Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie i popkulturze – w takiej właśnie kolejności.

Zobacz także

Elecboy – obiecujący mariaż science fiction z postapo [recenzja]

Po lekturze pierwszego tomu „Elecboya” uczucia mam mieszane. Bo z jednej strony seria kryje w …

Leave a Reply