Gorący temat

Shankar, tom 2 – niezwykły tygiel mitów i popkultury [recenzja]

Gdybyście mieli komuś zupełnie nieobytemu z tematem pokazać złożoność popkultury za pomocą jednego, jedynego dzieła, to Waszym wyborem powinien być przede wszystkim „Shankar”. To samo tyczy się próby ukazania zsyntezowanego przekroju mitologii. Po prostu – w tym komiksie znajdziecie wszystkie historie świata. A nawet więcej.

Jeśli pierwszy tom “Shankara” unurzany był bez pamięci w mitach i legendach z każdego zakątka ziemi, tak tom drugi – nie stroniąc znów od sfery mitologicznej – sięga ochoczo po odniesienia do szeroko rozumianej popkultury. I już nawet mam na myśli nie tylko zaimplementowanie w opowieści o niezwykłym młodzieńcu (wciąż szukającym genezy własnego pochodzenia) kultowych postaci z literatury grozy, ale również śmiałe penetrowanie obszarów komiksowych, powieści historycznej i spod znaku płaszcza i szpady, ale również filmu, literatury, a nawet muzyki. I nie rzecz w tym, by wymieniać wszystkie wykorzystane przez twórców motywy, ale by uwrażliwić na fakt, że lektura „Shankara” jest nie tylko pochłanianiem niezwykłej, w wielu fragmentach na wskroś onirycznej, surrealistycznej opowieści, ale też zabawą w tropienie popkulturowych wtrętów, czasem mniej, czasem bardziej oczywistych i bezpośrednich. Wydaje się Wam, że nie da się w jednej historii zmieścić wellsowskiego Niewidzialnego człowieka, stevensonowskich Dr. Jekylla i Pana Hyde’a, Jokera z komiksów o Batmanie, D’Artagnana wespół z Człowiekiem z Żelaznej masce? To na okraszenie tego niezwykłego i pozornie niemożliwego do pogodzenia ze sobą tygla, dorzućmy jeszcze choćby Jamesa Bonda z powieści Iana Fleminga! A gdybyście wciąż czuli niedosyt, to znajdziecie tu jeszcze Beatlesów z ich największymi klasykami, na nowo opowiedzianymi w kolejnych rozdziałach komiku. I voila! Mamy drugi tom „Shankara”! A to wciąż tylko ułamek tego, co znalazło się na komiksowych planszach w tym tomie. I – co ważne – całość splata się w jedna, spójną opowieść.

Kluczem do zrozumienia niezwykłości tego albumu jest to, że wszystkie te motywy, te mity, legendy, popkulturowe odniesienia są w jakiś sposób przetworzone przez Mazzitellego. Napisane ponownie, z jednej strony z poszanowaniem oryginału, z ukłonem dla jego twórców, ale jednocześnie ułożone na nowo. Na nowo, w nieoczywisty sposób opowiedziane. I oczywiście skoncentrowane – jak w tomie pierwszym – wokół postaci tajemniczego chłopca / młodzieńca (w zależności od rozdziału), który w nieustannej podróży w poszukiwaniu własnego Ja, własnej istoty, samego siebie i swojego pochodzenia prowadzi nas przez magiczny świat popkultury, przez epoki, poprzez style i konwencje artystyczne. Właśnie artystyczne już, nie tylko literackie, bo jeśli jeszcze w pierwszym tomie Mazzitelli trzymał się raczej obszaru mitologicznego, to w tomie kolejnym już zupełnie popuszcza wodze twórczej ekspresji i penetruje obszary niejednokrotnie wykraczające poza spodziewany po lekturze „jedynki” światowy legendarz, kierując się do czerpania z bardzo swobodnie i szeroko rozumianej popkultury. A najciekawsze jest to, że mimo takiego nagromadzenia skrajnie nie pasujących do siebie postaci, udaje się autorowi zachować spójność opowieści, ukształtować jej ramy na tyle, by nie mierziło zbytnie przesycenie elementami z zupełnie niedopasowanych (pozornie) do siebie epok i konwencji gatunkowych.

Scenarzysta nie tylko bawi się popkulturą, nie tylko składa hołd klasycznym postaciom, ale też rozwija je, nadaje im nowe cechy, nową wrażliwość, pośrednio oferując pokłady nowych, literackich pomysłów. Choćby w rozdziałach nawiązujących do klasycznej już literatury groszowej („Penny Dreadfull”), gdzie najsłynniejsze literackie potwory mszczą się na swych twórcach za to, że ci uczynili ich potworami właśnie, tym samym skazując na cierpienie po wsze czasy. Za jakie grzechy – pytają one retorycznie ustami stwora dr Frankensteina – uczyniono je już w ich genezie złem i koszmarem, które spycha je po wieki na społeczny i kulturowy margines, czyniąc artystycznymi pariasami? To trafne spostrzeżenie, jakże udatnie korespondujące z prawdziwym literackim, twórczym trzonem oryginalnych opowieści, które dopiero później zostały solidnie wypoczwarzone przez popkulturę, nadając im cechy i kształty zupełnie odmienne, od tych, jakimi chcieli nacechować je ich twórcy.

Ciekawe jest to, na ile rozpoznawalne są choćby wspomniane klasyki literackiej grozy na kontynencie południowoamerykańskim? W europejskim kręgu kulturowym, zwłaszcza wziąwszy pod uwagę dojrzalszego czytelnika, znajomość nie tyle nawet samych dzieł, co motywów i postaci – zdaje się być powszechna. Dla nas, Europejczyków egzotyką będą rozdziały rozgrywające się na Dalekim Wschodzie, w Indiach, w Japonii etc. Dla Brazylii, Argentyny, dla Ameryki łacińskiej europejskie tropy kulturowe jawią się – muszą się jawić – równie egzotycznie, jak nam rodzime opowieści mieszkańców Faveli z komiksów Andre Diniza, czy Carlosa Patati. Co – rzecz jasna, nie umniejsza ich atrakcyjności, zwłaszcza w nowatorskim, zaskakująco odczytywanym ujęciu Mazzitellego, który nie próbuje ponownie opowiedzieć tych samych historii, ale zajrzeć głębiej, pod podszewkę. I ukazać nowe spojrzenie, dokonać nowatorskiej syntezy mitu i popkultury, zespalając go w jedno. I tworząc nowy, świeży kod kulturowy, uniwersalny, bo nie odwołujący się stricte do jednego obszaru pochodzenia odbiorcy, ale obejmujący cały świat, wszelkie kultury, które – na swój sposób, często powiadają rożnymi słowami tę samą historię.

Graficznie znów otrzymujemy ucztę. Ale i niezwykły konglomerat stylów, od surowego realizmu i dopieszczonych detali, po geometryczny kontrolowany chaos formy w surrealistycznym duchu. Od klasycznej, miękkiej kreski komiksowej, po ostre, uwypuklające pożądane elementy kadru szkice. Mam wrażenie, że w projektach takich, jak właśnie „Shankar” artysta ma szansę nie tylko pobawić się konwencją graficzną, nie tylko popróbować nowych ścieżek, ale też – jednocześnie – solidnie i szeroko zaprezentować wachlarz swoich własnych możliwości twórczych. I Alcatena rzeczywiście to robi, w dodatku z rozmachem i niezwykłą śmiałością, praktycznie każdemu rozdziałowi, każdemu etapowi niesamowitej wędrówki Shankara nadając adekwatną, powiązaną trafnie z przyjętym fabularnym sztafażem formę. I zachwyca graficznie „Shankar” w sposób podobny, do tego, w jaki zachwyca fabularnie. To dzieło wielowątkowe, niezwykłe, bezkompromisowo starające się wyrwać komiks z niszy tworu niepoważnego, miałkiego artystycznie. I z pewnością osiąga zamierzony cel.

„Shankar” tom drugi tylko potwierdza wysoką jakość cyklu argentyńskiego duetu, mogącego śmiało konkurować rozmachem i artystyczną erudycją z dokonaniami takich tuzów, jak nieprzypadkowo przywoływani na okładce komiksu Neil Gaiman czy Alan Moore. Na wpół przygodowy, na wpół filozoficzny, na wskroś intertekstualny, poprowadzony zarówno z wielkim rozmachem, jak i niezwykłą czułością komiks okazuje się być arcydziełem zamkniętym w czarno białych kadrach. Zdecydowanie opowieść, którą należy znać!

Shankar Tom 2

Nasza ocena: - 100%

100%

Scenariusz Eduardo Mazzitelli. Rysunki: Enrique Alcatena. Tłumaczenie: Jakub Jankowski. Wydawnictwo Mandioca 2022

User Rating: Be the first one !

Mariusz Wojteczek

Rrocznik '82. Obecnie Krakus, trochę z przypadku, trochę z zasiedzenia. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4” i „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. W 2018 wydał autorski zbiór opowiadań „Ballady morderców”. Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie i popkulturze – w takiej właśnie kolejności.

Zobacz także

Elektra i Wolverine: Odkupienie – inaczej niż zwykle [recenzja]

Elektra i Wolverine – taka para wspólnie w jednym komiksie obiecuje mnóstwo emocji. Najpierw jednak …

Leave a Reply