Gorący temat

Tango – lekki i przyjemny komiksowy akcyjniak [recenzja]

„Tango” to nowy tytuł od duetu Matz / Philippe Xavier, autorów znanego już polskim czytelnikom komiksu Wąż i kojot”. I choć pozornie te komiksy wiele zdaje się łączyć, to są to tytuły znacząco od siebie różne.

„Wąż i kojot” był solidnie skrojoną, ale dość stonowaną opowieścią o zmęczonym swoim życiem gangsterze, który chce dożyć spokojnie swoich dni, nieniepokojony przez nikogo, zwłaszcza ze swojej przeszłości. W przypadku komiksu „Tango” główny bohater ma pozornie podobne zamierzenia. Z tym że nie jest starcem, a młodzieńcem w kwiecie wieku, do tego diablo przystojnym, od którego mało która kobieta potrafi trzymać ręce z dala. On oczywiście też ukrywa ponure zdarzenia ze swojej przeszłości, jednak tutaj niewiele można mówić o stagnacji, bowiem cały komiks – każdy z zawartych w pierwszym integralu trzech albumów – wręcz kipi od akcji. Bo jeśli to nie przeszłość dogania naszego bohatera o wdzięcznej (choć nie wiadomo, skąd wywiedzionej) ksywce Tango, tak on sam pakuje się w coraz to nowe kłopoty, gdziekolwiek by się nie ruszył. Stąd właśnie znacząca różnica pomiędzy niniejszym tytułem a wspominanym wcześniej „Wężem i kojotem”. Tam mieliśmy historię w stylu Charlesa Bronsona. Tutaj serwuje nam się opowieść quasi – bondowską, bo choć główny jej bohater nie jest agentem tajnych służb, to walczy z różnymi złolami, uciekając przed najgorszym z nich – byłym szefem, przy okazji broniąc i chroniąc niewinnych.
I tu warto zaznaczyć, że sam rys fabularny każdego odcinka mocno ociera się o kicz, rodem z filmów sensacyjnych lat 80. Wszystko jest mocno kolorowe, dynamiczne, niby krwawe, ale nie do końca, bo wrażenia łagodzą pięknolice (na równi z naszym Tango) kobiety i równie urokliwe krajobrazy. Wiecie co? W tym komiksie nawet pustynne podnóża boliwijskich Andów jawią się jako sielankowe miejsce. Nie mówiąc już o kolejnych wojażach bohaterów, które obejmą niejedną tropikalną wyspę. I w efekcie dostajemy trochę opowieść w stylu Jamesa Bonda, który samotnie stawia czoło złowieszczym organizacjom, mafiom czy kartelom, by nie tylko wyjść z każdego starcia obronną ręką, ale i jeszcze przy okazji rozkochać w sobie jakąś idealnie piękną kobietę, która nie może mu się, oczywiście, oprzeć.
Cóż, czy to granie na kliszach jest złe? Niekoniecznie – jeśli zaakceptujemy ogólny ryt tej konwencji. Wtedy okaże się, że Matz zgrabnie radzi sobie z budowaniem całej opowieści, może w sposób mało realistyczny, ale jednak na tyle chwytliwie, by nas kupić. Przynajmniej na czas lektury.
I owszem, to nie jest styl Brubackera i Philipsa. To nie jest mroczna, duszna estetyka znana z kryminalnych opowieści Azzarello („100 naboi”) czy Pitchetshote’a („Good Asian. Dobry Azjata”). Bliżej w fabularnej kreacji Matzowi choćby do Loisela („Parszywy drań”), czy Van Hamme’a (słynna seria „XIII” lub „Largo Winch”). Co plasuje „Tango” w gronie klasycznych już, lekkich akcyjniaków, jakimi raczą nas głównie frankofońscy twórcy od dekad. I bardzo dobrze. To określona, jasno wytyczona konwencja gatunkowa, w której ani „Tango” nie wyróżnia się niczym szczególnym, ani też nijak nie odstaje jakością. Otrzymujemy dokładnie to, czego w ramach gatunkowej kliszy moglibyśmy się po komiksie spodziewać.

Graficznie jest typowo we frankofońskim stylu. Wycyzelowane kadry, mocno nasycone kolory, idealizowane zarówno plenery, jak i postaci (szczególnie kobiece) sprawiają, że komiksowe plansze są miłe dla oka, co niewątpliwie wzmacnia przyjemność z lektury. To komiks rozrywkowy, który ma zapewnić mentalną odskocznię, tak, jak robiły to (i robią) dawne filmy sensacyjne czy wspominana seria o Jamesie Bondzie. Są tu emocje, są piękne plenery, jest powiew egzotyki, napięcie, dynamizm i akcja, dużo akcji. Ale mamy wrażenie, że nic tak do końca złego bohaterom stać się nie może, bo taka jest przecież wypadkowa założeń samej konwencji.

„Tango” to fajne komiksowe czytadło. Lekkie, z sensacyjnym sznytem, zgrabnie napisane i równie zgrabnie narysowane. Niby nie jest to tytuł specjalnie wyjątkowy, ale też nie ma tu braków czy niedociągnięć, które zaniżałyby wrażenia z odbioru. Pozycja może nie wybitna, ale z pewnością udana. Dla fanów komiksowych scenariuszy wspomnianego Van Hamme’a będzie idealna.

Tango

Nasza ocena: - 80%

80%

Scenariusz: Matz. Rysunki: Philippe Xavier. Tłumaczenie: Paweł Łapiński. Wydawnictwo Lost In Time 2024

User Rating: Be the first one !

Mariusz Wojteczek

Rrocznik '82. Kiedyś Krakus z przypadku, teraz Białostoczanin, z wyboru. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4”, „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”, „Żertwa”, „The best of Histeria”, „Zwierzozwierz” i „Wszystkie kręgi piekła”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. Wydał autorskie zbiory opowiadań: „Ballady morderców” (Phantom Books 2018) oraz „Dreszcze” (Wydawnictwo IX 2021) oraz powieść „Ćmy i ludzie” (Wydawnictwo IX 2022). Pracuje nad kilkoma innymi projektami (które być może nigdy nie doczekają się ukończenia). Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie Martynie oraz popkulturze – w takiej właśnie kolejności.

Zobacz także

Pięć krain, tom 1: Ze wszystkich sił – obiecujący start [recenzja]

“Pięć krain” to nowa seria fantasy w ofercie Egmontu. Intrygująca okładka zapowiada coś zupełnie innego, …

Leave a Reply