Gorący temat

Propolis – aberracje ludzkich odczuć [recenzja]

Przyznaję, zupełnie nie kojarzyłem nazwiska autorki „Propolis”. Okładka przykuła uwagę, jej minimalistyczny charakter i świetnie wkomponowane w grafikę nawiązanie do tytułu do mnie trafiły. Niby nie powinno się oceniać książki po okładce, ale oprawa graficzna jest moim zdaniem ważna na równi z treścią, bo przecież często przeważa o zainteresowaniu potencjalnego czytelnika danym tytułem. Kluczowe jednak, że wnętrze zaspokaja wygórowane przez sugestywną oprawę obietnice.

Tym razem autor okładkowego projektu – Wojciech Gunia – trafił w sedno. I to głównie z jego polecenia po niniejszy zbiorek sięgnąłem. Zbiorek, bo z pewnością jest to pozycja objętościowo skromna. Ale za to w zakresie literackiej treści mamy tutaj tyle doznań, że dałoby się obdzielić co najmniej kilka pozycji, z zalewu pisanych sztampowo – i równie sztampowo wydawanych – powieści o niczym. A „Propolis” z pewnością nie jest zbiorem „o niczym”. Dominika Gnatek – Niemczyk nie tylko znakomicie operuje językiem literackim, ale też świetnie wypełnia przestrzeń między słowami, dodając im kontekstu, podtekstów, dodatkowych znaczeń. To jest proza z pogranicza weird fiction i szeroko rozumianego mainstreamu. To proza, którą wspomniany „główny nurt” z godną pożałowania lubością kwalifikuje jako realizm magiczny, odmawiając mu oczywistej wszak, gatunkowej przynależności do fantastyki grozy, nie mówiąc już o możności przyporządkowania do raczej nieznanego tam szerzej pojęcia weird fiction. Ale może i nie jest to tak całkiem, zupełnie bezzasadne? Przecież jeśli przyjrzymy się prozie serwowanej przez Gnatek – Niemczyk, to da się zauważyć wyraźnie stronienie od wyświechtanych horrorowych konwencji. Już nawet samo weird fiction zdaje się tutaj odkrywane na nowo, na świeżo, bez bagażu gatunkowej konwencji, wytyczającej tor dla pisemnych eksperymentów autorki. Tutaj język gęsty jest od niedopowiedzeń, a świat przedstawiony zdaje się rozpadać na naszych oczach. Niby oczywistość w weird fiction, a jednak u autorki „Propolis” ta cała aberracja rozbijająca podwaliny ułożonej, znajomej rzeczywistości wypływa gdzieś z wnętrza bohaterek i bohaterów, mocno promieniując z emocjonalności ich samych. Bardziej, niż otoczenie, które powoli wypacza się, odkształca, deformacji ulega kruchy, niestabilny, wewnętrzny świat. Świat odczuć, doznań, psychiki. I balansuje autorka – a my wraz z nią – na pograniczu odpowiedzi na pytanie, co jest rzeczywiste, realne, co jest zniekształceniem, wypaczeniem świata, a co wypływa tylko z rozwijającego się, postępującego szaleństwa postaci.
I – co i piękne i znaczące dla tej prozy – rzadko kiedy otrzymujemy odpowiedź. Przynajmniej brak takiego jednoznacznego wskazania. Pozostają przypuszczenia, sugestie. Domysły i interpretacje.
Fascynujące jest – dla mnie, mężczyzny – spektrum lęków, jakie podejmuje w tych opowiadaniach autorka. Fascynujące na równi ze wzbudzanym przerażeniem, które wypełza gdzieś z trzewi, zasiane, zagnieżdżone mimowolnymi literackimi wtrętami, rzucanymi mimochodem uwagami, które zaburzają delikatną równowagę opisywanej struktury świata przedstawionego. To bardzo kobiece lęki. Myślę, że lęki niedostępne tak do końca mężczyźnie. Bo to lęki wywodzące się z samej istoty kobiecości, z przygotowań do macierzyństwa, do rodzicielstwa. Ale też wynikające z ugruntowanych – przynajmniej w naszych, rodzimych realiach narodowo – katolickich – tradycji i wzorców, w jakie kulturowo i społecznie często są nadal ochoczo wpisywane kobiety. Ich rolą związaną z oczekiwanym zamążpójściem, z podjęciem się wspomnianego już macierzyństwa, które w tym ujęciu jawi się jako konieczność, powinność, obowiązek. Ale też samoistne, tkwiące w kobietach pragnienie przyjęcia na siebie pewnej określonej funkcji, odnalezienia dla siebie miejsca w społecznych, międzyludzkich relacjach może stanowić również obciążenie, może nabrzmiewać tajonym lękiem przed niespełnieniem oczekiwań, tak otoczenia, jak i własnych.
Bije z tych opowiadań niezwykła świadomość kobiecości, z jej zaletami, ale i wadami, często wynikającymi z przyszeregowania w strukturze patriarchalnego świata, ale też czysto biologicznej roli prokreacyjnej, od której uciec się nie da inaczej, jak poprzez jej odrzucenie. I warto zaznaczyć, że nie jest to ten rodzaj najgorszej odmiany feminizmu, rozwrzeszczanego, kipiącego wściekłością i narzucającego poglądy otoczeniu. To feministyczna (jeśli już koniecznie chcemy ją kwalifikować) próba wyrażenia siebie nie poprzez narzucanie punktu widzenia odbiorcom, ale zwyczajnie, zaprezentowanie własnego. I takie formy feminizmu, wynikającego nie z powtarzania buńczucznych, quasi-rewolucyjnych frazesów, ale świadomego wejrzenia w głąb siebie i określenie własnych odczuć, potrzeb, ale i związanymi z nich obaw i obciążeń cenię najmocniej.

Szukam często – pisząc o debiutujących twórczyniach i twórcach – jakichś literackich odniesień, jakichś porównań czy tropów. Nie robię tego z chęci klasyfikacji, oznaczenia wtórności, czy podkreślenia jakiejś literackiej powtarzalności. Szukam tych porównań w celu nakierowania czytelnika, podrzucenia mu literackiego kierunkowskazu, wśród jakich – już bardziej doświadczonych, obecnych dłużej na rynku nazwisk – może szukać podobieństw. Ma to służyć przede wszystkim skuszeniu go do sięgnięcia po omawianą lekturę.
W przypadku Gnatek – Niemczyk takie szukanie tropów wiedzie w kierunku innej, znakomitej weirdowej pisarki, Anny Marii Wybraniec. Autorki niesamowitej, zmysłowej językowo „Wilgości”. Choć spektrum podnoszonych zagadnień jest w twórczościach obydwu autorek zdecydowanie różna (u Wybraniec dziwność wynika bardziej z dekonstruowania otoczenia bohatera, zamiast wypływać z jego emocjonalnych rozterek, które znów u Gnatek – Niemczyk wydają się być nadrzędnym katalizatorem dziwności), to jednak warto zauważyć, że sprawność językowa u obydwu twórczyń jest jednym z kluczowych czynników (choć nie jedynym), jakie stanowią o wartości prezentowanej prozy.

Rzadko – przyznaję – sięgam po pozycje wydawane przez Wydawnictwo Dom Horroru. Nie po drodze mi z ich ogólną koncepcją wydawniczą, a dodatkowo rzutują na relacje kwestie osobistych antypatii. Ale chcąc być uczciwym, w kwestii oceny kondycji polskiej sceny weird / horror nie można przemilczać znaczących tytułów i obiecujących debiutów wyłącznie ze względu na osobiste animozje. Dlatego też niniejszym, gratuluję i wydawcy – Domowi Horroru, i cichemu patronowi oraz orędownikowi niniejszej publikacji (oraz autorowi projektu okładki) Wojciechowi Guni, za wyłowienie takiej perełki dla polskiej sceny weird fiction. A autorce oczywiście najmocniej gratuluję udanego debiutu, bo rzadko kiedy zdarza się aż tak dobry jakościowo start literacki. Start, który, notabene, umacnia mnie w przekonaniu, że to właśnie kobiety zaczynają się rozpychać coraz silniej na polskim rynku weird fiction i horroru, nie tylko wychodząc z cienia męskiej dominacji literackiej, ale wręcz rozdawać na tymże poletku przysłowiowe karty. I bardzo dobrze! Widać, bardzo celnie ukuła swoje przewodnie hasło Magdalena Paluch z Grozowni – Groza jest kobietą. Najwyraźniej tak właśnie jest.

Propolis

Nasza ocena: - 90%

90%

Dominika Gnatek - Niemczyk. Wydawnictwo Dom Horroru 2024

User Rating: 4 ( 1 votes)

Mariusz Wojteczek

Rrocznik '82. Kiedyś Krakus z przypadku, teraz Białostoczanin, z wyboru. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4”, „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”, „Żertwa”, „The best of Histeria”, „Zwierzozwierz” i „Wszystkie kręgi piekła”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. Wydał autorskie zbiory opowiadań: „Ballady morderców” (Phantom Books 2018) oraz „Dreszcze” (Wydawnictwo IX 2021) oraz powieść „Ćmy i ludzie” (Wydawnictwo IX 2022). Pracuje nad kilkoma innymi projektami (które być może nigdy nie doczekają się ukończenia). Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie Martynie oraz popkulturze – w takiej właśnie kolejności.

Zobacz także

Przeprawa – połowiczna dekonstrukcja gatunkowego westernu [recenzja]

„Przeprawa” Jacka Ketchuma to nie tylko powrót pisarza na polski rynek (co jeszcze niedawno wydawało …

Leave a Reply