Tenet – wytłumacz nam to jeszcze raz, Chris [recenzja]

Na nowy film Christophera Nolana starający się wrócić do normalności świat czekał z zapartym tchem. Wielkie widowisko, niebanalna tematyka, setki milionów dolarów – czy to wszystko może przywrócić ludziom wiarę w wartość kinowych seansów?

Pytanie to niezwykle istotne, bo jak coraz więcej wskazuje, podobnie jak i inne aspekty życia, przemysł filmowy w czasach pandemii ewoluuje. Coraz większa uwaga widzów skupia się na rynku VOD, który jakościowo zrównał się już z klasycznymi filmami przeznaczonymi na srebrny ekran – a rentowność kin zdaje się trząść w posadach. Nic dziwnego, że za jedną z największych premier tego roku, właściciele kinowych sieci ściskali kciuki – to właśnie ona, swoim sukcesem bądź porażką mogła zweryfikować czy na dobre staniemy się świadkami powstania nowej równowagi sił w dystrybucji filmowej, czy być może nadzieja na powrót do starej normalności nie okaże się płonna.

„Tenet” intrygował od samego początku i to nie tylko ze względu na uznane nazwisko reżysera, odpowiedzialnego wcześniej za takie hity jak choćby „Interstellar” czy „Incepcja”. Pozytywne wrażenie robiły przede wszystkim enigmatyczne – a to obecnie niezwykle rzadkie – trailery, ciekawa obsada, a wreszcie tematyka, która po raz wtóry zapowiadała mariaż sensacji z nutą poważnego science fiction. Co z tego wyszło w praktyce?

Ano niemal to, na co się zapowiadało. „Tenet” w istocie jest diabelnie enigmatyczny już od samego początku – mamy sporo efektownych sekwencji akcji, niewiele momentów na zaczerpnięcie oddechu i kolejne piętrzące się pytania bez odpowiedzi. Te (choć nie wszystkie) wyjaśniają się w trakcie seansu, stopniowo pozwalając nam wyłowić kręgosłup fabularny na jakim zasadza się film. A ten w wielkim skrócie, niczym szczególnie nowym nas nie zaskoczy – mamy jeszcze bardziej tajnych niż tajnych agentów do zadań specjalnych, którzy próbują uratować świat przed zagładą. W tym celu korzystają z niezwykłych zdolności manipulowania czasem, której istotę wraz z nimi usiłujemy odkryć. Wszystko bowiem wskazuje na to, że to właśnie przeszłość zderzająca się z teraźniejszością i przyszłością w nieustannym tańcu, może być przyczyną zagłady ludzkości jaką znamy.

O ile w tak ogólnym rysie scenariusz „Tenetu” nie wydaje się szczególnie porywający, jak niejednokrotnie zdążył udowodnić Nolan, jego siła zasadza się nie na tym co – ale jak. A to już materiął na zupełnie inną opowieść, bo jak się niejednokrotnie przekonamy, w filmie Amerykanina momentów w których przy próbie łączenia związków przyczynowo-skutkowych będziemy łapać się za głowy, jest bez liku. „Tenet” to pod tym względem misternie zaprojektowana układanka i tylko od naszej spostrzegawczości zależeć będzie, ile przyjemności będziemy z jej rozszyfrowywania czerpać. To też jak się zdaje, największy mankament nowego filmu Nolana. Dodajmy do tego, że „Tenet” aż buzuje akcją, co w odnalezieniu się w pytaniu „co się właśnie wydarzyło” sprawę wybitnie komplikuje. To niemal dwie i pół godziny skondensowanej dawki adrenaliny, przy której próżno szukać momentów, w których ktokolwiek zechciałby chwycić nas za rączkę i na spokojnie wytłumaczyć poszczególne fabularne zawijasy.

Trudno poczytać to jako zaletę – o ile chęć stworzenia kolejnego autorskiego, zupełnie odrębnego od innych dzieła należy Nolanowi policzyć niewątpliwie na plus, po pewnym czasie takie nagromadzenie zwrotów akcji zaczyna jednak już nieco męczyć, a w przynajmniej kilku momentach natłok wydarzeń zdaje się przeczyć sam sobie. Zdaje – bo jakkolwiek jestem przekonany, że wielopoziomowa intryga przedstawiona w filmie jest jak najbardziej zgodna z logiką która nabierze dla nas sensu przy drugim, bądź trzecim seansie, scenariusz nie zadaje sobie nawet odrobiny trudu, by pewne mechanizmy rządzące światem przedstawionym zagubionemu widzowi należycie wyjaśnić. Pod tym względem magnum opus reżysera pozostaje „Incepcja”, która zgrabnie łączyła w sobie piętrową enigmę z odpowiednio zarysowanymi bohaterami i łatwością przyswojenia historii. Tego typu rozwiązań w „Tenecie” ze świecą szukać.

Cóż więc nam, biednym widzom pozostaje – ano nic innego jak „płynięcie z prądem” w nadziei, że to co oglądamy nadal w rzeczywistości znajduje się pod kontrolą twórców. Na szczęście pod względem realizacji, „Tenet” to światowa czołówka, w której widać każdego zainwestowanego dolara. Sceny akcji stworzone są z niezwykłym i – co charakterystyczne dla stylu reżysera – mocno osadzonym w rzeczywistości rozmachem, aktorzy spisują się porządnie (może za wyjątkiem szarżującego Kennetha Branagha, ale składam to na karb jednowymiarowej postaci jaką przyszło mu zagrać), a CGI jest wmontowane w całość tak dobrze, że ciężko wyłowić w ogóle w których miejscach je zastosowano. Pod tym względem nie ma najmniejszy wątpliwości – to film który został stworzony do tego, by doświadczyć go na sali kinowej, z odpowiednim nagłośnieniem i  olbrzymim ekranem, pozwalającymi na pełną immersję.

Czy więc w świetle powyższego „Tenet” ma szanse uratować kina? Jeżeli miałby decydować o tym wynik finansowy, moim zdaniem… absolutnie nie. I to z kilku względów. Po pierwsze problemem jest zbyt nieoczywisty scenariusz, faworyzujący fanów „ambitnego” (pomachajmy w tym miejscu „Blade Runnerowi 2049”), przeznaczonego do wielokrotnego seansu i wyławiania kolejnych detali science fiction, który szukających bezpretensjonalnej rozrywki zwyczajnie odrzuci. Po drugie, co oczywiste w świetle obecnych wydarzeń na świecie, premiera ma ograniczony zasięg. Trudno na tym etapie wyrokować na ile zaważy to na wpływach z biletowych kas, ale obawiam się, że przy ponad dwustu milionach dolarów budżetu, możemy za jakiś czas mówić o finansowej wtopie.

A szkoda by było – pomimo mankamentów, najnowsze dzieło Nolana pozostaje bowiem przeżyciem z tych, które mało kogo pozostawi obojętnym. A to już znak kina, które niesie ze sobą wartość większą, niż tylko rozrywkę.

Foto © Warner Bros. Entertainment Polska Sp. z o. o.

Tenet

Nasza ocena: - 70%

70%

Reżyseria: Christopher Nolan. Obsada: Elizabeth Debicki, Robert Pattinson, Kenneth Branagh i inni. USA, 2020.

User Rating: Be the first one !

Maciej Bachorski

Maciej Bachorski
Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i przyzwoitej (znaczy, nie tylko single malt) whisky. Pisywał dla "Playboya", "PIXELA", czy "Wiedzy i Życia", a obecnie współpracuje z "Nową Fantastyką", "CD-Action" i "Netfilmem".

Zobacz także

Godzilla w komiksowym kadrze

Godzilla to nie tylko kinowe filmy. To także dochodowa licencja, która rozprzestrzeniła się na przemysł …

Leave a Reply