Gorący temat

Uniwersum DC według Neila Gaimana [recenzja]

Próbka scenopisarskich umiejętnosci Neila Gaimana na polu komiksu superbohaterskiego pokazuje, że prawdziwy talent zawsze błyszczy, niezależnie od tego w jakim wycinku popkultury się porusza. 

Te możliwości na polu superbohaterskim Gaimana znamy już dobrze także ze strony Marvela, dzięki polskiemu wydaniu takich komiksów jak “Przedwieczni” czy ‘”1602”. Była też “Czarna Orchidea”, ale to bardzo specyficzny komiks, z mniej znaną bohaterką. Natomiast w niniejszym albumie na okładce widzimy bardzo znany zestaw postaci z Uniwersum DC, a konkretnie z miasta Gotham. W „Uniwersum DC według Neila Gaimana” czeka nas jeszcze sporo niespodzianek i fabuł z mniej znanymi postaciami, choć główne dania dotyczą właśnie Gotham i Batmana. A szczególnie ostatnia historia w tym tomie, czyli “Co się stało z Zamaskowanym Krzyżowcem”.  

Egmont wydał już raz tę historię czternaście lat temu, więc na wznowienie trochę trzeba było poczekać. Mamy też zaraz po niej długie posłowie Gaimana, z którego możemy dowiedzieć się, że twórca wprost uwielbia Batmana i fakt że mógł stworzyć scenariusz mogący funkcjonować jako ostatnia opowieść o Człowieku-Nietoperzu wiele dla niego znaczy. Idzie tu wyraźnie tropem (także w tymże posłowiu) Alana Moore’a i jego słynnej opowieści o Supermanie “Co się stało z Człowiekiem jutra” i zaprasza czytelników oraz wszystkie postacie związane z Batmanem na pogrzeb superbohatera. To alegoryczna opowieść z wyrazistymi rysunkami Andy’ego Kuberta, w której różne opowieści, czy to sprzymierzeńców, czy przeciwników Batmana w ciekawy sposób koncentrują się na fakcie zejścia superbohatera z ziemskiego padołu, podczas gdy z offu, w chmurkach dialogowych dochodzą do nas wątpliwości wyraźnie zdekoncentrowanego całą sytuacją tytułowego bohatera. Co się stało – cały czas wybrzmiewa nam w głowie pytanie  z tytułu komiksu, ale nie o to tu tak naprawdę chodzi. Oto zanim jeszcze Scott Snyder zaczął swoje wygibasy z mitologią Batmana, Gaiman czyni to w inny sposób, z większą pisarską gracją, choć jak pamiętam, zakończenie komiksu niegdyś nie przemówiło do wszystkich czytelników. 

To dostajemy na koniec, a co mamy w albumie wcześniej? Między innymi opowieść do której nawiązuje okładka – co ciekawe przewodni wątek w  “Secret Origins Special #1” prowadzi Gaiman, ale dwie odsłony tej opowieści wyszły spod rak innych scenarzystów – Alana Granta i Marka Verheidena. To historia ekipy programu telewizyjnego, która mimo ostrzeżeń Batmana próbuje zaprosić do projektu znanych złoczyńców i pokazać ich z innej strony, co jak możemy się domyślać, nie skończy się dobrze. W ogóle w tej galerii szaleńców najciekawiej w niniejszej historii, a potem jeszcze w ‘Co się stało z Zamaskowanym Krzyżowcem” wypada Riddler – widać, że Gaiman miał na niego różne, intrygujące pomysły. 

Jeszcze jedną długą opowieścią, rysowaną przez różnych artystów jest “Green Lantern/ Superman: Legenda o Zielonym Promieniu”, która ma zresztą ciekawą historię wydawniczą, opowiedzianą przez Gaimana w posłowiu. Czuć w niej odmienność od standardowych superbohaterskich fabuł, bo nawet jeśli Superman i Green Lantern są w poważnych opałach, to wszystko jest tu zrealizowane w sposób daleki od sztampy powodując, że bardzo szybko przewracamy kolejne kartki chłonąc tę nietuzinkową historię.

Pozostają do omówienia cztery krótsze komiksy. Jeden z nich już znamy,to “Czarno biały świat” z antologii “Batman. Black and White” – po prostu dobry, mroczny żart z ekspresyjnymi rysunkami Simona Bisleya. Jeszcze krótsza, niczym szybka impresja jest  ‘Na schodach’ z Deadmanem w roli głównej, która przywołuje klimaty z Sandmana i ma świetne rysunki Teddy’ego Kristiansena. Zaskakuje z pewnością  szalona historyjka “Metamorpho. Element Man”, w której mocno napracował się Michael Allred, ale jej przeczytanie to wielkie wyzwanie dla czytelnika – mikroskopijna wielkość czcionki w dymkach dialogowych to morderstwo dla oczu. Na koniec zostaje jeszcze “Korowód” – mroczna opowieść o Poison Ivy, również przywołująca nastrój rodem z “Sandmana’, ale ten mocniej horrorowy, niczym ze słynnego “24 godziny’” z tomu “Preludia i Nokturny”. To właśnie od ‘Korowodu” zaczynamy lekturę tego tomu – robotę robią tu nie tylko scenariusz Gaimana, ale również rysunki Marka Buckinghama i rzeczywiście, niektóre są jakby żywcem wyjęte z ‘Sandmana’.

I to wszystko – dwieście dwadzieścia stron superbohaterskiego dorobku Gaimana w DC. To rzecz jasna mało, nawet bardzo mało, zwłaszcza że mamy poczucie, że DC wiele straciło, nie starając się bardziej zaprzęgnąć Gaimana do pracy w obszarze superbohaterów. A tak naprawdę wystarczająco, żeby poczuć różnicę i cieszyć się z tych wszystkich, nieoczywistych opowieści. Być może, gdyby Gaiman wziął na siebie więcej, nie miałyby takiego wyjątkowego literackiego smaku i wyczucia i rozmieniłby się na drobne, wskakując w kolejne historie z herosami Uniwersum DC. A tak mamy fajną esencję i kolejny dowód na talent brytyjskiego scenarzysty.

 

 

Uniwersum DC według Neila Gaimana

Nasza ocena: - 75%

75%

Scenariusz: Neil Gaiman i inni. Rysunki: Andy Kubert i inni. Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz. Egmont 2024

User Rating: Be the first one !

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki" i Instytutu Książki, jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku.

Zobacz także

8 miliardów dżinów – z wielką mocą równa się (zbyt) wielka odpowiedzialność [recenzja przedpremierowa]

Każdy miłośnik komiksowego medium wie, że z wielką mocą wiąże się wielka odpowiedzialność. Ale co …

Leave a Reply