Gorący temat

X-Men. Wielki Projekt – komiksowy artefakt [recenzja]

“X-Men: Wielki Projekt” to przede wszystkim dzieło zaskakujące. Zadziwia formalną i edytorską stroną i w wielu momentach przytłacza maksymalnie skondensowaną fabułą. A jednak po lekturze, chce się jeszcze więcej historii o X-Men. 

Z długiej perspektywy czasu komiksowego fana już wiem, że do czytania superbohaterskich staroci trzeba po prostu dorosnąć. W pierwszej dekadzie dwudziestego pierwszego wieku, kiedy Mandragora wydawała czarno białe, marvelowskie Essentiale, na tle ówczesnej komiksowej oferty było to trochę jak zderzenie z klasyką, która w wielu momentach bardziej nas śmieszy niż się ją ceni, choć akurat w przypadku marvelowskich mutantów Essential dotyczył nie ich początków, a drugiego podejścia z lat siedemdziesiątych. Te dwa starty – pierwsze przygody X-Men napisane jeszcze przez Stana Lee i historię z nowymi postaciami zawartą w historycznym “Giant Size X-Men #1” znajdziemy zarówno w fabule napisanej przez Eda Piskora oraz jako przedruk oryginalnych zeszytów w ramach dodatkowej zawartości “Wielkiego Projektu”. Co cieszy podwójnie, bo pozwala chociaż w części porównać kompozycyjne zabiegi Piskora z ich komiksowymi pierwowzorami.

Ed Piskor był u nas znany dotychczas z komiksowej, czteroczęściowej “Hip Hop Genealogii” i już tym projekcie zaskakiwał specyficzną retro kreską, w której można doszukiwać się było pewnych wpływów Daniela Clowesa. Dopiero “X-Men: Wielki Projekt” udowadnia, że inspiracji dla formalnej strony dzieł Piskora jest znacznie więcej, tak świetnie wyglądają na jego planszach marvelowscy mutanci. Tworząc swój “Wielki Projekt” amerykański artysta porwał się na rzecz niewyobrażalną, czyli opowiedzenie w skrócie długiej i skomplikowanej historii X-Men – w tym konkretnym przypadku od samych początków, do mniej więcej  przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Szalone zamierzenie? Jak najbardziej. A jednocześnie dla tych czytelników, którzy nie za bardzo orientują się w początkach i pierwszych dziesięcioleciach historii mutantów, bo znają lepiej te późniejsze, dzieło Piskora jest niczym komiksowy artefakt, który wypełnia wiele luk i jednocześnie daje w końcu pojęcie, jak monstrualna jest to opowieść, będąca przecież jedynie fragmentem uniwersum Marvela.

Piskor jedzie więc chronologicznie, co nie oznacza, że zaczyna dokładnie w tym momencie, w którym wystartował w 1963 roku Stan Lee prezentując pierwszą drużynę mutantów. Wtedy jeszcze niewiele było wiadomo o przeszłości Xaviera i Magneto i Piskor najpierw cofa się do ich początków kreśląc wypełnioną ciężkimi doświadczeniami tych bohaterów historię. Już od pierwszych stron zadziwia bogactwem mało znanych wątków, co teoretycznie można tłumaczyć faktem, że nie jest to kropka w kropkę ta sama historia, bo Piskor trochę jednak podkoloryzował fakty, ale to okazuje się mało istotne na tle niezwykłej, kompleksowej wizji, na przykładzie której możemy prześledzić jak przez lata rozwijała się niezwykle istotna część marvelowskiego uniwersum. I choć czasami ten pęd wydaje się za szybki, wątki lub postaci ledwie się pojawiają, by dwa, trzy kadry później zniknąć, to jest w tej narracji coś fascynującego. Szczególnie w momentach, kiedy odkrywane są przed nami niezwykłe karty historii marvelowskich mutantów, która potrafiła niejednokrotnie zatrząść posadami całego uniwersum. 

To nie jest z pewnością komiks, który powinno się przeczytać na raz. Tę zawiłą opowieść trzeba sobie dawkować i najlepiej przerywać po zakończeniu kolejnego rozdziału, a i tak to co czytaliśmy wcześniej raczej w większości wyparuje nam z głowy. To jednak nieistotne, bo do komiksu Piskora będziemy wracać wielokrotnie, zresztą już po przeczytaniu zaczynamy go kartkować ponownie, wracając do niektórych wydarzeń. Najważniejsze, że budzi on w nas głód tych starszych, klasycznych opowieści z Marvela, które dopiero kształtowały wizerunek całego uniwersum. Nagle toporny i seksistowski scenariusz Stana Lee zaczyna fascynować, a historie z kolejnych etapów dziejów mutantów, na czele z runem Chrisa Claremonta chciałoby się przyswoić w całości i najlepiej w kolorze. Obecnie mało to realne, bo to są dosłownie tony papieru, których raczej w całości po polsku długo nie zobaczymy.  Znamy jedynie fragmenty dzięki Esentialom z Mandragory czy Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela i dlatego “X-Men. Wielki Projekt” Eda Piskora jest tym bardziej cennym komiksowym doświadczeniem. To bardziej artefakt niż tradycyjny komiks i nawet trudno go w tradycyjny sposób ocenić. I oby kiedyś Piskor rozpisał w ten sposób dalsze losy marvelowskich mutantów. 

X-Men. Wielki Projekt.

Nasza ocena: - 80%

80%

Scenariusz i rysunki: Ed Piskor. Tłumaczenie: Marek Starosta. Egmont 2021.

User Rating: Be the first one !

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki" i Instytutu Książki, jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku.

Zobacz także

W cieniu drzew / Pan Borsuk i pani Lisica – leśne komiksy dla młodych czytelników [recenzja]

Egmont wkracza na rynek z nową serią „Mój pierwszy komiks” zaczynając od czterech tytułów przeznaczonych …

Leave a Reply