Gorący temat

X – seks i horror w jednym stały domu [recenzja]

W zalewie stawiającej na lawinowe ataki jumpscare’ów, odtwórczej grozy, rokrocznie pojawia się coś, co można określić mianem śmiało kroczącej własną drogą gatunkowej perełki. Obecne dwanaście miesięcy może stać pod znakiem “X”, filmu Ti Westa.

O tym, że talent do opowiadania niekoniecznie przełomowych, ale doskonale przefiltrowanych przez własne wyczucie tematyki historii Amerykanin niewątpliwie posiada, mogliśmy przekonać się już kilkukrotnie, za sprawą choćby „Zajazdu pod duchem”, czy „Domu diabła”. Zwłaszcza drugi z wymienionych filmów, stanowiący w pełni zamierzoną zabawę zaklętymi w kinie grozy schematami, bez krzty fałszywej skromności wykorzystywał elementy wprost zaczerpnięte z klasyków gatunku. Najnowsza produkcja autorstwa Westa to pod tym względem rzecz podobna – tyle że tym razem, reżyser sięga jeszcze dalej.

„X” funduje nam bowiem wycieczkę do końcówki lat 70’, gdzie towarzyszyć będziemy marzącej o wielkiej karierze aktorce Maxine, która wraz z pięcioosobową ekipą udaje się na ustronne wiejskie tereny, by tam rozpocząć swoją przygodę z przeżywającym prawdziwy rozkwit kinem dla dorosłych. Ambitne plany nakręcenia dzieła mającego zapewnić wstrząs branży zostaną jednak wkrótce brutalnie udaremnione – oto bowiem okazuje się, że właściciele wynajętej na potrzeby filmu lokacji bynajmniej nie są zachwyceni wątpliwą w ich mniemaniu moralnością gości. Jak to w większości oddalonych od cywilizacji miejsc bywa, jedna tylko iskra wystarczy by rozniecić pożar, a niewłaściwe spojrzenie – by nakręcić spiralę przemocy.

Choć za produkcję „X” odpowiada rozsławione cokolwiek ambitnymi wypustami kina grozy pokroju „Midsommar” czy „Dziedzictwa” studio A24, a sam film Ti Westa bywa określany jako wnoszący powiew świeżości do przyzwyczajonego do bezpiecznych rozwiązań gatunku, znalezienie w nim czegoś szczególnie odkrywczego może paradoksalnie okazać się zadaniem wręcz karkołomnym. Horror w wydaniu reżysera „Domu diabła” nie sili się bowiem na wynajdywanie koła na nowo. Zamiast tego, stanowi raczej zmyślny patchwork dawno porzuconych we współczesnych horrorach idei, którego głównym zadaniem jest zapewnienie odbiorcy maksymalnie dobrej rozrywki – nawet jeśli miałoby się to wiązać z balansowaniem na granicy przaśności. I choć pod tym względem, „X” może jawić się niemal jako antyteza wcześniejszych dokonań studia, w istocie mamy tu do czynienia z filmem który inteligentnie prowadzi widza do z góry założonego celu.

Siła nowej produkcji Ti Westa leży przede wszystkim w zmyślnie skonstruowanym scenariuszu, który w przeciwieństwie do znakomitej większości konkurencji, nie tylko potrafi nadać swym bohaterom wystarczająco dużo osobowości by nie traktować ich jako idących na rzeź owieczek, ale przy okazji dać sobie na tyle dużo czasu, by czający się za kolejnymi scenami przekaz mógł w pełni wybrzmieć. Rasowy slow burn, stawiający zarówno przed bohaterami jak i widzem do konkluzję, że rzeczywistość potrafi bezlitośnie zweryfikować postrzeganie kina dla dorosłych bardziej niż jakiejkolwiek innej gałęzi showbiznesu stanowi tu doskonałą przeciwwagę dla świadomie kiczowatego slashera stanowiącego podstawę drugiej części seansu – kiedy bowiem West przejdzie do horrorowej części filmu, nie będzie stosował półśrodków.

„X”, wzorem klasyków pokroju „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną” stawia przede wszystkim na bezpardonowe gore i poczucie włażącego widzowi za paznokcie brudu, odpowiednio odmierzając dawki sekwencji mających szokować, wraz ze zbawiennymi dla odbioru całości momentami wręcz groteskowymi. Ti West ma jednak w obu przypadkach wyczucia na tyle, by właściwie za każdym razem trafiać w tarczę – gdy jego film ma straszyć, odbiorcom będzie cierpła skóra, gdy z kolei ma być zabawnie, z wielkim prawdopodobieństwem ci będą mieli szeroki uśmiechy na ustach.

Wszystko to przyozdobione w krzykliwą (choć niekoniecznie przekolorowaną) stylistykę lat 70’, solidne występy zaangażowanej obsady z arcyciekawą podwójną rolą i kilka sekwencji (jak choćby ta z „Landslide” w wykonaniu Bobby-Lynne) dobitnie uświadamiających, że prawdziwie dobra groza stoi na pograniczu skrajnych gatunków, łącznie przesądza o tym, że „X” wcale nie musi silić się na przełomowe fabularne wygibasy, by pozostawało dziełem świeżym w swojej wymowie. Na tle tego, z czym zazwyczaj musimy mierzyć się przy współczesnej grozie, to aż nazbyt wiele.

Foto © M2 Films

X

Nasza ocena: - 75%

75%

Reżyseria: Ti West. Obsada: Mia Goth, Jenna Ortega, Brittany Snow i inni. USA, 2022.

User Rating: Be the first one !

Maciej Bachorski

Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i przyzwoitej (znaczy, nie tylko single malt) whisky. Pisywał dla "Playboya", "PIXELA", czy "Wiedzy i Życia", a obecnie współpracuje z "Nową Fantastyką", "CD-Action" i "Netfilmem".

Zobacz także

Watcher – groza emigracji [recenzja]

Przy dobrze pomyślanej historii, do wywołania u widza dojmującego uczucia znalezienia się w pułapce bez …

Leave a Reply