Gorący temat

1629 albo przerażająca historia rozbitków z Dżakarty, tom 1. Aptekarz diabła [recenzja]

Pierwszy tom opowieści “1629 albo przerażająca historia rozbitków z Dżakarty” z obszernego październikowego pakietu Egmontu mógłby zaginąć wśród innych premier, ale prawda jest taka, że trudno byłoby go nie zauważyć. Album imponuje rozmiarem i charakterystyczną okładką i na dodatek zapewnia mnóstwo emocji w marynistycznej, rozgrywającej się głównie na na tytułowym statku fabule. 

Kiedy mamy album już w rękach rzeczywiście zwraca uwagę swoim wydaniem. Okładka, która łączy w sobie klimat dawnych rycin z wtrętami niczym z art nouveau oraz pokaźny rozmiar kojarzony z komiksami ze Scream Comics z pewnością wyróżnia ów tytuł z egmontowej oferty. A już nazwisko scenarzysty Xaviera Dorisona gwarantuje solidny  poziom historii, choć po wpadce tegoż autora z “Thorgalem” stracił on zaufanie polskiego czytelnika. Ostatnio jednak Dorison znowu zaczął się dobrze kojarzyć, choćby za sprawą “Zamku Zwierzęcego”, a “1629” stanowi z pewnością jedno z jego najlepszych, komiksowych osiągnięć. To historia oparta na prawdziwych wydarzeniach, bardzo istotna dla scenarzysty, co czuć po intrygującym wstępie na początku albumu, który Dorison kończy słowami: “Czujcie się ostrzeżeni”. 

Tytułowa Dżakarta to tak naprawdę Batavia, holenderski okręt pod dawną nazwą indyjskiego miasta, którego dramatyczne losy z 1629 roku stały się kanwą dla fabuły komisku. To, jak podkreśla Dorison fabuła fikcyjna, ale o tyle istotna, bo pragnąca odpowiedzieć na pytanie, jak w człowieku rodzi się zło, czy  może raczej, jak w odpowiednich okolicznościach, każdy z nas potrafi zamienić się w potwora. Scenarzysta przywołuje nawet słynny eksperyment więziennyPhilipa Zimbardo opisany w  książce “Efekt Lucyfera” czym sygnalizuje, że właśnie takich emocji możemy oczekiwać w komiksie. I emocje są, ale jeszcze nie tak ekstremalne, choć pierwsze plansze dziejące się w przyszłości względem reszty fabuły pierwszego tomu “1629” sugerują nadchodzącą tragedię.

Opowieść o kupieckiej wyprawie Dżakarty, która była statkiem kompanii Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej funkcjonującej w oparciu o niezwykle restrykcyjny handlowo-morski kodeks (o wyjątkowo o korporacyjnym charakterze) wziął na rysownicza tapetę mało znany u nas artysta Thimothee Montaigne. Do zadania podszedł ambitnie, dzięki czemu oglądamy tę historię na planszach rysowanych realistyczną, ale też emocjonalnie rozbuchaną kreską – miejscami, niektóre sceny kojarzą się z klimatem pierwszych “Thorgali” Rosińskiego, a to już konkretne i zarazem nobilitujące  porównanie. 

“1629” ma zbiorowego bohatera, choć na okładce możemy zobaczyć zarysowane dwie sylwetki – męską i kobiecą. Męska należy do płynącego na statku Jeronimusa Corneliusa, aptekarza (tak, to właśnie aptekarz diabła z rozbudowanego tytułu komiksu), zaś kobieca należy do płynącej do męża na Jawę Lukrecji, kobiety z wyższych sfer dotkniętej osobistą tragedią. Mężczyzna z okładki ma niecne plany i łakomym wzrokiem spogląda na przewożone na okręcie bogactwo, kobieta planów nie ma żadnych – jej życie straciło w pewnym momencie sens i po prostu wykonuje wolę małżonka. Jednak wydarzenia na statku sprawią, że ponownie poczuje w sobie iskrę życia, zwłaszcza, że życie to nagle znajdzie się w stanie zagrożenia. A oprócz tej dwójki są jeszcze inni bohaterowie – szyper o gwałtownym, charakterze, który nie może pełnić roli pana życia i władcy na okręcie, ponieważ nad nim jest przedstawiciel kompanii. Temu ostatniemu zależy przede wszystkim na dotarciu do portu przeznaczenia o czasie, bo każdy stracony dzień kosztuje. Sama załoga, z jednym wyjątkiem to grupa szemranych rzezimieszków, których wystarczy odpowiednio pokierować, by wzniecić na łajbie bunt.  I na to się od początku zapowiada, choć Dorison idzie do eskalacji dosyć okrężną i nieszablonową drogą.

Scenariusz pod względem stopniowania napięcia i piętrzących się przed bohaterami problemów jest skonstruowany perfekcyjnie. Budowanie relacji między poszczególnymi postaciami jest paliwem fabularnym, choć postać aptekarza diabła jest nieco przerysowana, z ambicjami sportretowania nietzscheańskiego nadczłowieka, który odrzuca wszelkie świętości i idzie przed siebie z własną wizją rzeczywistości, nie bacząc na innych. Wszystkie wydarzenia na “Dżakarcie” są niczym pęczniejący ropień, który czeka na wybuch, ale z tym musimy poczekać do kolejnej części. Na razie Dorison przygotował gęsty od buzujących emocji grunt pod nadchodzące wydarzenia i wyszła mu z tego naprawdę świetna fabuła, z wyrazistymi bohaterami i nowoczesnym formalnie scenariuszem, który wciąga niczym te najciekawsze współczesne seriale. I dlatego “1629” jest miłą niespodzianką dla wielbicieli frankofońskich komiksów, do których w ostatnich czasach przylgnęło określenie generyczny. “1629” to frankofon nie aż tak typowy, z faktograficzną i ikonograficzną starannością przygotowany przez twórców i przede wszystkim z fabułą, w której najwyraźniej zamierzają rozsadzić ten niewielki, ludzko-morski mikrokosmos. I oby to zadziałało. 

1629 albo przerażająca historia rozbitków z Dżakarty, tom 1. Aptekarz diabła

Nasza ocena: - 80%

80%

Scenariusz: Xavier Dorison. Rysunki: Thimothee Montaigne. Tłumaczenie: Maria Mosiewicz. Egmont 2023

User Rating: Be the first one !

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki" i Instytutu Książki, jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku.

Zobacz także

Ladies with guns, tom 1 – czy ktoś szuka najbardziej feministycznego westernu na rynku? [recenzja]

Westernowy „Ladies with guns” to najbardziej feministyczna odsłona konwencji Dzikiego Zachodu, jaką widziałem. Co z …

Leave a Reply