Najlepsze polskie powieści grozy po roku 2000

Polska groza nie ma łatwo. Wciąż boryka się z łatką mało ambitnej, kiczowatej literatury, co jest pokłosiem boomu na tanie brukowe (pulpowe) horrory wydawane na początku lat 90. m.in. przez Phantom Press czy Amber.

To, co miało swoisty urok i co do teraz przez miłośników gatunku darzone jest niezwykłym sentymentem, tak naprawdę w dużej mierze zaważyło na bardzo negatywnym postrzeganiu horroru w naszym kraju. Nie jest to literatura kojarzona z prozą cokolwiek ambitniejszą, ciekawą, dopracowaną nie tylko fabularnie, ale też – a może przede wszystkim – stylistycznie.  To przeświadczenie zamknęło drogę na polski rynek klasyce światowej powieści grozy (co dopiero teraz w niewielkim stopniu jest nadrabiane), ale także solidnie zaszkodziło rodzimym twórcom tego gatunku. Z jednej strony uczuliło wydawców nie tylko na propozycje wydawnicze z tego nurtu, ale wręcz zniechęciło do używania określenia “horror” do wydawanych pozycji. Wszystko, co okazuje się literaturą wybijającą się ponad przeciętność, znajduje mnóstwo zamiennych określników, wśród których króluje choćby thriller. By nie szukać daleko, kto z fanów horroru w Polsce kojarzy znakomity zbiór opowiadań Mariany Enriquez – “To, co utraciłyśmy w ogniu”? Książka, która zawiera opowiadania grozy w stanie czystym reklamowana jest przez wydawcę jako “literatura piękna”. I nijak nie chce być – zupełnie niesłusznie – kojarzona z horrorem.

Polska literatura powoli odrabia straty, a po roku 2000 ukazało się wiele pozycji, które kwalifikują się gatunkowo jako rasowy horror. Poniższe zestawienie to wybór dziesięciu polskich horrorów, na które zdecydowanie warto zwrócić uwagę.

Zygmunt Miłoszewski – Domofon (2005)

Sprawdź, gdzie kupić:

Powieść, obecnie (a i chyba w swoich początkach funkcjonowania na rynku książki) określana mianem thrillera jest jednym z największych szans polskiego horroru. Historia operująca klasycznym motywem nawiedzonego domu, ale umiejętnie transformująca go na realia współczesnej Warszawy była nadzieją, że horror po szalonym okresie niekontrolowanego wysypu pulpy spod znaku Phantom Press czy Amber Horror (który wspominam z rozrzewnieniem) trafi wreszcie na właściwe tory i doczekamy się w końcu rynku przyjaznego dla współczesnej i ambitniejszej powieści grozy. Owszem, powieść Miłoszewskiego ma stylistyczne niedociągnięcia, charakterystyczne dla debiutanta, jednak pełnokrwiste postacie, umiejętnie kreowanie podskórnego lęku, co rusz sprawnie rozładowywane znaczącą dawką ironii oraz bardzo umiejętne przetworzenie klasycznego motywu nawiedzonego domu stanowi przyczółek dla świetnej lektury. I „Domofon” – nawet z perspektywy czasu – nadal broni się jako jedna z ciekawszych pozycji na mapie literackiego horroru w Polsce. I żal tylko trochę, że Miłoszewski oddryfował całkiem w kierunku kryminału, bo w horrorze też mógł zwojować bardzo wiele.

Łukasz Orbitowski – Tracę ciepło (2007)

Sprawdź, gdzie kupić:

Z pewnością moja ulubiona powieść Orbitowskiego, która prezentuje jego niezwykłą umiejętność snucia opowieści skrajnie nierealistycznych, a jednak starannie osadzonych w hiperrealistycznym świecie. Jego rzeczywistość literacka składa się z niuansów, elementów starannego budowanie tła, rzeczywistości, w jakiej funkcjonują bohaterowie, by w następstwie konsekwentnie rozmontowywać ów realizm przez wprowadzanie kolejnych, nieracjonalnych, nadprzyrodzonych zdarzeń i rekwizytów. Znaczącą rolę gra tu miasto, kolejne poznawane jego dzielnice, które – częstokroć – jawią się jako mroczniejsze, straszniejsze, niż powieściowe duchy. Samo miasto zresztą zdaje się jakimś na wpół mitycznym, antropomorficznym stworem, żyjącym własnym życiem i w myśl nieodgadnionych, osobistych pragnień i żądz kształtującym losy bohaterów. Ale poza horrorowym, fantastycznym sztafażem powieść Orbitowskiego to historia o samotności, o dojrzewaniu, o smutku i poszukiwaniu drogi ucieczki od niego. Drogi, z gruntu, skazanej na porażkę. Wspaniała literatura, przesycona grozą egzystencjalną, wynikającą z samego istnienia, trwania. I Kraków. Kraków jakiego już nie będzie dane nam doświadczyć.

Jakub Małecki – Przemytnik cudu (2008)

Druga powieść autora bestsellerowego „Dygotu” to jeszcze książka nieco nieporadna w szczegółach, nieco chaotyczna w narracji, ale jednak będąca już zapowiedzią rodzącego się, wielkiego talentu autora, który – niestety – z horroru zrezygnuje, na rzecz literatury głównonurtowej. „Przemytnik cudu” to opowieść o karze i winie. O poszukiwaniu sensu i uwięzieniu w uwarunkowaniach egzystencji, której nie znosimy, ale jednak, przez przyzwyczajenie, strach i niechęć do podjęcia trudu zmiany, trwamy w niej nieprzerwanie. Odpowiednio krwawa, odpowiedni straszna, kojarzy mi się nieodzownie, w warstwie stylistycznej, ale i tematycznej, z wczesną prozą Orbitowskiego. I choć obydwaj autorzy ewoluowali w zupełnie odmiennych kierunkach – Małecki w stronę prozy bardziej emocjonalnej, poetyckiej – to jednak w początkach literackiej kariery znaleźć można było między twórczością obydwu wiele punktów stycznych – choćby nieodzowna rola miejskiej tkanki dla wydarzeń w powieści. „Przemytnik cudu” w równej mierze, co horrorem, jest powieścią obyczajową, opowiadającą o ludzkiej bezradności w zakresie chęci wyrwania się ze stagnacji, z marazmu, w jakim żyjemy.

Maria Magdalena Kałużyńska – Ymar (2010)

Debiut powieściowy Kałużyńskiej to przykład, jak powinno się pisać horrory. Niezwykła sprawność językowa, fantastyczny realizm dialogów i wielowymiarowa oś fabularna – to wszystko składa się na jedną z najlepszych powieści grozy, jakie ukazały się w Polsce. Owszem, autorka nie poprzestała na tym i zaserwowała kolejne, znakomite książki w serii „Alvethor”, ale to „Ymar” był pierwszy. Mamy tu makabrę, mamy krew, mamy metafizyczne zagadki i filozoficzne rozważania. To powieść, która pochłania bez reszty. Kałużyńska zresztą jest doskonała w warstwie stylistycznej. Operuje słowem w sposób imponujący i naprawdę niewielu autorom przed nią udało się wspiąć na taki poziom warsztatowy w polskiej grozie. W jej powieści postaci są pełnokrwiste, realistycznie nakreślone, a groza, która się pojawia, stanowi podskórne odczucie, że coś z tym naszym światem jest bardzo nie tak. I tak naprawdę, wcale nie chcemy zajrzeć pod podszewkę rzeczywistości, by się przekonać, co. Ale Kałużyńska i tak nas tam zabierze, bez pytania. To autorka, która – nadal – na przekór modom i rynkowym trendom – trwa przy literackim horrorze i konsekwentnie się w tym zakresie realizuje. I chwała jej za to.

Michał Gacek – Endemia (2012)

Sprawdź, gdzie kupić:

Michał Gacek to autor bardzo niedoceniony. Po interesującym zbiorze opowiadań „Kronika koszmarów” w „Endemii” zanurza się w onirycznej, niezwykle sugestywnie nakreślonej, mrocznej opowieści. To historia o poszukiwaniu własnego „ja”, opowieść o odkrywaniu własnych lęków. Powieść mami czytelnika fałszywymi tropami, biblijnymi plagami i odwiedzinami zmarłych, a to wszystko wpisane w senną atmosferę małego miasteczka, męczącego się z wyjątkowo upalnym latem. Bohaterka uciekająca przed zazdrosnym chłopakiem, trafia do Kniecieńca, gdzie zaczyna odkrywać nie tylko tajemnice mieściny, ale i własnej przeszłości. Zresztą, w powieści znajdziemy więcej bardzo starannie nakreślonych postaci, których losy w zaskakująco sposób się połączą, prowadzać do oryginalnego finału. Gacek to autor niezwykle sprawnie kreujący tajemnicę, ale też doskonale radzący sobie w warstwie stylistycznej. Jego prozę cechuje przede wszystkim staranność językowa, która zwiększa wrażenia z lektury. Jedną z najmocniejszych stron jest precyzja w kreśleniu portretów psychologicznych postaci, nadawanie im wielowymiarowości i autentyczności w całkiem odrealnionej przecież historii. Autor pisze niezwykle rzadko, po „Endemii” wydał jedynie okultystyczną powieść „Głową w dół”. Szkoda, bowiem to niezwykle sprawny autor, o nietuzinkowym talencie do tworzenia opowieści.

Aleksandra Zielińska – Przypadek Alicji (2014)

Sprawdź, gdzie kupić:

Powieściowy debiut Zielińskiej praktycznie nigdy nie został określony horrorem. Jednak zdecydowanie jest pełnoprawną powieścią grozy, gdzie miasto staje się obcym tworem, tchnącym niewysłowioną grozą, kryjącą się w całej jego brzydocie, obskurności, obcości. Trauma, przeżywana przez bohaterkę, jej oniryczna podróż w głąb swoistej króliczej nory – jej przyszłości – to elementy, które przerażają odrealnieniem postrzeganego świata, kiedy nie wiemy już, co jest prawdą, a co sennym majakiem, koszmarem. To literatura, która zachwyca złożonością, ale jednocześnie przeraża pozorną obojętnością emocjonalną bohaterki. Pozorną, bowiem Alicja przecież aż kipi od uczuć, od emocji. Od strachu, od wściekłości, od żalu, po desperację. Tylko powierzchownie postrzegana, powieść Zielińskiej nie zostanie zaliczona w poczet literatury grozy, bowiem cały, wykreowany przez autorkę obraz opiera się na wzbudzaniu w czytelniku czystego, emocjonalnego przerażenia. Prawdziwa groza niekoniecznie potrzebuje potworów, czy bestii. Czasem większe zło, większy strach, potężniejsza rozpacz kryją się w głębi człowieka.

Krzysztof Wroński – Czarny bóg (2015)

Sprawdź, gdzie kupić:

Ta powieść obnaża wszystkie błędy i niedoskonałości tworów spod znaku vanity. Brak redakcji i korekty doskwiera jej mocno. Brak składu także. Całość ratuje – na pierwszy rzut oka – znakomita okładka, stworzona zresztą przez samego autora. A sama powieść – mimo niedopracowania – zaskakuje świetnie nakreślonymi realiami powojennej Polski, a do tego zawiera mnóstwo mniej lub bardziej bezpośrednich odniesień do prozy Lovecrafta. I czyni te nawiązania subtelniej, niż większość polskich horrorów, w których nawiązywanie do mitologii Cthulhu jest nie tylko nagminne, ale często miałkie i zwyczajnie nużące. Więc jeśli chcielibyście przeczytać jedną, dokładnie jedną polską powieść odnoszącą się do twórczości Samotnika z Providence, to powinien to być „Czarny bóg”. Tak zgrabnie z lovecraftowską prozą nie poradził sobie później nikt, aż do czasów „Cieni Nowego Orleanu” Macieja Lewandowskiego. Dodatkowe plusy Wroński dostaje za znakomite stylizacje językowe w powieści, oraz za osadzenie fabuły w okresie wczesnego PRL-u, w latach tuż po II wojnie światowej. Realia społeczno – polityczne tamtego okresu, odtworzone z imponującą pieczołowitością, są dla powieści nie mniej znaczące, jak lovcraftiańskia groza, która się w niej kryje.

Wojciech Gunia – Nie ma wędrowca (2016)

Sprawdź, gdzie kupić:

Nazwisko Wojciecha Guni stało się już swoistą marką w polskiej grozie. Autor wzbudził wielkie zainteresowanie już debiutanckim zbiorem „Powrót”, który jednak miał bardzo wysoki próg wejścia i niektórych, mniej doświadczonych czytelników mógł odstręczać hermetycznością.

Ten czołowy polski propagator weird dopiero powieścią „Nie ma wędrowca” – doskonale skrojoną, bardzo sugestywnie nakreśloną – zajął należne mu miejsce. Powieść ma starannie podkreślone odniesienia historyczne, związane ze zbrodniami wojennymi (co w późniejszych tekstach Guni także będzie się niejednokrotnie pojawiać, choćby w noweli „Dom Mota”), kryjące się w tle, poza sprawnie nakreślonym sztafażem klasycznej grozy, by zająć czołowe miejsce w finale opowieści. To zaskakująco przystępna, zawierająca więcej, starannie zarysowanej, linearnej akcji powieść autora „Powrotu”, choć jednocześnie nie ustępująca językową erudycją jego krótkim utworom. Dodatkowo „Nie ma wędrowca” to książka, która przypomniała, że groza w naszym kraju może pretendować do literatury ambitnej, jednocześnie nie ukrywając za innymi gatunkowymi określnikami, nie tracąc swojej horrorowej etykiety.

Mikołaj Marcela – Bycie w śmierci. Athanatopia (2017)

Sprawdź, gdzie kupić:

Marcela dał się poznać jako autor powieści „Niemartwi Ciała wasze jak chleb”, ale to dopiero druga książka w pełni ukazała jego literacki talent i umiejętność przetwarzania ogranego do cna motywu o zombie w zajmujący, quasifilozoficzny esej nt śmierci. Jego proza łączy klasyczną historię o nieumarłych z szeroko zakrojonymi przemyśleniami nt istoty ludzkiej śmiertelności.

Jakie znaczenia ma śmierć sensu stricte, następująca w określonym momencie czasu? Jak oddziałuje na rzeczywistość wokół jednostki, na środowisko, bliskich i całą społeczność z tą jednostką styczną. I wreszcie na nią samą, bo nie sposób tego aspektu nie poruszyć. U Marceli śmierć staje się nie definitywnym końcem, ale niejako zmianą statusu. Nie jest absolutem, całkowitym wyrwaniem ze świata, odcięciem, rzuceniem w otchłań. Jest za to przemianą, nowym początkiem. Zmianą istoty postrzegania jednostki, zarówno przez otoczenie, jak i nią samą – o ile jeszcze posiada na tyle możliwości świadomego konstruowania wniosków i określania samej siebie. To z całą pewnością jedno z najciekawszych ujęć motywu zombie w literaturze grozy – nie tylko polskiej, ale ogółem.

Jakub Bielawski – Ćma (2019)

Sprawdź, gdzie kupić:

Literackie arcydzieło – tak najkrócej można by określić debiutancką powieść Kuby Bielawskiego. Powieść, która jest o tyle ciekawa, że po usunięciu całości nadprzyrodzonego wątku, historia nadal radziłaby sobie doskonale, jak mroczna, depresyjna opowieść o problemach dojrzewania, odkrywaniu własnej seksualności i cierpieniu związanym z odmiennością w tym zakresie. Stanowi niezwykłą, literacką analizę socjologiczną. To znakomity, boleśnie realistyczny obraz młodego pokolenia lat 90-tych. A do tego – owszem, wspaniale, sugestywnie opowiedziana historia grozy o pradawnym złu, które za wszelką cenę stara się przedostać do naszego świata. Nie uświadczycie tu żadnych groteskowych potworów, maniakalnych morderców, niczego z klasycznego instrumentarium horroru – co nie oznacza, że książka nie przeraża, a wręcz przeciwnie. Jeśli dołożymy do tego niezwykle sprawny warsztat pisarski i językową erudycję autora (w zakresie realizmu dialogów dorównuje mu tylko Magdalena Maria Kałużyńska) to mamy jedną z najważniejszych powieści grozy ostatnich dekad.

Zdjęcie główne © Ella_87 z Pixabay | Okładki: materiały prasowe wydawcy

Mariusz Wojteczek

Avatar
Rrocznik '82. Obecnie Krakus, trochę z przypadku, trochę z zasiedzenia. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4” i „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. W 2018 wydał autorski zbiór opowiadań „Ballady morderców”. Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie i popkulturze – w takiej właśnie kolejności.

Zobacz także

Co to do cholery było – siedem filmowych serii pogrzebanych sequelami

Nie sposób w historii kinematografii zliczyć podyktowanych chęcią zarobku kontynuacji, które nigdy nie powinny ujrzeć …

Leave a Reply