Batman, tom 10: Koszmary – za dużo psychoanalizy [recenzja]

“Batmanowi” ze scenariuszem Toma Kinga nie można odmówić próby odmiennego spojrzenia na najpopularniejszego bohatera DC. Run scenarzysty można odczytywać jako rodzaj eksperymentu, który w dziesiątym tomie niebezpiecznie przekracza granice pretensjonalności. 

Tę pretensjonalność wielu czytelników znajdowało w kingowym “Batmanie” już dużo wcześniej, w zasadzie od startu scenarzysta nie miał łatwo. Jego intencje, by z opowieści i Człowieku Nietoperzu zrobić swoistą psychodramę zostały przez odbiorców odczytane jako zamach na wizerunek superbohatera, który zamiast walczyć w swoim stylu ze złoczyńcami, zmuszony jest do roztrząsania innego rodzaju dylematów, na czele z tym uczuciowym. Po całych perturbacjach związanych ze słynnym “ślubem” wydawało się, że opowieść o Batmanie wskoczyła wreszcie na tradycyjne tory. W poprzednim tomie pogrążony w psychozie Gacek szalał i tłukł złoczyńców usiłując wyciągnąć z nich dowód na udział Bane’a w ostatnich, dramatycznych wydarzeniach. Potem jak królik z kapelusza wyskoczył Thomas Wayne z Ziemi 2. Co dalej, mieliśmy się dowiedzieć w dziesiątym tomie. Jednak stało się tak, że Tom King znowu wystrychnął czytelników na dudka. 

W pewnym sensie, scenarzystę można za to podziwiać. Zamiast konfrontacji Batmana z Bane’m, dostaliśmy album o trawiących głównego bohatera koszmarach. Owszem, dowiadujemy się, że te złe sny nawiedzają go właśnie za sprawą Bane’a i Thomasa Wayne’a, ale czy Tom King musi zamęczać nimi czytelnika (i Batmana) przez wszystkie opowieści z dziesiątego tomu? Cóż, może taki właśnie był jego zamiar, by czytelnik przeżywał podobne katusze co główny bohater, ale w tak dużej dawce wyczerpuje się ich siła rażenia. Bo o ile po dwóch, trzech zeszytach jesteśmy jeszcze zaintrygowani, to już po pięciu nasza cierpliwość szybko się wyczerpuje. 

To wszystko sprawia, że dochodzi do jakiejś absurdalnej sytuacji. Bo zamiast cieszyć się rysunkami Amandy Conner, psychodelią drugiego koszmaru, czy znakomitymi sekwencjami z szybkiej podróży z górnej do dolnej części Gotham w “Aż na samo dno”, bardziej myśli się o tym, że zostaliśmy przez twórcę wykiwani. Więcej – to rozwiązanie na dalszy ciąg pojedynku między Batmanem a Bane’m naprawdę może się podobać, bo przecież główny bohater nawet uwięziony w koszmarach pozostaje sobą i kombinuje jak się z nich wyrwać. A jednak wszystko obarcza nieznośna dawka psychoanalizy, której po prostu jest zbyt dużo w scenariuszach Kinga. Dlatego też kończymy lekturę z ulgą i jednocześnie nadzieją, że kolejny tom – “Upadek” – przyniesie nam trochę bardziej tradycyjną formę komiksowej rozrywki. Choć tego nie wie nikt, ale też każdy wie już jedno, że po Tomie Kingu wszystkiego można się spodziewać. Więc nikogo już raczej nie zdziwi, kiedy twórca po raz kolejny zaskoczy w nietypowy sposób swoich czytelników. Poczekamy, zobaczymy.

Batman, tom 10: Koszmary. Scenariusz: Tom King. Rysunki: Mikel Janin, Amanda Conner i inni. Egmont 2020.

Ocena: 5/10

Tomasz Miecznikowski

Avatar
Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki" i Instytutu Książki, jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku.

Zobacz także

Perramus. W płaszczu zapomnienia – frykcje argentyńskie [recenzja]

Twórczość Alberta Brecci mieliśmy już okazję poznać w bardzo dobrze ocenianych komiksach “Mort Cinder” i …

Leave a Reply