Gorący temat

Bullet Train – prędkość graniczna [recenzja]

Gdy sezon ogórkowy w pełni, w kinowym repertuarze możemy spodziewać się przede wszystkim produkcji lekkich, łatwych i przyjemnych na tyle, by zapewnić kilkadziesiąt minut niezobowiązującej rozrywki. Takie założenia nie muszą jednak wcale znaczyć, że wpisujące się w nie pozycje będą skazane jakościową porażkę.

Scenariusz „Bullet Train” oparty został na powieści Kōtarō Isaki opublikowanej w angielskiej wersji pod tym samym tytułem. Historia filmu skupia się na Biedronce, doświadczonym i przeżywającym kryzys sumienia przestępcy do wynajęcia, który właśnie wraca do zawodu po przerwie, próbując zapomnieć o towarzyszącym mu, objawiającym się w postaci śmierci postronnych osób pechu. Zadanie na ponowny start do którego bohater zostaje przydzielony w miejsce konkurencji, wydaje się dziecinnie proste – musi zdobyć walizkę znajdującą się w podróżującym z Tokio do Kyoto ekspresie. Co zapowiada się na rutynową robotę, wkrótce jednak znacząco się skomplikuje: na rzeczoną walizkę chęć ma również kilka innych znajdujących się w pociągu osób… które zupełnie niespodziewanie łączy wspólna historia.

Zasiadający na reżyserskim stołku „Bullet Train” David Leitch początkującym w materii kina akcji definitywnie nie jest – a portfolio składające się choćby z takich tytułów jak „John Wick”, „Deadpool 2” czy „Atomic Blonde” uświadamia, że zabawy z gatunkiem próbował już na kilka różnych sposobów. „Bullet Train” pod tym względem jawi się jako wypadkowa, czy wręcz amalgamat wymienionych pozycji – znajdziemy tu zarówno opierające się na ciętych dialogach dawki precyzyjnie odmierzanego humoru, pędzącą na złamanie karku akcję, jak i doskonałą choreografię walk. Do i tak już obiecującego na tym etapie koktajlu, Leitch dokłada jeszcze nieco inspiracji rodem z filmów Tarantino i absurdalnych, opartych na anime elementów. Wszystko ku temu, by wespół stworzyć prawdziwą jazdę bez trzymanki.

I trzeba przyznać, „Bullet Train” pod tym względem rzeczywiście jest jak tytułowy pociąg – jeśli w ogóle się zatrzymuje, to tylko w bardzo precyzyjnie odmierzonych odcinkach czasu, by już po chwili na powrót rozwinąć maksymalną prędkość. Choć fragmentów, w których całość trzeba tu wziąć „na wiarę” jest tu co najmniej kilka, nad mnogością powiązanych ze sobą w karkołomny sposób, uzupełnianych retrospekcjami wątków Amerykanin panuje sprawnie na tyle, by kręcenie głową z niedowierzaniem odbywało się zwykle jednocześnie przy szerokim od ucha do ucha uśmiechu. Innymi słowy, „Bullet Train” celuje dokładnie w ten segment „akcyjniaków na luzie”, który wypełnić chciał Netflix i jego „The Gray Man”. Różnica polega na tym, że film z Bradem Pittem robi to dobrze.

Sam aktor z kolei jest niewątpliwie największą gwiazdą całości i to jego obecność ma być magnesem przyciągającym do kin widownię – ale nie znaczy to, że reszta wypełnionej ciekawymi nazwiskami obsady nie ma tu nic do roboty. Na drugim planie świetnie prezentuje się przede wszystkim rzucający co chwila one-linerami duet Aaron Taylor-Johnson i Brian Tyree Henry, tuż za nimi jest manipulująca wszystkimi Joey King, a Hiroyuki Sanada dostaje prawdopodobnie najlepszą scenę w filmie, tnąc przeciwników kataną w slow motion, przy akompaniamencie japońskiej wersji „Holding on to a hero”.

Wyłania się z tego wszystkiego obraz filmu który zwłaszcza w swojej, mającej w głębokim poważaniu prawa fizyki i prawdopodobieństwo wydarzeń kategorii należy uznać za udany. Sprawna, godna sięgającego niemal stu milionów dolarów realizacja z posiłkującym się kilkoma klasykami soundtrackiem na czele, kilka prawdziwie epickich sekwencji (jako choćby te z Białą Śmiercią), komediowa samoświadomość i trzymający to wszystko w ryzach scenariusz stają się dowodem na to, że letni blockbuster nie musi być synonimem wstydu. „Bullet Train” nie odmieni niczyjego życia, ani nie będzie figurował w zestawieniach najbardziej spójnych filmów roku – ale swoją robotę wykonuje tak jak powinien.

Foto © United International Pictures Sp z o.o.

Bullet Train

Nasza ocena: - 70%

70%

Reżyseria: David Leitch. Obsada: Brad Pitt, Aaron Taylor-Johnson, Brian Tyree Henry, Joey King, Hiroyuki Sanada i inni. USA/Japonia, 2022.

User Rating: Be the first one !

Maciej Bachorski

Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i przyzwoitej (znaczy, nie tylko single malt) whisky. Pisywał dla "Playboya", "PIXELA", czy "Wiedzy i Życia", a obecnie współpracuje z "Nową Fantastyką", "CD-Action" i "Netfilmem".

Zobacz także

Vesper – postapokalipsa z promyczkiem nadziei [recenzja]

Niezależne filmowe science fiction zrealizowane w jakości dalece wykraczającej poza ich budżet to rzecz wielce …

Leave a Reply