Gorący temat

Czarna Orchidea – dekonstrukcja komiksu superbohaterskiego [recenzja]

„Czarna Orchidea” to dekonstrukcja komiksu o superbohaterach – to sformułowanie wybrzmiewa jak mantra w przypadku tej trzy-zeszytowej serii Neila Gaimana i Dave’a McKeana. I nie jest z pewnością określeniem przesadzonym. Pytanie tylko, czy owa dekonstrukcja nie poszła za daleko, nie jest zbyt „totalna”?

Dwaj giganci dopiero przecierali szlaki w komiksowej branży, a „Czarna Orchidea” była ich drugim wspólnie stworzonym tytułem (po „Drastycznych przypadkach”). Z jednej strony McKean był nieco zawiedziony, iż nie udało się mu przejąć porzuconej przez Allana Moore’a serii „Saga o Potworze z bagien”, jednak pomysł Gaimana na odświeżenie postaci zwanej Czarną Orchideą wynagrodził mu to z nawiązką. I ugruntował pozycję obydwu artystów w branży na długie lata, dając im możliwość stworzenia później choćby takiego arcydzieła, jak „Sandman”.

Czarna Orchidea to postać, o jakiej niewiele wiadomo, nigdy nie przedstawiono jej historii, nie ujawniono źródła czy pochodzenia jej mocy. Postać, która tak naprawdę nawet nie miała własnej serii, a jedynie pojawiała się gościnnie w różnych opowieściach. Z jednej strony dawało to scenarzyście dość szerokie pole do popisu, ale z drugiej było niejako budowaniem bohatera od podstaw, bez solidnego punktu zaczepienia, elementu, którym owa postać byłaby zakorzeniona w zbiorowej świadomości fanów komiksu. A to wiązało się z ryzykiem, bo nie było tak naprawdę czego z jej życiorysu przetwarzać, do czego się odnosić, czego dekonstruować. Więc Gaiman pokusił się nie tylko o przetworzenie samej sylwetki Orchidei, ale mitu superbohatera ogółem.

Bowiem sama historia zaczyna się praktycznie… śmiercią bohaterki. I to nie jakąś epicką klęską, upadkiem po imponującej, heroicznej walce z superzłoczyńcą. Owszem, złoczyńca jest, ale sam akt śmierci jest nad wyraz prozaiczny, ujęty w plebejski wręcz akt strzału w głowę z rewolweru do skrępowanej kobiety, której tożsamość została obnażona, a ona sama zniewolona z rozbrajającą wręcz łatwością. I to w tym momencie cała gaimanowska opowieść się zaczyna. A sama historia bardzo mocno oscyluje na pograniczu onirycznego snu, mrocznego majaku, gdzie zaciera się granica pomiędzy tym, co prawdziwe, a wyobrażone. Tym, co realne, a nadnaturalne.

Gaiman to znakomity gawędziarz, czemu dał upust nie tylko w licznych powieściach i opowiadaniach, ale także w licznych komiksach. Jednak wczesna w jego komiksowym dorobku „Czarna orchidea” do najlżejszych nie należy. Sprawia wrażenie nazbyt chaotycznej, zbyt oszczędnej w słowne środki ekspresji i łatwo się w tej dziwacznej opowieści zwyczajnie zagubić. Brak tu dynamizmu, typowego dla superbohaterskich opowieści. I choć – jak przystało na dekonstrukcję motywu – pozbawienie go cech charakterystycznych jest tu jak najbardziej na miejscu, to jednak mam wrażenie, że Gaiman poszedł odrobinę za daleko. Owszem, to pozycja scenariuszowo interesująca (sceny w Azylu Arkham są wprost cudowne!), ale nie stanowi aż takiego arcydzieła, jakiego bym się po Gaimanie spodziewał. Jest duszno, niespokojnie, mocno onirycznie i miejscami można odnieść wrażenie, że nazbyt mocno autor ucieka w odrealnienie zarówno swojej bohaterki, jak i całej historii. Dla porównania, dużo lepiej z koncepcją przetworzenia superbohaterskiego pomysłu, pokazania czegoś nowego poradzili, sobie Kurt Busiek i Alex Ross w wydanej w 1994 roku serii „Marvels”.

„Czarna orchidea” to nadal Gaiman. Nadal artysta nieszablonowy, z własną wizją świata przedstawionego, który nie waha się wyrywać z ram narzuconych przez komiksowe medium. Jednak na tak wczesnym etapie jego bytności w komiksie mam wrażenie, że nadto agresywnie próbuje zerwać ze schematem. I w pewnym stopniu przesadza. Zwłaszcza, że działa późniejsze, napisane jego ręką scenariusze, są dużo bardziej utrzymane w ryzach, dużo lepiej dopasowane do wymogów komiksowego medium. I choć Gaiman nadal przetwarza w nich schematy, kreując swoje własne, to czyni to na solidniejszej, lepiej przygotowanej podwalinie stworzonej z dotychczasowych wymogów komiksowej konwencji, niż ma to miejsce w „Czarnej Orchidei”.

Od strony graficznej to przykład niezwykłego talentu McKeana. Nic dodać, nic ująć. Po pierwsze widać, że on doskonale czuje gaimanowski styl pisania i dobrze się w nim odnajduje. Potrafi znakomicie przetworzyć scenariusz na język obrazu, korzystając z pozornie bardzo oszczędnego instrumentarium. Jego technika, z jednej strony surowa, w wielu kadrach wręcz minimalistyczna, paradoksalnie zdaje się aż kipieć emocjami, które wzbudzane są za pomocą zarówno niedopowiedzeń i swoistej ostrożności w kreacji tła, jak i za sprawą stonowanej, mocno rozmywającej się kolorystyki.

„Czarna orchidea” to komiks, w którym udało się twórcom połączyć surową brutalność zbrodni z poetyką odnajdywania siebie, swojej tożsamości. A to wszystko zamknięte w opowieść o superbohaterce, o jej kształtowaniu się, ponownych narodzinach, wynikających ze swoistego katharsis względem dotychczasowego życia . I choć album nie jest doskonały, nie jest wolny od wad, zwłaszcza w warstwie scenariusza – gdzie Gaiman zbyt mocno próbuje wyrwać się poza dominujące dotychczas ramy schematu – tak z pewnością jest dziełem które miało znaczący wpływ na kształtowanie się współczesnego komiksu jako takiego.

Minęło ponad trzydzieści lat i cały komiksowy przemysł zmienił się nie do poznania. „Czarna Orchidea” pochodzi z czasów, kiedy jeszcze wiele rewolucji czekało, by się dopiero dokonać. A młode, gorące głowy rwały się, by zmieniać komiksowy świat. Gaiman z McKeanem go zmienili. Niejednokrotnie, w późniejszych latach bardziej jeszcze nawet, niż tutaj. Jednak warto rzucić okiem, jak to się wszystko zaczynało. Kiedy obecni giganci stawiali pierwsze kroki w branży. „Czarna Orchidea” stanowi swoistą lekcję historii. I choćby z tego powodu warto ją poznać.

Czarna Orchidea

Nasza ocena: - 75%

75%

Scenariusz: Neil Gaiman. Rysunki: Dave McKean. Wydawnictwo Egmont 2021

User Rating: Be the first one !

Mariusz Wojteczek

Avatar
Rrocznik '82. Obecnie Krakus, trochę z przypadku, trochę z zasiedzenia. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4” i „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. W 2018 wydał autorski zbiór opowiadań „Ballady morderców”. Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie i popkulturze – w takiej właśnie kolejności.

Zobacz także

Julia. Z archiwum spraw kryminalnych, tomy 1-2 – komiksowy “Mindhunter” [recenzja]

Na polskim rynku robi się coraz gęściej od nieamerykańskich komiksów gatunkowych. “Julia. Z archiwum spraw …

Leave a Reply