Gorący temat

Dziecko Rosemary – jak napisać horror doskonały? [recenzja]

„Dziecko Rosemary” to jeden z żelaznych klasyków grozy, które po prostu wypada znać. Powieść napisana w latach 60-tych ubiegłego wieku (pierwsze wydanie 1967 rok) i rozsławiona o rok późniejszym filmem Romana Polańskiego, nic nie straciła ze swojej siły wyrazu i nadal pozostaje jednym z najdoskonalszych przykładów, jak dobrze skonstruować literacki horror.

Kamienica Bradford to miejsce – marzenie, zwłaszcza dla młodego małżeństwa Rosemary i Guya Woodhouse’ów, które szuka dla siebie nowego, wygodnego lokum. Nie odstręcza ich nawet mroczna historia wybranej lokalizacji, którą opowiada im ich przyjaciel. Nie dziwi ich też – z początku przynajmniej – nadgorliwa serdeczność podstarzałego małżeństwa z sąsiedztwa.

Kiedy jednak w kamienicy zaczynają dziać się rzeczy dziwne, niepokojące, a czasem nawet tragiczne, nasi bohaterowie – a ściślej, jedno z nich, Rosemary – zaczynają odczuwać coraz większy niepokój… Tytułowa bohaterka zachodzi w ciążę. Ciążę upragnioną, wyczekiwaną. Ciążę mającą stanowić zwieńczenie jest małżeńskiej roli i dopełnienie jej związku z Guyem. Jednak wraz z błogosławionym stanem dziewczynę zaczynają trawić coraz to nowe, irracjonalne obawy, niepokoje i lęki. Ciąża zdaje się przebiegać prawidłowo – wg jej lekarza prowadzącego – ale ona sama mierzy się z okropnym, nieustającym bólem. Jednocześnie ma coraz mniejsze oparcie w mężu, który jest coraz bardziej pochłonięty karierą aktorską. Niespodziewanie zdobyte szanse na jej rozwój nie mogą zostać zaprzepaszczone, jednak w wyniku tego więcej go nie ma w domu, niż w nim jest… Rosemary zaczyna ogarniać marazm, coraz mocniej odczuwa samotność i wymuszoną niejako przez swój stan izolację. Na to wszystko nakładają się dziwne, niepokojące sny, podejrzenia rodzące się względem uroczo nachalnych staruszków z sąsiedztwa, i tajemnicze, niepokojące zdarzenia dotykające bliskich przyszłej matki. Im bliżej finału (i rozwiązania), tym atmosfera robi się gęstsza, bardziej przytłaczająca, a my z każdą stroną tracimy rozeznanie, czy to, co dziewczyna odczuwa, te wszystkie jej stany, lęki, podejrzenia nie są reakcją na trudną ciążę, nie są dyktowane przez popadający w depresję i szaleństwo, umęczony, wyczerpany umysł.

Wielu z Was zna zapewne tę historię, choćby za sprawą wspomnianej, kultowej ekranizacji w reżyserii Romana Polańskiego. Jednak powiedzmy sobie szczerze – kunszt reżysera kunsztem, ale Polański (odpowiedzialny także za scenariusz), otrzymał od Iry Levina praktycznie gotowy materiał na film. Narracja pisarza idealnie rezonuje z filmową estetyką, a dialogi są na tyle naturalne i sugestywne, że praktycznie jeden do jednego mogłyby zostać przeniesione na filmowy ekran. Levin buduje swoją opowieść z kolejnych, starannie dobranych elementów, konstruując wielopoziomową wieżę złożoną z napięcia i podejrzliwości. Bowiem pozorna sielskość kreowanego w książce świata jest starannie przez Levina dekonstruowana poprzez podsuwanie nam subtelnych sugestii, że jednak coś jest stanowczo nie tak, coś nie mieści się w ramach „normalności”, coś wykracza poza standard. Wspierane tragicznymi i tajemniczymi zdarzeniami, które nie są jednoznacznie nadprzyrodzone, ale jednocześnie trudne do racjonalnego wytłumaczenia podbijają nasz niepokój, wzbudzając coraz to nowe wątpliwości.

A powieść, choćby czytana nie pierwszy, ale kolejny raz, nadal potrafi uchwycić w kleszcze lęku i trzymać w nich do ostatniej strony. To przykład (podobnie jak choćby w „Całopaleniu” Roberta Marasco) grozy konstruowanej na niedopowiedzeniach, niedosłowności. Taka kreacja pozwala uniknąć autorowi estetyki pastiszowej, pulpowej grozy na rzecz quasi — obyczajowego dramatu opisującego rozterki emocjonalne amerykańskiej klasy średniej schyłku lat 60-tych ubiegłego wieku. I mocno wplatając w ten obraz kryzys wiary i nadwątlenie monumentu, jaki przez dekady stanowił na świecie Kościół Katolicki. Warto tu przywołać choćby postać Guya, który daje się zjednać sąsiadom w ich zamiarach nad wyraz szybko. Wskazują na jego zorientowanie na sukces, na zdobycie sławy, popularności, pieniędzy – słowem, na materialne dobra, choćby stanowiło to jawne poświęcenie własnej duchowości oraz bezpieczeństwa i dobrostanu najbliższych mu osób.

Wątek satanizmu, wyłaniający się z owej powieści, mocno odbiega od naszych, europejskich wyobrażeń samego kultu. A to klucz do zrozumienia przekazu powieści. Zresztą przypadkowo początek Kościoła Szatana, którego założycielem był Anton Szandor LaVey datuje się na koniec 1966 roku, a więc zbiega się z okresem powstania książki. I nie wskazuje to nijak na wzajemne konotacje pomiędzy dziełem Levina, a organizacją, to jednak dobrze obrazuje kryzys duchowy, jaki dominował w USA w tamtym okresie. Ludzie poszukiwali odmiennego bieguna dla licznych skrajnych katolickich organizacji, które odstręczały tych co trzeźwiej myślących swym zapieczonym fundamentalizmem. Sam autor w Szatana nie wierzy, daleko mu do religijnej gorliwości, a wykorzystanie w powieści diabelskiej siły miało być niejako wypadkową faktu, iż „pozaziemskie poczęcie” wykorzystał już wcześniej John Wyndham w „Kukułczych jajach z Midwich”, więc Levinowi nie pozostał zbyt szeroki wybór…

Warto zaznaczyć, iż amerykański satanizm kreowany m.in. przez Kościół Szatana nie lobbuje za całą ta krwawo – demoniczną otoczką, jaka nam, Europejczykom towarzyszy w kontekście postrzegania satanizmu jeszcze od średniowiecza. To bardziej gloryfikacja hedonizmu i skrajnej wolności, prowadzącej do spełniania wszelkich ziemskich uciech, bez obaw o domniemaną karę pośmiertną. A więc amerykański satanizm, przynajmniej w owym okresie, kiedy Levin pisał powieść, skupiał się na lansowaniu dążeń materialnych, z odrzuceniem ascetyzmu duchowości, jaki był elementarną podstawą nauk chrześcijańskich. Cóż, jeśliby się dobrze przyjrzeć, to ma on w takim ujęciu wiele stycznych punktów z ruchem hippisowskim. Ale nie tu tkwi sedno problemu. Levin chciał napisać powieść, w której kluczowe będzie oczekiwanie na to straszne zdarzenia, zamiast niego samego. Sam wspomina o tym zresztą w Posłowiu, zamieszczonym w niniejszym wydaniu. To oczekiwanie właśnie jest wg niego tajemnicą strachu, jaki wzbudza horror. I trudno się z nim nie zgodzić. Także z tym, iż nie ma dłuższego okresu wyczekiwania, jak dziewięć miesięcy ciąży, kiedy to właśnie z ukrytym w brzuchu matki płodem ma być coś bardzo złego!

„Dziecko Rosemary” zdaje się więc być nie tylko klasyczną powieścią grozy, która siłą rzeczy znalazła się w żelaznym kanonie horroru, obok choćby „Omena” , czy wspomnianego już „Całopalenia”, ale też swoistym studium społecznych nastrojów swoich czasów. Może tylko określonej ich części, ale jednak.

Chłodny, oszczędny styl autora pozwala skupić się na jak najprecyzyjniejszym relacjonowaniu wydarzeń, będących zresztą elementami starannie skonstruowanej intrygi. Ale interpretację przestawionej historii pozostawiając już w dużej mierze czytelnikom. To proza bardzo filmowa. Jak wspomniałem na wstępie, Polański miał znacząco ułatwione zadanie, gdyż narracja Levina mocno przywodzi na myśl właśnie estetykę filmowej opowieści. Warto dodać, że Levin solidnie osadził ją nie tylko w scenerii Manhattanu, ale też uzupełnił szczegółowo tło ówczesnych wydarzeń. Wizyta papieska w USA, strajki, wybory na Burmistrza – to wszystko historyczne fakty, zaimplementowane do fikcyjnej opowieści, które miały (co nadal działa) uwiarygodnić ją w oczach czytelników. Udanie zresztą.

Nowe wydanie „Dziecka Rosemary” w Wydawnictwie Vesper to tak naprawdę przypomnienie klasycznej powieści, obrazującej przykładem, jak horror zbudował sobie dekady temu swoją silną pozycję w obrębie literatury gatunkowej. Jednocześnie to tytuł, który – w odniesieniu do współczesności – nadal nie traci nic ze swojej siły wyrazu. Zarówno w kontekście literackim, jak w sferze portretowania ówczesnego społeczeństwa. A piękne, dopracowane w detalach nowe wydanie zasługuje na dodatkowe brawa. Vesper ponownie postarał się, by zadowolić każdego horrorowego bibliofila.

Dziecko Rosemary

Nasza ocena: - 100%

100%

Ira Levin. Wydawnictwo Vesper 2021

User Rating: Be the first one !

Mariusz Wojteczek

Rrocznik '82. Obecnie Krakus, trochę z przypadku, trochę z zasiedzenia. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4” i „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. W 2018 wydał autorski zbiór opowiadań „Ballady morderców”. Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie i popkulturze – w takiej właśnie kolejności.

Zobacz także

Rewolta – trafne podsumowanie kondycji współczesnego świata [recenzja]

„Bez walki nie ma postępu”. Nadav Eyal wybrał słowa Frederica Douglasa na motto swojej książki …

Leave a Reply