Gorący temat

Wojciech Gunia. Człowiek za murem

Jest obecnie jednym z naszych najambitniejszych autorów. Wciąż młody, a już przez niektórych określany jako maestro literackiej grozy – Wojciech Gunia – przyjechał na moje zaproszenie nad morze do Sopotu, żeby opowiedzieć mi o swoim życiu, pisaniu, inspiracjach oraz lepiej bądź gorzej wydanych książkach.

Taka scena. Dwóch młokosów bawi się w dużym ogrodzie wokół posiadłości swoich rodziców. Ten, który opowiada historię, podaje, że był przekonany, że żyli w jedynym domu na świecie, otoczeni nieskończonym lasem. Jakiś czas później postanawiają zbadać teren – w nadziei, że odkryją skarby i drzwi do tajemniczych krain. Chcą dojść do granicy lasu, która wydaje im się nieomal mityczna. Pewnego dnia osiągają kres. I wówczas staje przed nimi „wysoki, zimny mur”.

I tak to właśnie jest, na wiele różnych sposobów, u Wojciecha Guni – autora coraz ciekawszego, coraz bardziej wymykającego się prostym klasyfikacjom gatunkowym. Zwłaszcza, kiedy sięgnie się po jego ostatnią propozycję pt. Złe wszechświaty, gdzie po raz pierwszy połączył własną fotografię z krótką formą prozatorską, która bez kompleksów leci niekiedy w poezję, tworząc kombinację niesamowitą. Niesamowitość ma tu zresztą podwójne znaczenie: nie tylko wyjątkowa to publikacja na rynku książki, ale i zarazem konsekwentne rozwinięcie wcześniejszych obsesji pisarza – bycia w świecie, którego wyjaśnić sobie nie sposób, bycia w samym sobie, czego ogarnąć nie sposób, bycia trudnego, nieznośnego, którego do końca przyjąć nie sposób. Ten wielowarstwowy brak sposobu to ciągłe napięcie, rodzące się tu na styku tekstu z fotografią, bowiem między przeżyciem spisanym, a przeżyciem sfotografowanym nie ma przepaści, wszystko składa się na przemyślany obraz pokryty ciemnością, obraz opresyjny, chwilami wręcz rozpaczliwy. „Nie jestem pisarzem horroru per se – pisał do mnie na krótko przed spotkaniem, kiedy przeglądałem ten przepięknie wydany album. – Ale wpadłem w tę niszę, niekoniecznie wedle własnego planu. Mnie od początku ciągnęło w stronę absurdu. Absurd wydaje mi się znacznie bardziej niepokojący niż flaki albo krew. Przede wszystkim jednak jest ciekawszy. Ale ciemność . . . tak, ciemność musi być, zawsze.”

Złe wszechświaty to echa wrzasku wydobywające się jakby zza muru. Są tak dobrze napisane, że nieraz budzą zazdrość. To także pierwszy raz, kiedy czuje się w tym pisarstwie człowieka z krwi i kości. Nieraz bardzo nieprzyjemne to uczucie, ale akurat do nieprzyjemnej lektury Gunia zdążył przyzwyczaić już chyba wszystkich.

Gunia zjawia się punktualnie o ustalonej wcześniej dziesiątej przed południem i wpada do mieszkania jakby przed chwilą uniknął uderzenia piorunem. Porusza się szybkim, nerwowym krokiem, jakby znajdował się w jakimś wewnętrznym rozprzężeniu wynikającym z bycia ograniczonym przez jedno ciało. Odziany w kombinację czarnych cichobiegów, granatowych dżinsów, białej koszuli pod krawatem i narzuconej na nią granatowej marynarki w kratę, przywodzi raczej na myśl typa z wysokiego szczebla firmy windykacyjnej aniżeli pisarza. Na zdjęciach przedstawia się, jakby był rozbudowany, wręcz masywny. W rzeczywistości okazuje się niski, dosyć krępy. Kiedy otwieram dla nas po butelce piwa, mówiąc, żeby walnął się na kanapę, on odpowiada, że jeszcze potrzebuje pochodzić. Postawę ma bardzo poważną, chwilami wręcz napiętą. Z wierzchu chce wyglądać na opanowanego, ale już po chwili wyraźnie widać, że to nie leży w jego naturze. Jego twarz, zamaskowana gęstym zarostem, uderza kontrastem – w dialogu patrzy na ciebie jakby spode łba, ale z jego oczu bije łagodność. Znaczy się wtedy, kiedy postanowi chwycić z tobą kontakt wzrokowy, co nie zawsze się zdarza. Zdradza lekki autyzm, bo czujesz, że mówi do ciebie, kiedy on de facto gada do ściany. Mimo wszystko, ma w sobie pewną charyzmę; kulturalny, nigdy nie przerywa cudzej myśli, uważnie słucha i równie uważnie dobiera słowa, żeby jak najadekwatniej oddać to, co myśli. Odzywam się w pewnym momencie, kiedy on tak chodzi i chodzi po salonie, że mogę być dziś nieco spowolniony, bo obudziłem się zmęczony i nawet długi chłodny prysznic niewiele na to pomógł. „Weź nic nie mów o byciu zmęczonym – komentuje. – Albo krzyż, albo wzrok, albo coś innego, ale zawsze, kurwa, coś. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz się wyspałem. To musiało być bardzo dawno temu”. Nietrudno dać wiarę jego słowom. Gunia jest bowiem na co dzień człowiekiem bardzo zajętym. Niebezpiecznie wręcz zajętym. A może to go właśnie zabezpiecza.

To prędko rzuca się mocno: Gunia w kontakcie na żywo wydaje się zaprzeczeniem tych, których można znaleźć w jego tekstach. No, może tylko z wyjątkiem tego napięcia. Całe szczęście trumny, na wszelki wypadek, ze sobą nie przytargał.

„Zdarzało się, że ludzie, którzy czytali moją pisaninę, byli zdziwieni poznając mnie na żywo, bo z tej mojej pisaniny wynieśli przekonanie, że na co dzień muszę być jakimś strasznie ponurym typem, który śpi w trumnie – opowiada, kiedy szykuję dla niego jajecznicę, żeby zjadł po podróży.

I poniekąd nic dziwnego. Gdyby sięgnąć po jego teksty, nic nie wiedząc o autorze ani nie znając go choćby ze zdjęcia, w głowie najprędzej pojawiłby się obraz samotnika na antydepresantach; domatora żyjącego w ciasnym, wynajmowanym pokoju z kratami w oknach, żeby można było w nocy chociaż na moment zmrużyć oko. Niewykluczone, że tacy go właśnie nieraz czytają i takim stał się szczególnie bliski.

Typowy narrator w prozie Guni to antybohater par excellence: po dostojewsku anonimowy, ubogi w życie zewnętrzne, seksualnie kompletnie stłumiony, obsesyjnie zanurzony w introspekcję, przez to wszystko osamotniony, a zarazem szukający jednak stabilnego kąta, bujany na tratwie przypadku, chcący zarzucić gdzieś – gdziekolwiek – kotwicę na ciemnym morzu życia. Gdyby dało się ich wszystkich zebrać w jednym pomieszczeniu i posadzić przy stole, prędko stałoby się jasne, że to upiorne zgromadzenie: wszyscy jednego oblicza, ledwie naszkicowani, osobni, a jednak identyczni. I gdziekolwiek spojrzą, nic, tylko tzw. odcienie ciemności.

Jego ulubionym polskim autorem od lat pozostaje Bruno Schulz. Kiedy cytuję go Guni, bowiem pytał raz przejmująco: „Cóż można począć w takim świecie? Jak nie zwątpić, jak nie upaść na duchu, gdy wszystko jest zamknięte na głucho, zamurowane nad swoim sensem, i wszędzie tylko stukasz w cegłę, jak w ścianę więzienia?”, on pozostaje niemy, potakuje jedynie, dając do zrozumienia, że dobrze pamięta te pytania. Gunia tego typu pytań, zadawanych wprost bądź nie, ma wiele, ale najpierw zadbał o bazę, żeby móc je zadawać w stabilnych warunkach.

Mówię mu w pewnym momencie, bez owijania w bawełnę, że gdybym pisał taką prozę, jaką on pisze, prędko chodziłbym po ścianach, a on wtedy bez wahania odpowiada, że gdyby nie pisał właśnie takiej prozy, jaką pisze, sam prędko chodziłby po ścianach.

Od niespełna dziesięciu lat mieszka w Warszawie, gdzie robi na etacie. Żonaty z Agnieszką przez lwią część dorosłego życia, ma z nią syna. Kiedy nie pisze własnej prozy – tłumaczy cudzą z angielskiego, jest także redaktorem rocznika Sny umarłych, a jeszcze do tego „po godzinach” zajmuje się montażem i grafiką. „Ale zdarzają mi się też takie okazje, jak dziś, kiedy mogę napić się piwa przed południem, co jest zajebiste” – mówi, pochłaniając jajecznicę i popijając ją piwem. Pytam, jak tam u niego obecnie z alkoholem. „Czasy krakowskie, kiedy studiowałem na Jagiellonce i po pijaku lądowałem mordą na chodniku, spadając z wiaty tramwajowej, mam już na szczęście dawno za sobą” – komentuje. No, to momentalnie wyczerpuje temat.

Rzeczywiście, gdy bliżej mu się przyjrzeć, wygląda na zmęczonego. Ale kiedy pytasz, skąd w nim tyle pracowitości, i dowiadujesz się, że ten trzydziestodziewięcioletni chłop to syn leśnika, wówczas ta prosta informacja, że ma geny fachowca z tartaku w Starym Sączu, z miejsca gwałtownie zwiększa rozdzielczość optyki. „Kiedy byłem dzieciakiem – wspomina – ojciec uczył mnie grać w szachy, warcaby i skoczki. Miałem ledwie dziesięć lat, a on nie dawał mi w tych rozgrywkach żadnych forów. Napierdalał mnie na tej szachownicy bez litości. Ale ja się zawziąłem, i w końcu zacząłem grać z nim jak równy z równym, a potem wygrywałem.” Całkiem niezła strategia ze strony ojca. „Tak, może dość graniczna metoda wychowawcza, bo albo się zaweźmiesz, albo dasz się złamać, tak już nie do naprawienia” – komentuje. Stoi to w mocnej opozycji do starych w jego prozie, których najczęściej szarpie z jednego bieguna na drugi: są wycofani albo zdesperowani, albo zwyczajnie eunuchowaci. „Mój ojciec ma bardzo silną osobowość i jest niewiarygodnie uparty – mówi. – Żeby się nie dać wtedy stłamsić, trzeba było wyrobić w sobie dużą odporność. Ale to była dobra inwestycja, bo dzięki temu nie pozwalam, aby ktokolwiek wchodził mi na głowę”.

Synowie w jego tekstach mają sporo powodów, by czuć się rozczarowani, bowiem zostali opuszczeni przez swoich starych. Tutaj też nie pokrywa się to z literaturą, Gunia zresztą nigdy nie używa kolokwialnego „starego” wspominając ojca, co pokazuje szacunek dla starszej młodzieży.

„Ojciec od zawsze pracował w branży leśnej – opowiada – i zabierał mnie w teren, więc odwiedzałem leśne wycinki, miejsca zrywek i tartaki, rozsiane gdzieś po lasach i różnych podupadłych zadupiach południa Polski za czasu końca komuny i lat transformacji.” Pytam, czy sam rozczarował ojca, wyjeżdżając z rodzinnego miasta, żeby zostać literaturoznawcą. „Nigdy mi tego nie powiedział – odpowiada – więc nie mogę tego zakładać, natomiast wydaje mi się, że na pewnym etapie inaczej widział moją przyszłość, jak i to, gdzie zamieszkam”. Tu robi dłuższą pauzę. „Po maturze musiałem podjąć decyzję . . . studia w Krakowie albo pozostanie w Nowym Sączu. Opcja odpuszczenia edukacji po ogólniaku nie wchodziła w grę, więc pewnie zrobiłbym jakieś studia w rodzinnym mieście. Aczkolwiek gdybym został, to pewnie dziś pracowałbym w tartaku. Nie byłoby to złe rozwiązanie, bo nie mam wstrętu do fizycznej roboty, ale jednak sprawy potoczyły się inaczej”.

Własnego syna z pewnością nie chciałby rozczarować; od początku uznał, że chcieć utrzymać siebie i rodzinę z literatury, tym bardziej literatury grozy, to byłoby porywanie się z przysłowiową motyką na słońce. „To się zgadza. Zwłaszcza, że w mojej pisaninie tego słońca nie ma zbyt wiele. A jak już jest, to jest to słońce wycieńczające, suszące wszystko na wiór, odbierające siłę do życia” – komentuje z ponurą ironią. „Od początku piszę wedle siebie, a nie pod czytelnika. Po pewnym czasie okazało się, niekiedy ku mojemu zdumieniu, że piszę rzeczy, które mają dla kogoś jakieś znaczenie. Pewnie, mógłbym to wrzucać do internetu za darmo, ale jednak zależy mi, żeby to do kogoś dotarło, a druk nadal traktowany jest inaczej niż tekst na stronie internetowej. Nie żeby kiedykolwiek jeszcze mogło być tak, jak przed internetem, z tym trzeba się raz na zawsze pogodzić. Ale jeśli uważam, że może mieć dla kogoś znaczenie, to staram się o druk, bo on da mi lepszy zasięg niż np. blog”.

Gunia miał szczęście otrzymać w domu dobre wzorce, tym cenniejsze, że postanowił je wykorzystać. „Rodzice byli na co dzień zarobieni – wspomina. – A mama zabierała jeszcze ze sobą robotę do domu, bo była nauczycielką, więc wieczorne sprawdzanie dyktand, i tak dalej . . . Więc sporo obowiązków wzięła na siebie babcia. Wiesz, to jeszcze było pokolenie, gdzie praca wyznaczała horyzont. Wstawało się i szło się zapierdalać, kropka. Ja to przejąłem. Gdybym jako dorosły facet żył bez określonej struktury, bez dyscypliny, pewnie szybko bym się rozlazł, poleciał w autodestrukcję, chlanie i szukanie guza . . .”

Ale o tym nie może być mowy. „Narratorzy w moich tekstach mogą sobie być odklejeni od rzeczywistości, zresztą bardzo ich nieraz do tego zachęcam, ale ja w swoim życiu nie mogę sobie na to pozwolić” – mówi.

No tak, trzeba zawieźć lub odebrać syna ze szkoły, a tak poza tym trzeba jeszcze, ogólnie mówiąc, zająć się stoma innymi rzeczami, jak to w życiu po trzydziestce. „Te długie dystanse – tłumaczy – to jeden z głównych powodów, dlaczego szczerze nienawidzę mieszkania w Warszawie. Tam naprawdę wszędzie masz daleko i spędzasz za kółkiem znacznie więcej czasu niżbyś sobie tego życzył. To cholernie frustruje, zwłaszcza, jeśli sobie uświadomisz, jak dużo czasu w ten sposób tracisz, ile mógłbyś przez ten czas zrobić bardziej sensownych rzeczy. Na pewno sensowniejszych niż siedzenie na tyłku w puszce otoczonej spalinami”.

Ale jednak udaje mu się to wszystko ze sobą godzić. „Ten mój upór i zawziętość, których się nauczyłem . . . – wraca jeszcze do wspomnień o ojcu. – One mają jeszcze jedną cechę: są długofalowe. Kiedy mam jakiś plan, żeby coś zrealizować, coś osiągnąć, to nie ma dla mnie znaczenia, czy to potrwa miesiąc, rok czy dziesięć lat. Będę tak długo konsekwentnie robił to, co uznaję za słuszne, aż w końcu dopnę swego. To jest przydatna cecha, ale też straszna, bo przez to nie umiem odpuszczać, nie ma we mnie zgody na porażkę. To bywa głupie, bo łatwo skończyć jak czarny rycerz z Monty Pythona i Świętego Graala”.

Dzieciństwo jest jeszcze bardziej przereklamowane niż dorosłość, bowiem dotkliwych ciosów nie sposób przeżyć świadomie. A pierwszy cios w życiu Guni przyszedł już na starcie. Miał sześć lat, kiedy jego siostra zmarła krótko po urodzeniu.

„Rodzice nie chcieli, żeby ich dziecko było jedynakiem – wspomina. – Ale . . . jednak zostałem tym jedynakiem”. Śmierć bliskiej osoby to motyw niejednokrotnie powracający w jego prozie, prowadzący nieraz do wyjątkowo brutalnych rozwiązań. W ogóle dziecięcość ma w tej prozie najtrudniej. Nowela Miasto i rzeka, a zwłaszcza jej finał, zawiera tak silne nagromadzenie mroku i ciężaru emocjonalnego, że po lekturze ma się już tylko ochotę jak najszybciej o niej zapomnieć.

„To tekst, który powstawał w okresie, kiedy wiedziałem, że zostanę ojcem” – komentuje. To był trudny moment. „Do dziś miewam dni – dodaje – kiedy zastanawiam się, czy powinienem był go pokazać, bo on idzie dość daleko.” Ale w to, jak przeżywał własne dzieciństwo, nie zamierza wchodzić. „Mógłbym mówić o tym, jak byłem świadkiem wypadku samochodowego, który zmasakrował człowieka – komentuje po dłuższej chwili – albo o tym, kiedy widziałem, jak jakaś starowinka w chuście na głowie i prochowcu zaniosła kociaki, albo jakieś inne zwierzęta w worku, w krzaki nad rzeką i tam zatłukła je kijem . . . Ale nie, to nie są rzeczy, o których mam ochotę mówić. Wystarczy, że muszę je pamiętać”.

To kiedy, przy takim trybie życia, docierają do niego pomysły na tego typu historie? „Kurde, często podczas jazdy samochodem albo przy polowaniu na widoki z aparatem – odpowiada. – Bo wtedy wystawiasz się na różne bodźce i na jakimś nieświadomym poziomie mózg cały czas to przetwarza. To są tak różne miejsca i sytuacje . . . nie byłbym w stanie wyciągnąć z tego jakiejś reguły”. A sny? „No właśnie nie – mówi, śmiejąc się lekko. – Mam bardzo mało snów. To znaczy, pewnie mam ich tyle, co inni ludzie, ale bardzo rzadko je zapamiętuję. O ile sobie przypominam, nigdy nie czerpałem z tego zasobu i raczej nie byłbym w stanie wskazać żadnego tekstu, który powstał bezpośrednio na kanwie snu. Zawsze zazdrościłem pisarzom, którzy opowiadają o tym, jak to zaraz po przebudzeniu spisują co bardziej szalone pomysły, a czasami wprost spisują swoje sny, które od razu mogą lepić w całe fabuły. Szczęściarze”. Dopija browar. „U mnie to w ogóle nie działa – dodaje – co jest dość zabawne, zważywszy na to, że oniryzm jest dość istotnym atrybutem mojej pisaniny. Nie wiem, może ja swój pakiet snów przeżywam wtedy, kiedy piszę? Pojęcia nie mam”. Na biurku, w każdym razie, porządku nie widuje. „Tam od zawsze – mówi – ciągłe znajdywanie porządku w chaosie. Nie ma żadnych reguł. Są teksty, które napisałem podczas parogodzinnej jazdy pociągiem, a są też takie, których ukończenie zabrało sześć lat”.

„Z pomysłami jest trochę tak – wzdycha – jak z wdepnięciem w psią kupę na chodniku: głowa w chmurach, myśli zajęte, uwaga rozproszona i nagle bęc, masz coś na podeszwie i musisz coś z tym pilnie zrobić. Sporo tematów wpadało w okolicach jakichś zmian życiowych albo różnych perturbacji, gdy rutyna dnia codziennego była w jakiś sposób zaburzana. Nie zajmowałem się nigdy psychologią twórczości, ale nie ukrywam, że chciałbym trochę lepiej zrozumieć, jak te procesy u mnie działają.”

Na pewno wyjazd na Bałkany, a konkretnie do Serbii, z perspektywy czasu śmiało można określić okresem przełomowym. „No zdecydowanie tak było. W 2010 roku Agnieszka dostała ofertę wyjazdu do Serbii na placówkę dyplomatyczną – opowiada kiedy pytam go, jak się tam znalazł. – Ponieważ Ministerstwo Spraw Zagranicznych ma praktykę wysyłania na placówki zagraniczne rodzin, a w Belgradzie był akurat etat, zostałem taką boczną drogą pracownikiem MSZ. I tak znalazłem się w Belgradzie. To był nawet pomyślny zbieg okoliczności, bo z firmy, w której pracowałem wówczas, bardzo chciałem odejść”.

Pięcioletni pobyt w tamtym regionie był nie lada przeżyciem. „Wpłynął na mnie silnie pod każdym względem” – komentuje. Nic dziwnego. Został tam ojcem, oprócz tego zaczął fotografować i zadebiutował jako pisarz. „Zacząłem próbować się z pisaniem dość późno, a znalezienie dla siebie właściwej formy też nie zdarzyło mi się natychmiast. Sporo było w tym błądzenia. Poza tym, potrzebowałem chyba czegoś w rodzaju zachęty – wspomina. – Agnieszka namówiła mnie, żebym wziął udział w konkursie na opowiadanie. No to wziąłem i, jak się okazało, wygrałem. Niebawem pojawiła się propozycja, czy może wydałbym coś większego. I potem to już tak poszło całkiem naturalnie”.

Już na starcie, publikując w 2013 roku pierwszy zbiór opowiadań pt. Powrót, dał do zrozumienia, że artystycznie bliżej mu do Schulza, Kafki albo Becketta aniżeli do Lovecrafta. „Nie obchodzą mnie kraby, dziwadła pod lodem i te inne pierdoły – mówi. – Lektura opowiadań Thomasa Ligottiego dała mi ten pierwszy silny impuls, żeby samemu siąść do pisania. To pewnie zabrzmi źle, co teraz powiem, ale ja sobie wtedy pomyślałem, że skoro on tak pisze, a to jest coś, co właśnie mniej więcej siedzi mi w głowie, to ja też bym tak potrafił”.

Mimo że był to debiut naszpikowany odniesieniami, po dziś dzień robi wrażenie, zwłaszcza kiedy weźmie się pod uwagę, że były to pierwsze teksty, które kiedykolwiek napisał. „Powrót był pierwszym polskim powojennym zbiorem opowiadań ukierunkowanym na weird fiction. Wiadomo, horrory były wcześniej, ale jeśli mowa o intencjonalnym pisaniu weirdu, Powrót był pierwszym od czasu zbiorów opowiadań Stefana Grabińskiego” – wspomina. Grabiński budzi we mnie mieszane odczucia. Pokazuję Guni wydane w duecie czterdzieści lat temu powieści Salamandra i Cień Bafometa. „To akurat jest marne – komentuje natychmiast. – Grabiński pisał wybitne opowiadania, ale jego powieści to jest generalnie porażka”. Edgara Allana Poego i H. P. Lovecrafta, wbrew temu, co najczęściej o nim piszą, też u niego tyle, co kot napłakał.

„Bo się używa tego debilnego pseudo-klucza, że to polska wersja grozy, którą pisali tamci panowie, kiedy on jest twórcą zupełnie osobnym. – tłumaczy. – Albo że to jakiś horror kolejowy . . . To nie był, kurwa, żaden horror kolejowy – aż się wścieka. – Grabiński chciał pokazać, dać poczuć, jak postęp technologiczny dostarcza ludziom nowych powodów do nerwów i lęków. Jak technologia przypuszcza szturm na metafizykę. Pewnie ktoś inteligentny myślał, że horror kolejowy zabrzmi zachęcająco”.

No ale nie brzmi, to prawda.

Podczas pobytu w Serbii Gunia wyprodukował sporo tekstu, który prędko pojawił się w druku. Czyli Belgrad działał na niego inspirująco. „Bo życie w Belgradzie to jest przeżycie, codziennie – tłumaczy. – Znajdujesz się w miejscu, które robi z jednej strony przytłaczające wrażenie, a z drugiej niesamowite. A dodatkowo ludzie są niesamowici. Bardzo serdeczni i przyjaźni, zawsze. Mnie to ich południowe podejście wprawiało nieraz w szok”. Dopytuję, co rozumie przez „południowe podejście”. „Ja jestem bardzo czuły na dotykanie, mam mocno zaznaczone granice przestrzeni osobistej, a oni tam po wymianie zaledwie paru zdań już od razu chcą ci się rzucać na szyję – opowiada. – Ale ta serdeczność ma swój rewers, bo potem chodząc po ulicach takiego Sarajewa, widząc te wszystkie budynki poorane kulami, aleję snajperów i stadion, na którym grzebano ludzi, zastanawiasz się, jak to jest możliwe, żeby tacy przyjaźni, serdeczni ludzie byli jako społeczeństwo zdolni do takiego bestialstwa. To się w bani nie mieści. I nie mówię tu tylko o Sarajewie, bo jednak historia ludobójcza, bardzo krwawa, tego regionu wykracza poza lata 90., mimo że o tym okresie świat dowiedział się najszerzej”. I nie dotyczyła przecież wyłącznie Serbów. „Oczywiście, że nie – przyznaje. – Na przykład za czasów drugiej wojny światowej doświadczeni esesmani nie wytrzymywali poziomu okrucieństwa, z jakim się stykali w prowadzonym przez chorwackich ustaszy obozie w Jasenovacu, w którym mordowano głównie Serbów, ale też Żydów i Romów. Jest takie zdjęcie, które mnie prześladuje, jak grupa uśmiechniętych od ucha do ucha Chorwatów odcina serbskiemu więźniowi głowę piłą do drewna. Ten dysonans między historią a rzeczywistością daje duże pole do refleksji. To był też temat, który mi mocno zaciążył, kiedy pisałem pierwszą powieść, Nie ma wędrowca”.

Pytam, jak dziś widzi swój debiut. „Powrót do dziś jest dla mnie ważny . . . był dla mnie nauką mówienia – odpowiada. – Szukałem swojego języka, swoich tematów. Zawsze sobie myślałem, że najbardziej przekonywająca literatura grozy to ta, która prowadzi z czytelnikiem grę, gdzie nie jest on w stanie jasno określić, czy dzieje się coś nadnaturalnego, czy jest to projekcja ludzkiego umysłu”. Zamieszczone tam opowiadanie pt. Wojna do dziś należy do tekstów, z których jest najbardziej usatysfakcjonowany. „W tym tekście nie ma nic nadnaturalnego – tłumaczy. – Ludzie się dowiadują, że wokół nich toczy się konflikt zbrojny i dostają od tego pierdolca, chociaż tak naprawdę żaden konflikt się nie toczy, wszystko jest po prostu ściemą. Podoba mi się, jak udało mi się stworzyć tę paranoję, że ma do nich przyjść wojna i jak stopniowo ta informacja rozprzestrzenia się coraz szerzej, tworząc coraz cięższą atmosferę nadchodzącego końca”. Ta niepokojąca historia faktycznie zostaje w pamięci. „Ale teraz . . . gdyby nagle wyskoczył tam jakiś potwór i zaczął tych nieszczęśników masakrować, to zrobiłoby się tandetnie, dlatego takich, jak to się ładnie mówi, zwrotów akcji u mnie nie uświadczysz. Zresztą jak ostatnio przyszła propozycja, żebym pojawił się w przekładzie w amerykańskiej antologii grozy, to od razu wybrałem na tę okazję Wojnę, bo ona, z grubsza, adekwatnie reprezentuje całą moją pisaninę”.

Mamy nieco grozy u Mickiewicza, trochę fantasmagoryczności u Leśmiana, ale wygląda na to, że nigdy nie ciągnęło nas do gotyckiej tudzież horrorowej literatury na tyle silnie, żeby można było odnotować dziś opowieści, które można byłoby postawić obok Doktora Jekylla i pana Hyde’a albo Frankensteina. „Faktycznie, nie mamy – komentuje. – Po Grabińskim, który zresztą został zapomniany na bardzo długo, była długo czarna dziura. Umówmy się, Huskowski czy Mirandola to świetni twórcy, ale będący dziś głównie ciekawostkami dla zapaleńcow i badaczy. Dopiero Stanisław Lem zaczął nawiązywać do horroru w swoich powieściach. Bo przecież na przykład takie Solaris to gotycka powieść przeniesiona w kosmos. I nikt mi nie powie, że jest inaczej”.

Gunia może sprawiać wrażenie snoba – gościa, który uważa, że najlepiej wie, o czym mówi, ale kiedy tak nieraz twardo obstaje przy swojej opinii, brzmi jak sensowny facet, który literaturę traktuje bardzo poważnie. Najwyższy zatem czas zapytać go, jak on widzi to całe weird fiction. Bo że to odmiana horroru, to jednak niewiele.

„O ile klasyczny horror to taka walka ze złem – wyjaśnia – gdzie, na przykład, przez jakiegoś tam potwora wydarza się inwazja na świat, co burzy tzw. dobry ład świata, o tyle weird opiera się bardziej na tym, że to sam świat jest potworem i ta potworność się najczęściej stopniowo odsłania i ni chuja nie wiadomo, jak z nią zawalczyć”. Czyli to takie strzelenie konwencji z dubeltówy w plecy. To brzmi ciekawie. „Bo w weird nie ma niczego – ciągnie dalej – dzięki czemu można byłoby się przed tą potwornością obronić, ona jest immanentna, i kiedy już w toku danej opowieści zostaje ustalone, że to sam świat jest potworny, to wtedy wjeżdża ciężki wniosek, że sam ludzki umysł jest potworny, bo jedynie za sprawą umysłu człowiek może zaistnieć i wziąć w nim udział”. A to z kolei wygląda na sytuację bez wyjścia. „Zgadza się – odpowiada. – Bo co umysł odkrywa? Odkrywa spierdolenie świata, a tym samym, co miażdży go doszczętnie, doświadcza spierdolenia własnej psychiki. Czyli tego wszystkiego, co go dręczy, co zżera go od środka, tego całego lęku i różnych traum, które projektuje na świat właśnie przez doświadczanie takiego, a nie innego świata. Więc to eksploracja różnych psychologicznych stanów, w których percepcja rzeczywistości jako tak zwanego dobrego ładu musi się załamać. W weird nigdy nie ma wyjścia, nie ma też ulgi, i być jej nie może, bo to sugerowałoby, że ten świat może być inny. A on inny być nie może. I nigdy nie będzie”.

Środowisko literatury fantastycznej w końcu dostrzegło jego robotę – i odpowiednio ją doceniło, otrzymał bowiem w zeszłym roku jako pierwszy w historii rzutem na taśmę dwa bardzo ważne wyróżnienia: nagrodę im. Macieja Parowskiego przyznawaną przez redakcję „Nowej Fantastyki” oraz nagrodę główną im. Jerzego Żuławskiego. „Te nagrody były miłą okolicznością. Zwłaszcza że to jedne z nielicznych, jakie przyznają w naszym kraju pisarzom piszącym prozę, której poza tym środowiskiem nikt nie traktuje poważnie” – komentuje, ponownie nie uciekając od ponurej ironii.

Na jego miejscu wielu miałoby frajdę. Gunia jednak miałby większą frajdę, gdyby nagrody mogły spowodować, że byłby traktowany poważnie poza owym środowiskiem.

„Jestem pisarzem fantastyki, jestem pisarzem grozy i domagam się, żeby ta literatura była traktowana poważnie, o ile jest porządnie napisana – postuluje. Przy całej świadomości, że ta literatura ciężko sobie w Polsce zapracowała, aby nie traktować jej poważnie.” A to co konkretnie miałoby oznaczać i jak się przekładać na sam tekst. „To oznacza, przynajmniej według mnie – wyjaśnia – że zarówno pod kątem stylu, kompozycji, jak i samego pomysłu tekst musi działać. Ale w przypadku pisarzy z tego rejonu jest tak, że, niestety, choć mają nieraz świetne pomysły, często mają poważne braki warsztatowe. Zarówno na poziomie prowadzenia historii, jak i stylu, którym to robią”. Trzeba przyznać, że polscy wydawcy mocno zepsuli opinię horroru w powszechnej świadomości, zalewając w latach 90. rynek przekładami Grahama Mastertona tudzież Guya N. Smitha, autorów tekstów o wątpliwej wartości artystycznej, przez co do dziś kojarzona jest ona jako literatura gorszego sortu. „Jest to literatura, która w ogólnej świadomości społecznej funkcjonuje na marginesie, kiedy mowa o jakości literackiej – tłumaczy, sięgając po kolejne piwo. – Są dni, kiedy mnie to smuci, są dni, kiedy mnie to wkurwia, ale na szczęście najczęściej nadal są dni, kiedy po prostu robię swoje, wierząc, że to status quo będzie się dzięki mnie jakoś przełamywać, coś się będzie poprawiać. Bo co tak naprawdę więcej mogę zrobić.” To frustrujące. „Z tą łatką pisarza grozy jest tak, że ona sama w sobie wcale tak strasznie mi nie przeszkadza – tłumaczy. – Przeszkadza mi to, że ta łatka jest . . . stygmatyzująca. Osobiście nie miałem, znaczy się, bezpośrednio jeszcze nie miałem, takich sytuacji, gdzie z automatu nie chciano mówić w prasie albo w radiu o mojej książce, bo to groza, literatura dziwna, i co to w ogóle znaczy, że ona jest dziwna, i że nie, my tego nie chcemy, to są pewnie jakieś niepoważne rzeczy. Ale docierały do mnie i nadal docierają takie, jak by to ująć, anegdoty ze strony kolegów po piórze, i to są historie po prostu przykre. Nie namawiaj mnie, żebym to rozwijał, bo tylko się niepotrzebnie zdenerwuję, a na to za wcześnie, bo jeszcze nawet nie ma południa”.

No, ale jednak, jak się temat zaczyna, to wypada skończyć. Wszak mężczyznę, cytując słynną deklarację jednego polityka, poznaje się nie po tym jak zaczyna, tylko jak kończy. „No dobrze – komentuje ze lekkim śmiechem. – Osobiście tego nie doświadczyłem, bo zwyczajnie nie jestem gościem, który pyta kogokolwiek, czy chciałby przeczytać moją książkę, na to mi moja głupia góralska duma nie pozwoli”. Mimo to poznał się na krytyce krytyków, zanim nawet owi krytycy mogli go de facto jakkolwiek skrytykować. „Nie chcę rzucać nazwisk. Może jestem prostym góralem, ale nie jestem małostkowy, pewną klasę jednak mam – zaznacza. – Ale jednego razu kumpela próbowała mi pomóc przy promocji książki i napisała do kilku w miarę cenionych ludzi, tych, co się określają krytykami. I cóż, odzew był zerowy”. Aż trudno uwierzyć, biorąc po uwagę, że nie był już debiutantem. „Nie, czekaj – włącza się z ożywieniem. Jedna osoba wyraziła się wprost, że ona nie zajmuje się taką literaturą. I to mnie wtedy, pamiętam to wyraźnie, zatrzymało. Miałem taki trudniejszy moment, kiedy chciałem się dopytać, napisać zapytanie w stylu, co to znaczy, że taką. Że w takim razie jaką ona się, kurwa, literaturą na co dzień zajmuje”. Inna sprawa, że za porządną promocją standardowo stoi faktura, a koszty takich działań są często wysokie. „No tak, i jak mały wydawca, bo przecież taka literatura nie wyskakuje ze Znaku albo Wydawnictwa Literackiego, ma sobie z tym poradzić? – komentuje. – To jest w ogóle grubszy temat. Ogólnie mówiąc, to są sytuacje patowe. Jak masz kolegów i poprosisz ich, żeby napisali ci blurby, i oni napiszą, bo chcą pomóc, to są to miłe gesty, ale, przy całym szacunku dla kolegów, te blurby niewiele zmieniają, bo koledzy też nie mają jakiegoś wielkiego zasięgu, a w zasadzie mają taki sam zasięg jak ty, bo siedzą w tym samym stawie i sami żyją na co dzień z tym samym stygmatem. Więc prędko się orientujesz, że to jest błędne koło”.

To dopiero brzmi ponuro. Brzmi jak bycie w getcie. A przecież z getta chce się uciekać.

„Typowy polski czytelnik horroru ma dość proste oczekiwania i wykonywanie wysiłku przy lekturze raczej średnio go interesuje – mówi. – Wiesz, ma być piwko i relaks, najlepiej z juchą i cyckami plus jakieś słowiańskie demony, czy co tam teraz jest modne. W takiej sytuacji, przy tak ustawionych wymaganiach i potrzebach, to, co ja wypluwam na klawiaturę, po prostu mu nie wejdzie, bo to jakbyś oczekiwał, że ktoś, kto potrzebuje zimnego browaru, będzie pił nalewkę na myszach”. Powstaje pytanie, czy to takie dziwne. „Jeśli tworzysz coś, co wykracza poza standardowe założenia gatunkowe – komentuje – to nie spodziewaj się, że dotrzesz do czytelnika, który potrzebuje wyłącznie tego, do czego przywykł: potworów, zmutowanych krabów, wampirów i takich tam innych głupotek. No nie ma siły. Odbiorca wychowany na zombiakach nie zobaczy, że do tekstu więcej wziąłeś z Becketta niż z typowego horroru, bo tego Becketta na ogół nie zna i do niczego go nie potrzebuje. A z kolei środowisko poza bańką ma na ciebie wywalone po całości, no bo przecież jesteś tym typem od horroru. Nawet jeśli będziesz pisać sto razy lepiej niż Masterton, Smith i reszta tych wesołych miśków, nic z tego nie będzie mieć znaczenia”. I nie wygląda na to, by miało się w najbliższej przyszłości zmienić na lepsze. „Albo jaka była chryja z ubiegłorocznym festiwalem Conrada w Krakowie – wspomina. – Festiwal był poświęcony zagadnieniom przyszłości, ale nie zaproszono ani jednego, zaznaczam, ani jednego pisarza science-fiction, choć mamy w kraju pisarzy science-fiction, którzy od strony literackiej, artystycznej naprawdę dają radę. Ale są tymi dzikusami do pogardzania przez cywilizowane jaśniepaństwo, bo piszą fantastykę. Jak ja. Ile się w środowisku Książek robiło, żeby Radka Raka pojęciowo odłączyć od fantastyki, bo przecież nie do przyjęcia było, żeby fantasta dostał nagrodę. Te wszystkie fikołki, że to nie fantastyka, tylko realizm magiczny”. To zaczyna powoli brzmieć jak wywód o niesprawiedliwości i podłym traktowaniu. „Żebyś mnie właściwie zrozumiał – uściśla – twórczość nie jest w moich oczach ani trochę wartościowszym zajęciem aniżeli pieczenie chleba, zamiatanie ulic czy kopanie rowów, choć wiem doskonale, że ludzie z genetycznym przerostem ego, jak na przykład właśnie pisarze, lubią tak myśleć. Otóż nie, nie jest. Bycie twórcą nie jest niczym szczególnym i nikomu nie należy się z tego tytułu jakieś inne traktowanie. Ale dla odmiany miło byłoby, gdyby wszyscy twórcy traktowani byli według tych samych kryteriów”.

Z trzema tytułami za pasem łatwo dać się rozpieścić, stracić czujność. I tak też się wydarzyło, bowiem, jak się okazuje, nie zawsze szło mu gładko. Zwłaszcza kiedy przychodzi pomówić o zbiorze opowiadań Dom wszystkich snów wydanym w wydawnictwie Literate, przy okazji którego poczuł wyraźnie, jaką mordęgą potrafi być współpraca z nieprofesjonalnym wydawcą. (Redaktor prowadzący, Marcin A. Dobkowski, zignorował prośbę o współpracę przy tym materiale).

Kto wie, czy nie lepiej byłoby – składając ironiczny hołd historii dotyczącej publikacji tej książki – zatytułować ją „Dom wszystkich koszmarów”.

Jedno z najciekawszych opowiadań w tym zbiorze – Raport z placu budowy – opowiada o człowieku znikąd, który postanawia wziąć udział w budowie domu, gdzieś w bliżej nieokreślonym miejscu na świecie. Kiedy dom w końcu zostaje postawiony, okazuje się, że trzeba będzie jeszcze poczekać, zanim przyjadą ci, którzy mają w nim zamieszkać. Robotnicy więc czekają i on czeka z nimi. Stopniowo jednak tracą cierpliwość i jeden po drugim postanawiają opuścić to miejsce. Ale on decyduje się zostać i jeszcze poczekać. I czeka. I czeka. I czeka, od czego stopniowo dostaje zajoba. To doskonały tekst – przerażający i poruszający zarazem. Taki bardzo specyficzny rodzaj absurdu: czarnej komedii, w której nie ma opcji na śmiech. U mało zdolnego autora taka fabuła najpewniej rozrosłaby się do rozmiaru noweli, ale Gunia dobrze potrafi wyczuć, jakich środków użyć dla danego pomysłu. „Przy realizacji tej historii trzeba było wszystko obedrzeć do kości . . . zostawić tylko to, co niezbędne, inaczej nic by z tego nie wyszło” – wspomina, kiedy pytam, jak podszedł do tego pomysłu. Przypomina mi się ów Raport, bo to dobra metafora dla całej afery z tą książką. Redaktor książki, Bartosz Czarnecki, w wywiadzie udzielonym na potrzebę tego materiału, powiedział w pewnym momencie, że nieraz odnosił wrażenie, jakby „nad tą książką wisiało jakieś mroczne fatum”. „Gdybym był przesądny – komentuje Gunia – albo wierzył w znaki zodiaku i tym podobne brednie, to przyznałbym tu rację, bo faktycznie było coś takiego, że w sytuacji, kiedy mógł zaistnieć jakiś negatywny czynnik, który utrudniał nam robotę, to ten czynnik występował”.

Zaczęło się typowo, jak to na ogół na polskim rynku wydawniczym, od wydłużonego czasu oczekiwania na mail z konkretnymi informacjami o rozpoczęciu prac redakcyjnych nad złożonym do wydawnictwa tekstem. Jednak z czasem o jakiekolwiek wieści trzeba było poważnie zabiegać, nieraz bez rezultatu. Dla niektórych prędko byłoby to czerwone światło; wyraźny komunikat, że lepiej zerwać umowę i pójść gdzie indziej. Ale Gunia, właśnie, postanowił poczekać. „Nieraz wahałem się, czy pozostać przy umowie. Dziś wiem, że należało zrobić tak, jak mówisz. Ale, no . . . – zawiesza się na chwilę – nie zrobiłem tego.” Problemów ze składem było sporo i wciąż dochodziły nowe. „Kiedy zakończyliśmy z Bartkiem redakcję – opowiada – on wziął się za skład, żeby przygotować książkę do druku. Ale to zadanie go przerosło, bo kiedy zaczął wprowadzać swoje pomysły, okazało się, że technicznie nie jest w stanie tego zrobić, a jeszcze, jak na złość, doszły mu trudności w życiu osobistym i ostatecznie pliki trafiły do jakiejś zewnętrznej firmy, co w konsekwencji wydłużyło sprawę o parę dobrych miesięcy. Ja o tym wszystkim nic wtedy nie wiedziałem. Dowiedziałem się o tym dopiero, kiedy zadzwoniłem do Dobkowskiego, usiłując dowiedzieć się, dlaczego to wszystko się tak strasznie przeciąga. Zaczynałem już tracić cierpliwość, ale książka była już po redakcji, to uznałem, dobra, doprowadźmy to do końca.” Ale kiedy tekst wrócił od firmy, niemal na dzień przed puszczeniem do drukarni, okazało się, że skład jest naszpikowany błędami, których wcześniej nie było. „To była jakaś kosmiczna liczba, ponad czterysta błędów, i to nieraz naprawdę sporego kalibru. Nikt nie wie, jak one się tam znalazły” – zaznacza z mieszaniną wstrętu i zażenowania.

Za chwilę bierze solidny łyk piwa, po czym mówi: „I na tym etapie zaczęło to wyglądać tak, że jak coś się może spierdolić, to się spierdoli”.

I polały się żale. „Wtedy już prawie dwa lata minęły odkąd tekst zlądował w sekretariacie wydawnictwa. Już się pieścić w tym tańcu nie mogłem – przyznaje – więc przejechałem się po nich. Nawrzucałem im, że z tak nieprofesjonalną pracą nad książką nie spotkałem się nigdy”. Nie przesadzał. „Współpracowałem z wydawnictwami znacznie mniejszymi, które miały znacznie mniejsze zasoby ludzkie i mniejsze doświadczenie, i robota szła znacznie, znacznie lepiej. Zresztą sam pracowałem trzy lata w wydawnictwie, to wiem, o czym mówię. A więc między mną a Dobkowskim zaczęły się spięcia, a potem napięcie opadało i on tłumaczył mi, dlaczego to wszystko wygląda tak, a nie inaczej”. Przerywa myśl, żeby sięgnąć po kolejną butelkę piwa. „Że w drukarni coś się zjebało, że papieru nie dowieźli, a tak w ogóle panuje przecież wirus i potrzeba cierpliwości . . . – kontynuuje. – I on mnie tak coraz bardziej wystawiał na próbę z tą cierpliwością, a ja starałem się nie traktować kolejnych tłumaczeń jako mydlenia oczu. Trochę się uspokoiłem, kiedy ukazała się wersja elektroniczna i wreszcie ustalono datę wydania wersji papierowej w miękkiej i twardej oprawie, z dobrą dystrybucją. Ale tylko trochę, na to rok musiałem czekać”.

Naczekał się i doczekał się. Ale kiedy wreszcie książka znalazła się na półkach, pojawił się kolejny, duży problem. Okazało się bowiem, że dla Domu wszystkich snów nie przygotowano żadnego planu promocyjnego. „Pamiętam, jak, jakoś miesiąc po premierze – wspomina – piszę do pani od promocji, żeby wypytać, jakie są przewidziane działania w tym zakresie. Bo chciałem też coś sam zaplanować, a przecież takie ruchy najlepiej robić w porozumieniu. Wokół książki panowała zupełna informacyjna cisza. No to pytam ją, kiedy mogę się spodziewać jakichś wzmianek medialnych i recenzji, po drugie, kiedy będą jakieś wywiady i, po trzecie, kiedy będą jakieś spotkania promocyjne. I na to wszystko przychodzi odpowiedź, że jak chcę spotkanie promocyjne, to mogę sobie takie zorganizować na żywo na swoim Facebooku, a co do wywiadów, to współpracujący z wydawnictwem blogerzy zostali poinformowani o możliwości zrobienia ze mną wywiadu. A listy recenzentów nie dostanę, bo to wewnętrzna sprawa wydawnictwa”. Skończyło się to długim, gorzkim mailem do wydawcy. „W skrócie mówiąc, napisałem Dobkowskiemu, że z tak lekceważącym stosunkiem nie spotkałem się nigdy wcześniej, a on mi odpisał, że ja stresuję panią od promocji – kiwa głową, jakby nadal nie dowierzał, że to wydarzyło się naprawdę – oraz że czego ja się spodziewałem, podpisując umowę z małym wydawnictwem. No i wtedy nasze relacje zaczęły się już, jak by to powiedzieć, ochładzać”.

Ale – nie sposób tego pominąć – poniekąd sam jest sobie winien. Podpisał bowiem nieprecyzyjnie sformułowaną umowę, w której wątek o promocji potraktowano ogólnikowo. „Słuchaj, skłamałbym – przyznaje – gdybym powiedział, że zostałem oszukany, bo, jak trafnie zauważyłeś, podpisałem umowę, która tak naprawdę niczego nie określała w zakresie zobowiązań promocyjnych z ich strony. No, ale taką umowę podpisałem. Kiedy zacząłem wyraźnie widzieć konsekwencje . . . że nigdy nie należy liczyć na dobre rezultaty, które mogłyby wyniknąć z umowy dżentelmeńskiej, nie widziałem innej opcji, jak wziąć to na klatę. Ale, z uwagi na moją naturę, pozwalałem sobie na wyrażanie niezadowolenia z braku zaangażowania w promocję ze strony wydawnictwa”. To, rzecz jasna, nie poprawiło jego stosunków z szefem wydawnictwa. Zwłaszcza że pisał otwarcie o „sprawach wewnętrznych” w mediach społecznościowych. „Były sugestie, nieśmiałe, ale były, że jeśli będę dalej cisnąć z krytyką, to sobie mocno zaszkodzę, bo przecież wydawcy też się ze sobą komunikują i wymieniają informacjami o autorach trudnych we współpracy. Co mam ci mówić, strasznie głupi obrót przybrało to wszystko . . .”

Najbardziej jednak dojmującym do dziś wspomnieniem pozostaje dla niego niesmak, że promocja książki, dorozumiana w ramach dżentelmeńskiej umowy, okazała się ułudą.. Cóż, za naiwne myślenie, że w dzisiejszym świecie można jeszcze spotkać dżentelmenów, trzeba nieraz słono zapłacić.

„Cała ta sprawa to była sroga chłosta, żebym zapamiętał to i owo na resztę życia – przyznaje. – Koniec końców, na szczęście, ani mi, ani jemu bez reszty nie puściły nerwy, bo z tego miałbym tylko dodatkowy dramat, a już wtedy dawno znajdowałem się na etapie, gdzie miałem totalnie dosyć wszystkiego, co wiązało mnie z tym wydawnictwem. Co więcej, byłem na etapie, gdy miałem serdecznie dość rzeczy związanych z pisaniem, naprawdę chodziło mi po głowie, żeby dać sobie z tym spokój. Staram się też, mimo wszystko, brać pod uwagę to, co mi Marcin powiedział, kiedy wyraziłem mu swoje pretensje: że choć Literate starało się zainteresować Domem dość szeroką pulę blogerów i innych mediów spoza bańki fantastycznej, to nikt nie był książką szczególnie zainteresowany. Nie mogę tego zweryfikować, ale jak patrzę na to, jak fantastyka jest traktowana poza gettem, wcale mnie by to nie zdziwiło. No ale to jest inny temat”.

Deklaruje, że wziął sobie do serca radę, żeby przed podpisaniem umowy najpierw pójść z nią na konsultację do prawnika. A czy dziś żałuje, że wydał książkę w takiej formie, w jakiej trafiła ona na półki? „Żałowałem dość długo . . . Korekta w wielu miejscach nadal jest do dupy. Nie wiem dlaczego, czesało to przecież tyle osób . . . Ale współpraca z Krzyśkiem Bilińskim przy wydaniu Złych wszechświatów skutecznie pomogła mi odepchnąć te wszystkie negatywy wynikłe z tamtej sytuacji. Jesteśmy bardzo zadowoleni z rezultatu, współpraca układa nam się świetnie i chcemy ją kontynuować. Każdemu autorowi życzę wydawcy, który tyle wkłada serca, co Krzysiek, żeby zrobić najlepszą możliwą robotę. Dla mnie najważniejsze jest bycie traktowanym przez wydawcę serio, po partnersku. Nawet jeśli wydawca ma mniejsze możliwości”. „Z mojej perspektywy zauważam pewną prawidłowość: im autor słabszy pod względem zdolności, tym więcej z nim konfliktów – mówił mi wcześniej Biliński, kiedy pytałem go, jak współpracuje mu się z Gunią. – Taki autor słabo panuje nad tekstem, więc trzeba mu wyjaśniać, dyskutować z nim. Z kolei kiedy ma się do czynienia z autorem bardzo dobrym, czyli na przykład takim właśnie jak Wojtek, praca przebiega bardzo sprawnie, bo on wie, co i za sprawą jakich zabiegów chce osiągnąć w danym tekście, więc konfliktów przy redakcji tekstu nie ma wcale”.

A zatem, tak dla równowagi, proponuję Guni, żeby opowiedział mi najśmieszniejszą historię, jaką do tej pory miał z wydawcą. „No to jest akurat łatwe zadanie – odpowiada bez wahania. – Kiedy wydałem Nie ma wędrowca u Pawła Marszałka, on potem odmówił wysyłania egzemplarzy do jury nagrody im. Stefana Grabińskiego. Nie było siły. Nie zrobił tego ze złośliwości czy z braku profesjonalizmu, tylko z zasady, bo Paweł nie wysyła darmoszki na zewnątrz. A ja – przyznaje – sam przecież rozwaliłem spory karton egzemplarzy autorskich, czasami rozdając je gdzie popadnie. No to co mi pozostało: sam kupiłem egzemplarze swojej własnej książki i wysyłałem do jury”. Robię minę, mającą wyraźnie dać do zrozumienia, że nie daję wiary, a on uśmiecha się szeroko, chyba po raz pierwszy podczas naszego spotkania. „Nie mam najmniejszego żalu do Pawła – dodaje. – On jest ortodoksyjny, ale pozostajemy w dobrych stosunkach, bo ja cholernie lubię ludzi, którzy mocno trzymają się swoich zasad”.

Był plan, żeby wspólnie obejrzeć Zagubioną autostradę – film, który obaj cenimy sobie wysoko – ale nie uda się, bowiem nie dojechało na czas zremasterowane wydanie z Criterion Collection. Mimo to, pytam o pierwszy film, który najmocniej spietrał go jak był dzieciakiem. „To pewnie byłoby drugie Evil Dead – odpowiada. – Wtedy jeszcze nie byłem gotów zobaczyć aspektów humorystycznych w tym filmie, ale on na starcie śmiertelnie mnie przeraził, kiedy zobaczyłem, jak chłopak swojej dziewczynie, którą opętały demony, odcina głowę łopatą, i stwierdziłem, że to już dla mnie za dużo. Potem on tę głowę jeszcze wsadził do imadła i rozciął piłą motorową, no, jakieś takie wesołe rzeczy się tam działy. Ale to było za dużo, jak na jedenaście czy dwanaście lat”.

Nie uda się także dlatego, że dochodzi trzecia po południu, czyli pora zjeść. Proponuję pobliski ukraiński lokal, gdzie wspaniale karmią barszczem i czeburekami. „Brzmi świetnie” – odpowiada Gunia. No to idziemy. Ale okazuje się, że dziś mają zamknięte. „To może indyjska, też niedaleko?” – pytam. „Brzmi świetnie”. Dosyć prędko staje się jasne, że o kuchnię raczej się z Gunią nie pokłócisz. Na miejscu zamawia szaszłyk z kurczakiem i warzywami. Patrzę z zaskoczeniem, bo Gunia wygląda na typa, który lubi solidnie pojeść. „No co, gdybym zrzucił z dziesięć kilo, to by nie zaszkodziło” – komentuje wybór dania. To wygląda nawet zabawnie. „Śmiej się – dodaje – ale ostatnio wziąłem się za siebie. Walę sto pięćdziesiąt pompek na dobę. Pomaga”.

Zainteresowanie Guni innym człowiekiem jest zerowe; do tej pory nie zadał mi ani jednego pytania o cokolwiek, co ze mną związane. „Gdybym miał ochotę pytać, to bym pytał – komentuje sucho. – Ale ja najczęściej nie mam ochoty ludzi o cokolwiek pytać.”

Na swój sposób, jest idealną osobą do przeprowadzenia wywiadu; sprawia wrażenie nieobecnego, ożywiając się jedynie gdy zanosi się na kolejne pytanie. Im dłużej z nim rozmawiasz, coraz częściej musisz reanimować dialog, jeśli nie masz natychmiast kolejnego pytania, a on, widzisz to też coraz wyraźniej, jakby za każdym razem musi wewnątrz wyjść zza czegoś, za czym wolałby pozostać. Nad emocjami też stara się panować. „Moje emocje . . . – wzdycha. – Powiedzmy, że czuję się bezpieczniej, kiedy mam je pod absolutną kontrolą. Bo na przykład kiedy się naprawdę wścieknę, potrafię być, no, bardzo nieprzyjemny”. Pytam wprost, jak na co dzień wygląda jego życie towarzyskie, o ile w ogóle znajduje na nie czas. Gunia nie odpowiada od razu. „Powiem tak . . . nie mam problemu ze skracaniem dystansu – odpowiada – ale nie mam również problemu z wyrzucaniem ludzi ze swojego życia. To drugie przychodzi mi zresztą znacznie łatwiej. A skoro już jesteśmy przy ludziach . . . ogromnie nakręcają mnie do działania wcześniejsze głosy tych, którzy mnie w jakiś tam sposób skreślili. Bardzo lubię pokazywać im, że popełnili wówczas zajebiście poważny błąd”.

No właśnie, skoro jesteśmy już przy ludziach. Jest sprawa jednego pisarza, o którą od jakiegoś czasu chciałem zahaczyć. Mocno się percepcja rzeczonego pisarza pozmieniała, odkąd opublikował na Facebooku post, w którym wyraźnie opowiedział się za Putinem. Gunia zrecenzował w zeszłym roku pochlebnie jego debiutancką powieść. Pytam, czy uważa, że to fair, żeby ów pisarz, jak się dowiedziałem z prywatnego źródła, stracił robotę najpewniej właśnie przez pro-putinowski komentarz. „A to, że mój kumpel ma syna chorego na padaczkę – komentuje – która powoduje neurodegradację, przez co czterolatek ma nadal odruchy, intelekt i mobilność niemowlaka, jest sprawiedliwe? Różnica polega na tym, że dzieciak sobie na ten los nie zapracował, a temu typowi nikt nie kazał gadać bzdur”. Postanawiam, że nie będę mu przerywać, mimo że padło z jego strony kompletnie chybione porównanie. „Wszyscy funkcjonujemy w pewnym kontekście – ze względu na wojnę bardzo drastycznym – i należałoby mieć świadomość, że mówiąc o słowo za dużo, można się wpierdolić na minę. Którą zresztą sam na siebie zastawił. A co do mnie, cóż, mnie wkurwił, bo to, co napisał, stało w sprzeczności z faktami i zdrowym rozsądkiem. To, co oglądaliśmy potem w Buczy, jedynie potwierdziło, jak się chłopaczyna pogubił. Ja się w pracy naczytałem sporo o wojnach, o bestialstwach, najeździłem się do miejsc dotkniętych wojną, więc ludzie, którzy usprawiedliwiają agresję, po prostu wyciągają ze mnie pogardę. Osobista opinia wyrażona publicznie przestaje być osobista, zwłaszcza w tak wrażliwej sprawie. Wiesz, to nie była gadka o tym, czy Gwiezdne wojny są fajnie czy niefajne, tylko o tym, czy napaść wojenna może być uzasadniona. Więc to jest inny kaliber komentarza. Gdybym ja taką opinię wygłosił i został zwolniony z pracy, to jednak rozumiałbym, dlaczego się tak stało. Istnieje cały zestaw poglądów i postaw, o których nie bez przyczyny przyjęło się mówić, że są społecznie nieakceptowalne, i do tego zbioru należy właśnie publiczne pochwalanie ludobójstwa albo usprawiedliwianie jego sprawców. To są już rzeczy grubo wjeżdżające na fundament etyczny, w oparciu o który możemy funkcjonować i się nie pozabijać. Jak chcesz mówić, co myślisz, to bądź gotów brać skutki na klatę. Proste”. To co w takim razie z wolnością słowa? „No teraz mnie prowokujesz – komentuje. – Wierzę w wolność słowa, ze świecą szukać gościa, który bardziej szanuje indywidualne poglądy, ale, jak każdy przytomny człowiek, wierzę, że powinny być granice, oraz wierzę także w moc konsekwencji. Wkurwiają mnie ludzie, którzy uważają, że wolność słowa daje glejt przed konsekwencjami mówienia dowolnej głupoty, podłości albo kłamstwa”.

W pewnym momencie dzielę się refleksją, że w naszej szacownej ojczyźnie ukazuje się zdecydowanie za dużo książek. Jeszcze tego nie wiem, ale to rozpocznie dyskusję, która na dłużej zatrzyma nas w tym lokalu.

„Żyjemy w bardzo dziwnym kraju, kiedy mowa o rynku książki – mówi. – W skali roku ukazuje się u nas trzydzieści tysięcy tytułów. Wszelakich. Proza, wiersze, poradniki, książki kucharskie, jakieś totalnie mało komu potrzebne doktoraty pościnane z siedmiuset stron do trzystu, no co tam chcesz. Można swobodnie pomyśleć, że wychodzi cokolwiek, co może wypluć drukarka. I to wszystko w państwie, które liczy z grubsza trzydzieści osiem milionów ludzi, gdzie sześćdziesiąt procent populacji w ogóle niczego nie czyta”. Lasy mają u nas bardzo ciężki żywot. „Jeśli miałbym być zupełnie szczery, to powiedziałbym, że w ogóle go nie mają” – komentuje. Z automatu nasuwa się pytanie retoryczne, czy to nie jest autentycznie pojebane. Ale to jest Polska właśnie. „Najlepsi są tacy agenci, co prowadzą małe wydawnictwa – mówi. Wszystko robią sami, bo nie chcą wyprowadzać kasy na koszty zewnętrzne, a potem, jak wychodzi książka, okazuje się, że nawet autorowi honorarium autorskiego nie ma z czego zapłacić. Albo wynagrodzenie ma być wypłacane co pół roku, ale pod warunkiem, że kwota przekroczy określoną wartość, nie mniej niż X. No i jak masz mały nakład i słabą dystrybucję tego nakładu, to na dobicie do tego X autor może sobie czekać długo, długo . . . O ile wydawca nie zaniży wyników sprzedaży”. Ale autorzy też sami są sobie winni; godzą się na wydanie, które pójdzie w niskim nakładzie, a potem są zdziwieni że, przy obecnym stanie ekonomicznym, wydawca ociąga się z zapłatą albo w ogóle robi uniki, żeby zapłacić. „Wydawcy często źle kalkulują – komentuje. – Nieraz też jest tak, że są przekonani, że mają jakieś przyszłe literackie objawienie, coś na miarę Wojny polsko-ruskiej, albo wierzą w to, że pisarz, ze względu na jakieś swoje właściwości, jakimś cudem sprzeda się bez ich wsparcia. Albo, i to jest najgorsze, wydają ludzi ze swojego kręgu towarzyskiego. No bo głupio im powiedzieć: stary, fajnie się z tobą gorzałę pije, ale twoja książka, no, jest do dupy”.

Ale rzeczywistość pod tym kątem ma tę wspaniałą cechę, że najgłębsze przekonania prędko weryfikuje i sprowadza na ziemię. Dochodzimy do przytomnego wniosku, że inflacja dobrze podziała na jakość literatury polskiej.

„To pójdzie efektem domina, zobaczysz – mówię. – Zostaną głównie te wydawnictwa, które prowadzą ludzie z wyobraźnią. Będzie mniej wydawanych książek i będzie większa konkurencyjność. Nie będzie tego całego kolesiostwa, bo na takie gesty zwyczajnie nie będzie forsy. Czyli wszystko dla dobra literatury polskiej”. „I bardzo dobrze – komentuje. – Jak spadnie nadprodukcja, nie licząc wydawców i pisarzy, którzy z nadprodukcji zrobili sobie model biznesowy, to wróci szacunek dla redakcji i korekty”. Stukamy się szklankami. Za chwilę wstajemy, bo za pół godziny Gunia ma pociąg z powrotem do stolicy.

Choć na liczne powody do egzystencjalnej bojaźni jego postacie utaplane w ligottiańskiej beznadziei w żaden sposób narzekać nie mogą, ich twórca zmaga się przeważnie z tymi samymi sprawami, z którymi boryka się zwykły śmiertelnik. „Odkąd zostałem ojcem, boję się ciągle o syna – mówi w pewnym momencie. – I to jest ciągły stres, który nie odpuszcza ci nawet w nocy, bo jako rodzic śpisz z jednym okiem i uchem otwartym. Z kolei o siebie miałem okazję się pomartwić, gdy dorwał mnie covid, który przeszedłem tak dość średnio, bo rozwinęło się u mnie zapalenie płuc. Cała moja rodzina przechorowała, w miarę lekko, ale mnie poskładało jak tani taboret pod dupą słonia”. Poczuł na własnej skórze, że z tym żartów nie ma. „Pewnej nocy obudziły mnie duszności i kiedy zbadałem się pulsoksymetrem, okazało się, że w zasadzie kwalifikuję się do wezwania pogotowia. Ćwiczenia oddechowe pomogły, następnego dnia zacząłem ładować w siebie koktajl z antybiotyków i sterydów i to mnie postawiło szybko na nogi, ale poczułem wtedy, że na to gówno naprawdę można się przekręcić i że gdybym nie był wcześniej zaszczepiony, to pewnie by właśnie tak się stało w moim przypadku. No, stres był”.

Niebawem wchodzimy na peron. W pewnej chwili pozwalam sobie na moment wieczornej refleksji i mówię że, choć przegadaliśmy cały dzień, nie czuję, żebym jakoś lepiej go poznał. „Nie przejmuj się – komentuje z lekkim śmiechem – nie jesteś pierwszą osobą, która mi to mówi”. Niebawem nadjeżdża pociąg, ściskamy sobie dłonie i lada moment Gunia szuka już w wagonie właściwego przedziału. Nagadany ponad wszelką miarę, wychodzę z dworca z jedną tylko myślą: żeby odespać. Ale czy to się uda – tego nie wiadomo.

Albowiem przecież „tylko zmarli nie mają koszmarów”.

Złe wszechświaty do nabycia na oficjalnej stronie wydawcy: wydawnictwoix.pl

 

Zdjęcia: Wojciech Gunia

Jacek Szafranowicz

Jacek Szafranowicz (ur. 1983) - poeta, prozaik i publicysta; publikował m. in. na łamach „Przekroju”, „Autografu”, „Czasu Literatury”, „Drobiazgów” i „Kina”. Były współredaktor „Blackastriala”. Pochodzi z Gdańska, obecnie mieszka w Sopocie.

Zobacz także

Język Babilonu – ukraińska literatura fantastyczna w służbie dobra [recenzja]

Antologia „Język Babilonu” to zbiór reprezentujący przekrój fantastyki ukraińskiej, obejmującej teksty od pierwszej połowy XIX …

Leave a Reply