Gorący temat

Złodzieje motyli – bo świat nigdy nie jest czarno-biały [recenzja]

„Człowiek przecież tak bardzo tego potrzebuje, aby być ważnym dla kogoś, kto jest ważny dla niego. Zwłaszcza w czasie próby, w obliczu najgłębszego mroku. Bez tego serce może pęknąć.”

Powyższy cytat ze „Złodziei motyli” – świeżo wydanej przez Wydawnictwo Alegoria powieści nietuzinkowego duetu: Barbara Mikulska i Wojciech Gunia – tak trafnie ujmuje przekaz (albo tylko jego część) opowiadanej przez nich historii, że sam mógłby wystarczyć za rekomendację. Ale że wspomniana książka zawiera w sobie więcej – a w dodatku zalicza się do gatunku mocno specyficznego, jak młodzieżowa powieść grozy, wypada napisać o niej coś więcej. Zresztą, każde wyartykułowane o niej słowo, które ma szanse zachęcić innych, by po nią sięgnęli, już samo w sobie jest wiele warte. Bo to książka piękna, mądra, czasami mroczna, ale i przepełniona nadzieją. Zwłaszcza taką, która ujawnia się, kiedy jest najbardziej potrzebna. A to w dzisiejszym, ponurym świecie rzecz na tyle cenna, że warto ofiarować jej młodym ludziom jak najwięcej.

Nie wiem, czy w pisarskiej historii dałoby się znaleźć duet literacki bardziej do siebie (pozornie) niedopasowany. Ona – niepoprawna optymistka, patrząca na świat przez różowe okulary. Pełna ciepła, radości i wiary, że to, co nas otacza może być i zwyczajowo jest pozytywne samo w sobie. On – pierwszorzędny fatalista, zniechęcony życiem, pesymistycznie oceniający nie tyle nawet otaczający go świat, co przede wszystkim moralną kondycję społeczeństwa. Z połączenia ich sił pisarskich wyszła książka doprawdy nietuzinkowa. Książka skierowana do wkraczających w dorosłość dzieciaków, takich dwunasto – trzynastolatków, którzy jeszcze nie są w pełni nastolatkami, ale które już czują zwalające się na ich barki brzemię rychłego dojrzewania i całej masy problemów z tym związanych. Pisanie dla tej grupy docelowej samo w sobie już jest rudne. A pisanie grozy to już w ogóle uznaję za wyczyn karkołomny. I choć mamy w tym zakresie całkiem przyzwoity – w ramach rodzimej literatury – dorobek (Anna Kańtoch, Robert Ziębiński), to Mikulska z Gunią dorzucają w temacie swoje trzy grosze. I bardzo dobrze.

Bo ta powieść w pierwszej części przypomniała mi, jak wspaniałe może być dzieciństwo. I ten wczesny etap dorastania, kiedy już cokolwiek można, ale jeszcze niewiele trzeba. Okres, kiedy kształtuje się gros naszego postrzegania świata, kiedy rodzą się podwaliny dla naszych emocjonalnych późniejszych poszukiwań. Kiedy po raz pierwszy umiemy odkryć, że zaczynamy inaczej patrzeć na ludzi wokół nas. Kiedy przyjaźnie nie wymagają wielkich słów, ale bardziej rodzą się w prozaicznych, codziennych uczynkach i wzajemnej bliskości i zaufaniu. Kiedy uczymy się odczuwać pierwsze zauroczenia… ale też doświadczamy pierwszych, kształtujących nas w późniejszym okresie porażek. Dostrzegamy, że świat, jaki nas otacza nie jest tylko piękny, kolorowy, przyjazny, ale potrafi dopiec, potrafi skrzywdzić i zranić. Autorom „Złodziei motyli” udało się wpierw pokazać, że życie może być fajne, nawet, kiedy ktoś je nam wywróci do góry nogami (jak bohaterce książki, która nagle musi się przenieść z rodzicami do małej mieściny, zostawiając za sobą wszystko i wszystkich, od dawnej szkoły po dotychczasowych przyjaciół). Ale też zdołali obnażyć gorzką prawdę, że świat ma również mroczne, nieprzyjazne oblicze, z którym każdemu – czy się nam to podoba, czy nie, przyjdzie się zmierzyć.

Zawsze kiedy sięgam po grozę młodzieżową mam wątpliwości. Czy da się pisać mrocznie, a zarazem adekwatnie dla wieku docelowych odbiorców? Czy w ogóle słusznym jest straszenie dzieciaków, pokazywanie im tych złych, tych nieprzyjaznych stron życia, zanim zetkną się z nimi w realu? I wniosek jest jeden – to bardzo cenna dla nich lekcja. Oczywiście, jeśli napisana jest z wyczuciem, umiejętnie. Ale jednak ukazuje im, że codzienność to odcienie szarości. Nie tylko dobro, ale i zło, na które muszą być przygotowani, kiedy przyjdzie (a na pewno ten moment w końcu nadejdzie) im się z tym złem zmierzyć. I może to zło przybierze formy bardziej symboliczne, niż Czarna Królowa? Może na odwrót – bardziej cielesne? Ale takie książki pokazują im, jak wygląda świat poza ich bezpieczną bańką. I że muszą być gotowe, kiedy przyjdzie czas. To trochę tak, że zabieramy im klosz, pod którym staramy się je na co dzień trzymać. Oczywiście używając starannie dobranego, wysublimowanego instrumentarium, jak choćby język z pogranicza weird fiction i mrocznej baśni. Jednak odsłaniający im tę nieuchronną prawdę o dualizmie świata, z którą muszą się – dla własnego dobra – oswoić.

Jest w tej książce mnóstwo nadziei. Jest odwaga i poczucie, że jeśli znajdziemy w sobie siłę, to możemy mierzyć się z największymi przeciwnościami. Jest też subtelnie zaimplementowana gorycz, uczciwe pokazanie, że z pewnymi sprawami zwyczajnie trzeba się pogodzić, choć nie jest to proste (jak choroby, czy śmierć bliskich). Ale z jednoczesnym podkreśleniem, że jeśli dbamy o siebie nawzajem, to nie ma takiej siły, która mogłaby nas stłamsić czy pokonać.

Owszem, jest tu też przygoda, jest akcja. Jest echo takich klasyków literatury młodzieżowej, jak Gaimanowska „Koralina”, czy Pullmanowski cykl „Mroczne materie”. Jest przypomnienie o wartości najbliższych, ale i przyjaciół, którzy – w pewnym okresie życia – wydają się najważniejsi. I w jakimś stopniu, jest to słuszne, jeśli tylko zdołamy zachować adekwatne proporcje.

Druga cześć gęstnieje od mroku, kiedy wyrwani ze znanego nam świata trafiamy w ten inny, obcy. Ale i tu nadzieja staje się katalizatorem działań. Pragnienie walki o najbliższych, troska o rodzinę powoduje, że bohaterowie są zdolni do czynów heroicznych. Ten drugi świat obnaża gorzką prawdę o ludziach. Czasem o nas samych. O naszych, czasem egoistycznych pragnieniach, kiedy osobiste „ja” zaczyna dominować, nie zważając na innych, którzy nas otaczają. To symboliczne ujęcie tego, że nie zawsze nasze pragnienia mają prawo dominować, nie zawsze możemy uznać je za najważniejsze. To cenna lekcja obnażająca codzienny egoizm, któremu tak łatwo ulec. Owszem, wszyscy mamy wady. Kwestia, czy pozwolimy im dojść do głosu. Czy zgodzimy się, by nami zawładnęły. To zależy przede wszystkim od nas.

Bardzo doceniam język opowieści. Realizm w rozmowach bohaterów zaskakuje. Tak, jak bardzo autentycznie pokazany sposób ich postrzegania świata. Te dzieciaki nie są idealne, kryształowe. Popełniają błędy, sprawiają problemy. Czasem zazdroszczą, kłócą się, są niemiłe, czy nawet złośliwe. Nie są wyidealizowaną wersją siebie, ale dzięki temu właśnie… są prawdziwe. Takie, w które z łatwością można uwierzyć. A jednocześnie zżyć się z nimi, kibicować im w ich perypetiach. Dzielić z nimi ból i nadzieje. Sposób narracji balansuje pomiędzy lekkością, a powaga, pomiędzy pozytywną nadzieją, a obnażaniem mroku , jaki nas na co dzień otacza, choć staramy się go nie dostrzegać. Mikulska akcentuje to, co dobre, radosne, jest swoistą afirmacją pozytywności, a Gunia – w charakterystyczny dla siebie sposób – ciąży ku czerni, ku ciemności. Spotykają się mniej więcej pośrodku, obnażając dualizm świata, jego interpretacyjną złożoność i nieoczywistość oceny. A wnioski, które przychodzi nam wysnuć przy lekturze nie zawsze są pozytywne. Ale jedyne uczciwe i zgodne z prawdą. A czy mamy prawo oczekiwać więcej? I ofiarować więcej młodym ludziom, u progu dojrzewania, niż właśnie prawdę?

To książka balansująca pomiędzy ciepłem i radością, a mrokiem codziennej, wypełnionej problemami egzystencji. Nie obiecująca, że wszystko będzie zawsze proste, że zawsze się uda. Ale przypominająca, że z bliskimi łatwiej jest przetrwać najgorsze chwile. To trafne ujęcie codzienności, bez cukierkowej kotary zasłaniającej realny obraz rzeczywistości. To uczciwość wobec młodych ludzi, pokazująca im, w weirdowo – baśniowym sztafażu, prawdziwy obraz świata, składającego się nie z samych pozytywnych barw, nawet nie z czerni czy bieli, ale zwyczajnie, z całej palety szarości.

Jeśli my, dorośli nie nauczymy dzieci, jaki jest świat, który ich otacza, rzucimy ich na jego pastwę. I wyjdą okaleczone bardziej, niż powinny. Czy nie warto im tego oszczędzić? „Złodzieje motyli” to pierwszy krok ku temu.

Złodzieje motyli

Nasza ocena: - 90%

90%

Barbara Mikulska, Wojciech Gunia - Złodzieje motyli. Wydawnictwo Alegoria 2023

User Rating: Be the first one !

Mariusz Wojteczek

Rrocznik '82. Kiedyś Krakus z przypadku, teraz Białostoczanin, z wyboru. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4”, „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”, „Żertwa”, „The best of Histeria”, „Zwierzozwierz” i „Wszystkie kręgi piekła”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. Wydał autorskie zbiory opowiadań: „Ballady morderców” (Phantom Books 2018) oraz „Dreszcze” (Wydawnictwo IX 2021) oraz powieść „Ćmy i ludzie” (Wydawnictwo IX 2022). Pracuje nad kilkoma innymi projektami (które być może nigdy nie doczekają się ukończenia). Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie Martynie oraz popkulturze – w takiej właśnie kolejności.

Zobacz także

Wściek – manifest na miarę naszych czasów? [recenzja]

Firma badawcza Colossal Biosciences zapowiada nie tylko możliwość wskrzeszenia mamutów i innych wymarłych gatunków, ale …

Leave a Reply