Deadpool Classic, tom 9 – koniec i nowy początek bohatera [recenzja]

Kto nie kocha Deadpoola, ręka w górę! A potem może przełączyć na Facebooka i scrollować wall dalej. Mowa tu będzie bowiem o kolejnym, dziewiątym już tomie serii „Deadpool Classic” od Wydawnictwa Egmont. A wypada on i dobrze i źle. Ale po kolei.

Przyznaję, iż darzę tę postać znacznym sentymentem za ogrom zjadliwego humoru, jaki prezentuje i historie okraszone gigantyczną dawką ironii. Jeśli lubicie przesycone egzaltacją, ale i pełne zadęcia eposy o superbohaterach ratujących świat, uniwersum, czy co tam jeszcze, to Wade’a Wilsona raczej nie polubicie. On nie tylko szydzi ze wszystkiego, z czego można (i z czego nie można, też), ale jednocześnie sprawy, które mu się trafiają… Cóż, dość powiedzieć, że niekoniecznie zależą od nich losy świata. Co najwyżej lunaparku.

Za scenariusz odcinków zebranych w tym tomie odpowiada Gail Simone, która jest nie tylko doświadczoną scenarzystką, mającą na koncie fabuły dla takich serii, jak „Wonder Woman”, „Ptaki Nocy”, czy „Batgirl”, ale też, zapewne – w obecnych czasach galopującej poprawności politycznej – zaciekłym wrogiem skrajnych feministek całego świata. Jednak w okresie, kiedy powstawały dwie zawarte w tym tomie serie tj. „Czynnik gojący” oraz „Agent X” (2002 rok), jeszcze nikogo nie raziły przerysowane postacie kobiece o zdecydowanie zaburzonych (patrz: wyolbrzymionych) proporcjach oraz nagromadzenie masy seksistowskich żartów w każdym zeszycie.

Simone w swoich historiach całkiem dobrze wczuwa się w postać Deadpoola, prowadząc fabuły może nie przesadnie oryginalnie w głównej osi, ale urozmaicone wieloma drobnymi smaczkami, uzupełniającymi historię oraz znaczną dawką humoru. I to w formie, z jakiej słynie nasz bohater.

W pierwszej serii – „Czynniku gojącym” Deadpool ma pecha, zadzierając nie tyle z japońska mafią, ale z innym, bardzo arystokratycznym płatnym zabójcą – mutantem Black Swanem, który za cel stawia sobie wyeliminowanie naszego bohatera. I to w sposób dość niekonwencjonalny, bo polegający wpierw na całkowitym jego zdyskredytowaniu. Deadpool oczywiście robi, co może, by wykaraskać się z opałów, jednocześnie starając się realizować coraz to absurdalniejsze zlecenia, a ogólne osłabienie funkcji motorycznych i problemy z pamięcią oraz kojarzeniem faktów mu tego nie ułatwiają. Finał tej historii zakończy się [uwaga, mały spoiler] spektakularnym wybuchem, co pozwoliło scenarzystce zapoczątkować kolejną serię „Agent X” opowiadającą niejako o tej samej, ale jednocześnie nowej postaci.

Cóż, spektakularna śmierć Wade’a Wilsona w finale „Czynnika gojącego” i narodziny Alexa Haydena w „Agencie X” to znaczący przewrót, dyktowany mocno szybującymi w dół wynikami sprzedaży oryginalnej serii, ale i odczuwalna zmiana w samym charakterze opowieści. Kiedy pierwszy story-arc idealnie wpasowywał się fabularnie w tendencję absurdalnych przygód Deadopoola, tak kolejny kieruje się bardziej w dość absurdalną komedię kryminalną, będąca skrzyżowaniem estetyki filmów Guya Ritchie i Johna Woo. Jest bardziej stonowanie, więcej tu dialogów, niż akcji, choć i spektakularnych strzelanin nie braknie.

Jak wypada całość? „Czynnik gojący” to historia zdecydowanie lepsza, niż początkowe zeszyty „Agenta X”. Pierwsza seria, mimo specyficznej, mocno mangowej strony graficznej (o tym za chwilę) wypada całkiem nieźle, zwłaszcza przez zgrabne gościnne występy takich bohaterów, jak Rhino, Dazzler, czy Taskmaster. Druga seria jest zdecydowanie słabsza, serwując odcinki, w których niewiele nas zaskoczy, choć autorka robi, co może, by nie brakło sprośnego, seksistowskiego humoru, typowego dla Deadpoola. Całość jest ciut nudnawa i muszę z bólem przyznać, że Deadpool miał zdecydowanie lepsze momenty w swojej karierze.

Graficznie nie jest tak źle, jak wielu by chciało twierdzić, choć rzeczywiście ekipa z Udon Studios podąża w swoich pracach bardzo mocno w kierunku mangi. I to jest chyba największy zarzut nie zarzut, jaki wobec rysunków można przywołać – jeśli ktoś nie przepada za mangową estetyką, może rzeczywiście czuć się zawiedziony. Mnie osobiście kreska nie przeszkadza, rozumiem ten koncept i uważam, że całkiem niezłe komponuje się z samą historią. Choć rzeczywiście wcześniejsze historie z Deadpoolem przyzwyczaiły nas do bardziej ponurego, brudniejszego stylu rysunków.

Reasumując, „Deadpool Classic” Tom 9 to nie jest klasyczny „musisz mieć”, ale i nie zupełna stratą czasu. Najbardziej proponowałbym go zaciekłym fanom Deadpoola, dla skompletowania serii. Przypadkowy czytelnik może się nieco zrazić do tego bohatera, a byłoby szkoda.

Deadpool Classic, tom 9

Nasza ocena: - 65%

65%

Scen. Gail Simone. Rys. Udon Studio. Wydawnictwo Egmont 2020

User Rating: Be the first one !

Mariusz Wojteczek

Avatar
Rrocznik '82. Obecnie Krakus, trochę z przypadku, trochę z zasiedzenia. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4” i „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. W 2018 wydał autorski zbiór opowiadań „Ballady morderców”. Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie i popkulturze – w takiej właśnie kolejności.

Zobacz także

Perramus. W płaszczu zapomnienia – frykcje argentyńskie [recenzja]

Twórczość Alberta Brecci mieliśmy już okazję poznać w bardzo dobrze ocenianych komiksach “Mort Cinder” i …

Leave a Reply