Gorący temat

Future – graficzna psychodelia z powtarzalnym przekazem fabularnym [recenzja]

Mam z oceną „Future” Tommiego Musturiego nielichy problem. Bo z jednej strony to niezwykła podróż przez chyba wszystkie możliwe komiksowe konwencje – co samo w sobie zachwyca. Z drugiej jednak strony to w warstwie narracyjnej powtarzana w kółko ta sama krytyka konsumpcjonizmu, odmieniana przez przypadki. I – o ile w swojej istocie trafna – tak powtórzona po raz n-ty przestaje zachwycać trafnością, ale zwyczajnie zaczyna nużyć.

Dlatego też, ze względu na powyższe, ciężko ocenić komiks jednoznacznie. Za olbrzymi przekrój graficznych możliwości Musturiego dałbym temu komiksowi maksymalną notę. Bo czegóż tu nie znajdziemy? Od klasycznego komiksu undergroundowego spod znaku Roberta Crumba, Jaya Lincha czy Paula Mavridesa, po europejskich komiksowych tuzów, jak choćby Moebius, czy Manu Larcenet – do którego graficzną ekspresją Musturiemu zresztą chyba najbliżej (spójrzcie na Lercenetowską „Terapię grupową”). Jest tutaj wszystko chyba, czego można się doszukiwać w komiksie, w komiksowej sztuce jako takiej, czy spojrzymy na klasyczne komiksowe paski, czy pełnoplanszowe albumy. Ze strony na stronę, z rozdziału na rozdział przeskakujemy od konwencji do konwencji, odkrywając wciąż nowe, zaskakujące, nieszablonowe podejście do rysunkowej ekspresji, będące z jednej strony wyrazem twórczej manifestacji artysty, a z drugiej swoistym hołdem złożonym komiksowi z całym jego dorobkiem.
A wszystko utrzymane w psychodelicznej, posthippiesowskiej kolorystyce, która doskonale komponuje się z ogólnym zamysłem graficznego przekazu, będącego bezpardonowym negowaniem cywilizacyjnego pędu. Pędu, który zdecydowanie zatracił swoje elementy pozytywne, spychając ludzkość na równię pochyłą ku zagładzie, wynikłej ze scedowanie globalnego posiadania w ręce wąskiego grona najbogatszych, dla których jesteśmy produkcyjnym elementem systemu, a zarazem bezwolnym konsumentem, zarazem produkującym właśnie po to, by konsumować. I tak w błędnym kole.
Dlatego, pod względem graficznym, „Future” jest albumem wartym poznania. Zdecydowanie. Zwłaszcza że Musturi co rusz udowadnia, że ani żadna konwencja mu nie straszna, ani też nie można mu zarzucić, że jego artystyczne wariacje mają zasłonić jego brak talentu. Tego w zakresie rysunku Musturi ma aż nadto. I lubi się nim – wyraźnie – popisywać.

Gorzej, niestety, jest w warstwie fabularnej. Owszem, z początku bardzo ładnie wchodzi cała abstrakcja, budowana mocno na psychodelii, jaką zresztą zwiastuje sama okładka. Już koncepcja podróżującej w kosmosie foliowej reklamówki jest wystarczająco absurdalna, by cała reszta nie szokowała, ale jedynie kontynuowała koncepcyjną jazdę bez trzymanki… tylko że autor komiksu zaczyna – dość szybko – się powtarzać. Trzyma się jednego, ogólnego przekazu, jednej, wyjściowej frazy o tym, jaki cywilizacyjny konsumpcjonizm jest zły i niedobry (nie mówię, że nie ma racji), która jednak powtórzona co rozdział po kilka razy, traci na sile wyrazu. Dewaluuje się to, co powtarzane nam jest do znudzenia. Znika gdzieś ciekawość płynąca z lektury, skoro w połowie już jesteśmy pewni, jakie do końca albumu artysta zaserwuje nam wnioski. I to trochę problem z całym komiksem, który o wiele lepiej się ogląda, niż czyta, bo zwyczajnie literki w nim zaczynają nam przeszkadzać. Zwłaszcza, zamknięte w całe, jednostronicowe partie tekstu, jaki co rusz, innymi słowami, opowiada z grubsza tę samą opowieść, niby mantrę.
I w efekcie, robi się nam album ciężkostrawny, przytłaczający, powtarzalny… który broniłby się, czytany fragmentarycznie, po rozdziale, po epizodzie, raz na jakiś czas. I co z tego, że jest w tym pewna chwytliwa, buntownicza buńczuczność, taki punkowy pazur, kontestujący całą zastaną rzeczywistość i otaczający nas pozorny dobrobyt, jeśli pojedyncze historyjki zlepione w jeden, duży album tłamszą same siebie swoją monotematycznością?

Reasumując – Future jest zdecydowanie bardziej zdatne (pożądane) do oglądania, niż czytania. Albo do dawkowania sobie epizodycznie, co kilka miesięcy po jednym rozdziale. Inaczej poczucie „ale to już było” w warstwie fabularnej towarzyszyć nam będzie pewnie przez większość lektury. A szkoda, bo nadal podtrzymuję, że graficznie Musturi jest jednym z najciekawszych artystów kontynentu. Tyle że piszącym w kółko o tym samym.

Future

Nasza ocena: - 70%

70%

Scenariusz i rysunki: Tommi Musturi. Tłumaczenie: Piotr Paczkowski. Wydawnictwo Timof Comics 2024

User Rating: Be the first one !

Mariusz Wojteczek

Rrocznik '82. Kiedyś Krakus z przypadku, teraz Białostoczanin, z wyboru. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4”, „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”, „Żertwa”, „The best of Histeria”, „Zwierzozwierz” i „Wszystkie kręgi piekła”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. Wydał autorskie zbiory opowiadań: „Ballady morderców” (Phantom Books 2018) oraz „Dreszcze” (Wydawnictwo IX 2021) oraz powieść „Ćmy i ludzie” (Wydawnictwo IX 2022). Pracuje nad kilkoma innymi projektami (które być może nigdy nie doczekają się ukończenia). Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie Martynie oraz popkulturze – w takiej właśnie kolejności.

Zobacz także

Mity Cthulhu wg Lovecrafta – kolejna mistrzowska interpretacja komiksowa klasyki grozy [recenzja]

Choć przyznaję, bywa ostatnio tak, że psioczę na wszechobecność Lovecrafta na polskim rynku – bo …

Leave a Reply