Gorący temat

Gulu. Pamiętne lato – kiedy chcesz napisać powieść za Stephena Kinga [recenzja]

Powieść Juliusa Throne – „Gulu. Pamiętne lato” to najbardziej kingowska rzecz, jaką dane mi było kiedykolwiek przeczytać. Powiedziałbym, że jest kingowska aż do przesady. A to z jednej strony świadczy o niej bardzo dobrze, a z drugiej – bardzo źle. Sięga bowiem po główne zalety twórczości Króla, udatnie kalkując jego motywy, a jednocześnie cierpi na podobne wady, tylko przejaskrawione i urosłe wręcz do potęgi n-tej.

Do wydawnictw vanity publishing podchodzę z dużą rezerwą, bowiem – choć zdarzają się wśród nich perełki w stylu „Czarnego boga” Marcina Wrońskiego, to często okazują się przykładem pozycji co najmniej niedopracowanych, by nie powiedzieć gorzej. Jednak z „Gulu. Pamiętnym latem” sprawa ma się zgoła inaczej. To powieść napisana całkiem sprawnie pod względem technicznym, w której wady tkwią w czymś zupełnie innym niż warsztat literacki autora. Ale najpierw plusy.

Throne bardzo dobrze radzi sobie z „wejściem w buty” Stephena Kinga, którego – widać wyraźnie – stara się kopiować nie tylko w fabularnym trzonie opowieści, ale i konstrukcji świata przedstawionego oraz kreacji bohaterów. Scenerią jest małe, z gruntu sielankowe, amerykańskie miasteczko, a postaci to grupka przyjaciół, borykających się z problemami wczesnego etapu dojrzewania (kto pamięta nowelę „Ciało”?). Jeden z nich, mający nadwagę, obrywa od lokalnych osiłków najbardziej, a jego niespodziewanie poznani przyjaciele skupiają na sobie uwagę chuliganów niejako rykoszetem, przy okazji. Kiedy więc nastolatek podczas ucieczki przed napastnikami zostaje pewnego dnia uratowany przez tajemniczą postać o imieniu Gulu, w mieścinie zaczynają się dziać rzeczy niepokojące, a szybko też drastyczne. I – co najważniejsze – niewytłumaczalne racjonalnymi sposobami.

Niezwykły pakt, jaki zawarł chłopiec sprawia, że nic już nie będzie takie samo, a owo pamiętne lato stanie się okresem utraty niewinności. I to nie w pozytywnym tego sformułowania znaczeniu. Brzmi kingowsko? Owszem, taka właśnie jest ta powieść, czerpiąca garściami z dorobku i stylu Króla (wspomniane „Ciało”, ale też „Sklepik z marzeniami”, czy też „Miasteczko Salem”), ale także przywodząca na myśl takie klasyki, jak choćby „Magiczne lata” Roberta McCammona, czy „Letnią noc” Dana Simmonsa. I to nie jest zarzut, to ostentacyjne wręcz inspirowanie się arcydziełami współczesnej literatury grozy, bo autor odniesienia ma nie na tyle bezczelne, by uznać je za kalkowanie, a i łączy je w nieco inną, w pewnym stopniu oryginalną – na ile opowieść grozy w tym duchu oryginalna jeszcze może być – historię. I choć Throne nie jest ani Kingiem, ani McCammonem, ani Simmonsem, to jednak okazuje się być sprawnym rzemieślnikiem… który niestety cierpi na syndrom przesady.

Bowiem – i tu dochodzimy do nie tak znów licznych, ale poważnie rzutujących na finalny odbiór powieści – wad książki. Przesadą jest tu objętość, co zresztą często mierzi w powieściach Kinga. Gdyby tę książkę odchudzić o połowę, a przynajmniej o jedną trzecią, otrzymalibyśmy świetnie skonstruowaną powieść grozy. W obecnej formie – prawie 800 stron – ta historia jest po prostu przegadana. Zapowiadane na okładce, tajemnicze spotkanie z Gulu przydarza się bohaterowi dopiero gdzieś w połowie, a do tego momentu to żmudne, staranne konstruowanie otoczki, budowanie świata przedstawionego, kiedy dzieje się zbyt mało rzeczy niepokojących i nadnaturalnych (zgoła nic), jak na powieść grozy. I choć ten stanowczo za długi wstęp do właściwej akcji od biedy mógłby się bronić jako powieść obyczajowa, to jako horror nie oferuje wystarczającej dawki napięcia, by nas, czytelników zadowolić. I w trakcie lektury nerwowe oczekiwanie szybko zaczyna ustępować miejsca znudzeniu i irytacji – czemu jeszcze nie zdarzyło się to, co miało być punktem wyjścia do opowieści? To, co często jest bolączka u Kinga – gdzie misterne konstruowanie świata dąży do przesadnej szczegółowości, tutaj podniesione jest do absurdalnego poziomu. A w horrorze ważne jest, by podtrzymywać nerwowe napięcie u odbiorcy, ciągłym podsycaniem obietnicy przerażającego zdarzenia, przez podsuwanie mu kolejnych sygnałów, znaków. Tutaj ewidentnie tego zabrakło.

Druga połowa jest dynamiczniejsza, ciekawsza, i z pewnością lepiej wpasowuje się w estetykę horroru, jakiej oczekujemy. I gdyby nie ten wspomniany, przydługi wstęp, to przesadnie rozciągnięte na jakieś 150 stron otwarcie, to książka wypadałaby o wiele lepiej.

To powieść która opiera się na klasycznych schematach wewnątrzpokoleniowego konfliktu, gdzie siła fizyczna dominuje nad wrażliwością i inteligencją, a pozorna niewinność wynikająca z wieku skrywa utajone okrucieństwo oraz chęć odreagowania własnych frustracji i lęków na słabszych. Temat stary, jak literatura i podawany przez wielu pisarzy na różnorakie sposoby, tutaj nadal – mimo swej tendencyjności i pewnej przewidywalności – broni się odwołaniami do nostalgicznych wspomnień naszej własnej młodości i dzieciństwa. Bohaterowie są ujmujący, pomimo pewnej dozy przewidywalności i skrojono ich nie tyle realistycznie, co zgodnie z naszym, podświadomym oczekiwaniem. Takich ich dostajemy, jakich się spodziewamy, nauczeni literackim dorobkiem współczesnej klasyki amerykańskiej powieści grozy.

Throne pisać potrafi, tego mu odmówić nie można. Jedno – czego mu zabrakło, to wprawny redaktor, nie bojący się ciąć, skracać i wyrzucać nadprogramowe, zbędne fragmenty, by nadać finalnemu dziełu charakter powieści bardziej skondensowanej, zwartej, oszczędniejszej w poboczne opisy i lepiej prowadzonej. Z większą dozą napięcia, atmosfery grozy i niepokoju. Szkoda, bowiem „Gulu. Pamiętne lat” to w pewnej części świetny hołd dla literackiej klasyki horroru i z pewnością ukłon w stronę Kinga i jego fanów.

Zabrakło tej książce niewiele. Gdyby była krótsza, bardziej zwarta, lepiej rozkładająca grozowe akcenty i tak nieprzegadana – mogłaby być znakomita. A tak – jest tylko dobra, z bardzo dobrymi momentami, choć wymaga wiele samozaparcia od odbiorcy, by zdołał ją w całości przeczytać. Zastanawiam się, ilu czytelników skapituluje, zanim dobrnie do rzeczywistego zawiązania akcji – i spotkania z Gulu? A ilu odpadnie w przedbiegach, tracąc praktycznie wszystko, co jest w tej powieści ciekawe i warte uwagi?

Jeśli pojawi się kolejna powieść sygnowana pseudonimem Julius Thorne, to z chęcią po nią sięgnę. Choćby po to, by sprawdzić, czy autor nauczył się, jak zdradliwa może być literacka przesada.

Gulu. Pamiętne lato

Nasza ocena: - 60%

60%

Julius Throne. Wydawnictwo Novae Res 2019

User Rating: 3,67 ( 3 votes)

Mariusz Wojteczek

Rrocznik '82. Obecnie Krakus, trochę z przypadku, trochę z zasiedzenia. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4” i „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. W 2018 wydał autorski zbiór opowiadań „Ballady morderców”. Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie i popkulturze – w takiej właśnie kolejności.

Zobacz także

Algorytm życia – cyberpunk najwyższej próby [recenzja]

„Algorytm życia” – debiutancka książka Marty Sobieckiej – to tytuł, do którego podchodziłem z równie …

One comment

  1. Przeczytałem “Gulu. Pamiętne lato” wszędzie zachęcany porównaniami do Stephena Kinga i muszę stwierdzić, że książka jest świetna. Jeszcze nigdy nie czytałem czegoś tak dobrego w wykonaniu polskiego pisarza. Mi akurat najbardziej podobały się wątki obyczajowe i nie uważam, że książka jest przegadana. Ktoś, kto oczekuje szybkiego horroru, nie znajdzie go w kilkusetstronicowej książce – podejrzewałem że w takiej cegle będzie klimat i nie zawiodłem się a autor zbudował fajne tło obyczajowe, genialnie przedstawione postacie i naprawdę świetną historię. Styl podobny do Kinga zresztą mam wrażenie że king jeszcze bardziej rozwleka swoje dzieła. Ja polecam!

Leave a Reply