Gorący temat

Hellblazer, tom 6 – dotknięcie zła [recenzja]

“Hellblazer” ze scenariuszem Warrena Ellisa jest najmniej obszernym tomem wydanym w tej serii przez Egmont. Objętość nie ma tu jednak nic do jakości i to właśnie niniejszy zbiór jest prawdopodobnie najlepszym z dotychczasowych.

Przygoda Warrena Ellisa z “Hellblazer” była wyjątkowo krótka. Składało się na nią jedynie dziesięć zeszytów, choć w wydanym przez Egmont zbiorze jest ich jedenaście. To właśnie za sprawą tej jedenastej historii scenarzysta odmówił kiedyś dalszego prowadzenia serii i szybko trzeba było szukać jego następcy. Co takiego wtedy się wydarzyło?

Ostatnią historię z tego zbioru Ellis napisał jeszcze przed 20 kwietnia 1999 roku, jednak miała się ona ukazać dopiero po tej dacie. To tego dnia w amerykańskiej szkole w Columbine wydarzyła się tragiczna w skutkach strzelanina i włodarze DC Vertigo zdecydowali, że w takich okolicznościach nie powinni wysyłać do druku opowieści pod tytułem “Strzelaj” (“Shoot”), która opowiada właśnie o przypadkach strzelanin w amerykańskich szkołach. Wściekły i rozgoryczony takim obrotem sprawy Ellis zrezygnował z dalszej pracy przy “Hellblazerze”. Historia w końcu ujrzała światło dzienne, ale wiele lat później.

W zamian dostaliśmy jednak przygody Johna Constantine’a w wyjątkowo skondensowanej formie i można pokusić się o stwierdzenie, że stanowią one idealny wzorzec i być może najlepszy klucz do odczytania postaci proletariackiego maga. Scenariusze Ellisa składają się na jedną dłuższą, złożoną z sześciu zeszytów opowieść pod tytułem “Nawiedzony”, która opowiada o zupełnie innym rodzaju nawiedzenia, niż moglibyśmy sądzić po tytule oraz z kilku krótszych opowieści, z których niemal każda wypełnia pojedyncze zeszyty. Niemal, ponieważ na zeszyt “Zachodzące słońce” składają się dwie krótsze nowele, z których pierwsza i zarazem tytułowa potrafi mocno potrząsnąć czytelnikiem, a druga – “Jeszcze jedna pieśń o miłości” jest rodzajem rozliczenia z przeszłością i przywołuje najważniejsze kobiety w życiu Constantine’a.

Choć Warren Ellis w swoich scenariuszach lubuje się w brutalności i masakrze, robi to inaczej niż Garth Ennis, który przy udziale Steve’a Dillona szokował kiedyś czytelników obrazami widowiskowej przemocy. U Ellisa nie ma tej wściekłości i pewnego rodzaju twórczej dezynwoltury. Zarówno pod względem narracji jak i samych obrazów, przemoc i przygotowania do jej aktów są metodyczne, wręcz bezduszne i choć widzimy często jak głównym bohaterem targają silne emocje, to zawsze jego plan, w myśl którego winni złych czynów muszą ponieść zasłużoną karę jest precyzyjnie opracowany, a jeśli pojawia się w nim element improwizacji to zazwyczaj po to, aby Constantine mógł pokazać swoją wyższość.

Przy miłosnej historii Johna i Kit u Ennisa czuliśmy do tego bohatera sympatię, jednak po historiach Ellisa zostają po niej jedynie jej resztki, ale też zrozumienie, że Constatnine robi to co robi, bo nie tyle musi, co nie może się przed tym powstrzymać. Bo być może taka jest jego natura i aby osiągnąć swój cel, który w jego mniemaniu zawsze jest słuszny, nie cofnie się przed niczym. I pewnie nawet nie zauważa, że jego główny adwersarz w “Nawiedzonym” długo pozostający w cieniu, kiedy już wychodzi na scenę okazuje się być bardzo podobny do głównego bohatera i to nie tylko pod względem fizycznym.

Zarówno dłuższa historia jak i te krótsze są doskonale napisane a fakt, że zilustrowane zostały przez różnych rysowników przede wszystkim wzbogaca wizję magicznych doświadczeń Johna Constantine’a wchodząc zarówno w buty ponurej makabry jak i prześmiewczej groteski jak w historii pod tytułem “Opowieści” o tajemnicach brytyjskiego dworu królewskiego. Rysownicy wykonują tu świetną robotę, a na szczególną uwagę zasługują klimatyczne okładki Timothy’ego Bradstreeta i zilustrowana przez niego “Kołyska”, którą udowadnia, że styl takich artystów jak Jae Lee i Andrea Sorrentino nie wziął się znikąd.

Podsumowując, dostaliśmy znakomity zbiór opowieści, w których talent Ellisa błyszczy i potwierdza opinię, że ten scenarzysta to przede wszystkim mistrz krótkiej formy. Sprawdził się w niej bardzo dobrze w “Moon Knight”, w “Planetary” i w nieco zapomnianym “Detektywie Fellu”. Warto sobie przypomnieć jeszcze raz również i te albumy po lekturze jego “Hellblazera”.

Hellblazer, tom 6

Nasza ocena: - 85%

85%

Scenariusz: Warren Ellis. Rysunki: John Higgins, Timothy Bradstreet i inni. Egmont 2020

User Rating: Be the first one !

Tomasz Miecznikowski

Avatar
Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki" i Instytutu Książki, jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku.

Zobacz także

Love: Tygrys – dzień z życia drapieżnika [recenzja]

Po “Tygrysa” warto sięgnąć przede wszystkim ze względu na przepiękne realistyczne rysunki Federico Bertolucci, który …

Leave a Reply