Gorący temat

Jakub Nowak – “Nie w szczepionkę” to książka o osobistych i zbiorowych sposobach pamiętania i ich przemianach [wywiad]

0 0
Read Time:13 Minute, 32 Second
foto: Przemysław Pączkowski / Powergraph

 

Z Jakubem Nowakiem, autorem m.in. wydanej przez Powergraph powieści “Nie w szczepionkę” rozmawiam o najnowszej książce, o nostalgii za latami 90., o muzyce i problemach okresu transformacji. Zapraszam.

 

Jak się wraca do minionego? Do czasów, których już nie ma?

To był trochę dziwny powrót, pełen sprzeczności. Przez te wszystkie lata zdążyłem zapomnieć, że sytuacje, które były patologiczne, pełne przemocy czy codziennej podłej krzywdy, traktowano wtedy jako zupełnie zwyczajne, jako nieodłączny element codzienności. Jednocześnie wracałem do tamtych czasów i niektóre rzeczy już nie wydawały mi się straszne czy onieśmielające. Wiesz, wchodzisz po latach do budynku przedszkola albo do szpitala, w którym leżałeś, gdy byłeś mały, i schody, ciągnące się kiedyś do samego nieba, okazują się być kilkoma niepozornymi schodkami.

Chciałem zachować w książce to spojrzenie z dzisiaj, spoza tamtego świata. Dla opowiadanej przeze mnie historii ważne jest, że my – to znaczy, bohaterowie, ja i może też ktoś, kto tę książkę czyta – wiemy, jak daleką drogę przeszliśmy. Dlatego ważną częścią powieści są współczesne nam perypetie Siwej, która ma czterdzieści kilka lat i która patrzy za siebie, próbując, kolejny raz, zrozumieć, co widzi.

Uważasz, że po to właśnie jest literatura? Do odtwarzania minionego, do odsłaniania zapomnianego? Wszak twoja pierwsza powieść „To przez ten wiatr” była utrzymana w konwencji powieści historycznej.

O rany, po co jest literatura? Ona chyba jest po to, by spotkać Innego, w ramach któregoś z mitów. I czasem jest też po to, by doświadczyć tej nieprzekładalnej na słowa przyjemności z doświadczenia pięknego języka, kiedy słowa, które czytasz, zmieniają coś w twoim mózgu na lepsze, choćby przez ten krótki moment lektury.

Szukam związku między obiema moimi powieściami, ale nie dostrzegam go tam, gdzie wskazujesz, a przynajmniej nie na poziomie intencji. „To przez ten wiatr” za punkt wyjścia miał wspaniałą historię, wokół której, jako autor, nie mogłem przejść obojętnie i historyczny charakter powieści był po prostu funkcją anegdoty, od której zacząłem. W „Nie w szczepionkę” już rzeczywiście bardziej bezpośrednio chodziło o pamięć jako istotny składnik tego, kim się stajemy i jednocześnie co tracimy podczas tego stawania się.

Obraz, jaki tamtej dekadzie nadajesz w swojej nowej powieści – „Nie w szczepionkę” jest niezbyt bliski pozytywnego. Brud wczesnej transformacji, wszechobecna przestępczość i prowokująca ją bieda. To obraz przerysowany? Czy w twoim odczuciu, twojej pamięci – autentyczny?

To nie jest obraz przerysowany, raczej szczery.

W wątku dziejącym się w latach 90. oczywiście wyostrzam pewne rzeczy fabularnie, kumuluję je tak, by wydarzały się w ciągu kilku dni, bo mam historię do opowiedzenia, ufam, że fajną, i chciałbym, by miała dobre tempo i nieźle się czytała. I raczej mało zmyślam, bo ja te sytuacje, które opisuję, w większości widziałem na własne oczy. Co prawda nigdy nie widziałem, żeby porwany lokalny biznesmen wychodził ze skrzyni, na której gra się w karty, ale takie rzeczy przecież działy się dokoła, hurtownie i sklepy płonęły, a sąsiadów z osiedla zamykano za rozboje czy napady na kantory.

Ale w powieści dosłownie rozumianej przestępczości chyba nie ma zbyt wiele. Ona pojawia się w ostatniej części, równie zgrzebna i niefinezyjna co miejsce, w którym się wydarza. O przemocy za to rzeczywiście mógłbym powiedzieć, że była wszechobecna. Była codzienna i wręcz nawykowa, siedziałeś wieczorem w osiedlowym barze nad szklanką warki strong z sokiem i nagle wjeżdżali do środka chłopaki w dresach, a ty mogłeś od któregoś dostać w pysk tylko dlatego, że miał na to ochotę, a ty pechowo stałeś najbliżej. Najdziwniejsze było to, że następnego dnia rano na wuefie ten sam chłopak cierpliwie tłumaczył ci, jak się właściwie ułożyć na ławeczce do wyciskania sztangi.

I kiedyś rzeczywiście odprowadziłem koleżankę nocą do domu, by za chwilę usłyszeć przez otwarte okno, jak ojciec bije ją, bo przyszła zbyt późno. Pojebane, złe czasy. Chciałbym wierzyć, że pod pewnymi względami nieodwołalnie się skończyły.

A ty osobiście, masz dobre wspomnienia z lat 90-tych?

Mam najróżniejsze. Wiele jest świetnych, bo miałem szczęście dorastać w kochającym się domu, co jest olbrzymim zasobem, którego wtedy oczywiście nie doceniałem. W połowie lat 90. poszedłem do liceum i czułem się wtedy nieśmiertelny, a bycie nieśmiertelnym ma swoje zalety. Robiłem różne rzeczy po raz pierwszy, również takie, które są absolutnie fundamentalne, kiedy masz kilkanaście lat i szalejące hormony topią ci mózg na breję. Codzienność bywała super ekscytująca, każdy dzień przynosił sytuacje, które wydawały się krańcowe, emocje były potężne, a rysy twarzy osób, które ci się podobały, najostrzejsze i piękne jak nic innego.

Też się trochę bałeś dorosłości? Tak, jak się chyba boją twoi bohaterowie?

Tak, po latach widzę, że nawet bardziej, niż byłbym skłonny przyznać. Dobrze znałem miejsce, w którym żyję i jednocześnie miałem świadomość, że poza tym miastem są jakieś inne, większe i bardziej prawdziwe, i że po maturze muszę do któregoś wyjechać.

Wszyscy dokoła straszyli nas, może nawet nieświadomie, że, jeśli chcemy stąd uciec, to musimy zapierdalać. Bo jak się nam nie uda, to szybko wrócimy, skąd przyszliśmy. Nie mówiąc już majaczącej na całkiem nieodległym horyzoncie obowiązkowej służbie wojskowej. To budziło strach, ten świat, który tam był i który był, jak wierzyłem, wymagający, bezwzględny i wymuszający pęd. Bo czy ja będę potrafił zapierdalać wystarczająco szybko, jeśli całe życie przeżyłem w mieście, w którym domyślnym stanem jest bezruch?

Postrzegam – subiektywnie – okres opisywany w powieści w sposób bardzo nostalgiczny. I może koloryzuję własne wspomnienia, ale echa tej nostalgii, tej beztroski ówczesnej odnajduję też w „Nie w szczepionce”. To granie na nostalgii jest zamierzone? Chciałeś trafić do ludzi z mojego (i pokrewnych) pokolenia?

Ta beztroska w powieści jest chwilowa, to momenty, w których zapomina się o braku pieniędzy czy presji związanej z przyszłością. Widzisz, ja nienawidziłem, jak ktoś mi o niej przypominał, bolał mnie brzuch od tych rozmów o planach związanych ze studiami, czy kalkulacji dotyczących na przykład olimpiad przedmiotowych, które zresztą przegrywałem sromotnie.

Czy próbowałem napisać powieść nostalgiczną? Nostalgia jest emocją kulturową, ściśle związaną z teraźniejszością i, gdybym musiał odpowiedzieć na to pytanie, trzymając się tej kategorii, to powiedziałbym, że bardziej niż nostalgiczna, może w jakimś sensie jest to książka o nostalgii. O osobistych i zbiorowych sposobach pamiętania i ich przemianach. Starałem się o nich pisać szczerze i precyzyjnie. Nie nazywam miasta, w którym dzieje się najntisowy wątek, lecz łatwo w tym miasteczku rozpoznać moje rodzinne Skarżysko. Jednocześnie miałem sporo pytań, od osób, które skończyły lekturę, czy to nie Puławy, Tczew, Pabianice, Sochaczew i traktuję to jako rodzaj komplementu. Może udało mi się oddać pewną zbiorową emocję towarzyszącą życiu w niedużych polskich miastach wtedy.

Ówczesna młodzież dzieliła się przez przypisanie samych siebie do różnego rodzaju subkultur. Trochę sztywny termin pozwalał się jednak identyfikować, przynależeć do grupy. Teraz to się chyba zatarło, przeminęło. To dobrze? Coś nam, dorastającym w tamtych czasach dały subkultury?

Subkultury oferują dwie nieocenione symboliczne nagrody, szczególnie wartościowe, kiedy masz kilkanaście lat. Pierwsza to poczucie przynależności do jakiejś grupy, krzepiące potwierdzenie, że nie jesteś sam. Druga to poczucie sprawczości, możliwość decydowania o sobie i to zupełnie po swojemu, sięgnięcia po dobrze znane, utarte kody kulturowe i wywrócenia ich na nice, taką fajną semiotyczną krnąbrność. I ona wkurza ludzi, bo wywołuje dyskomfort związany z tym, że ktoś, często dzieciak, przychodzi i mówi: sprawdzam!, ja będę robił inaczej i świat się nie zawali.

To chyba nie jest tak, że dziś subkultur nie ma. Choć rzeczywiście one są inne. I nie chodzi o to, że mają odmienne koordynaty estetyczne czy ideowe, ale bardziej o to, że współcześnie w większym stopniu opierają się one na praktykach konsumpcyjnych. Kapitalizm zastawił na nas pułapkę, z której coraz trudniej się wywinąć.

A ty do jakieś należałeś? Identyfikowałeś się?

Nie należałem do żadnej, moje drobnomieszczańskie serduszko truchlało na myśl, że mógłbym w jakiś sposób wyłamać się repertuaru zachowań, które wypada. Estetycznie byłem ofiarą rockowych programów na MTV, nosiłem sztruksy, flanelowe koszule, które ojcu dawali w ramach socjalu w fabryce, i poliestrowe czarne swetry z bazaru, które wisiały mi do kolan. Najbliżej było mi do dzielnych dzieciaków, które wieszały sprejem swastyki na murach i ganiały się po mieście ze skinami, ale brakowało mi odwagi, żeby robić jak oni.

Nie w szczepionkę”, tak zresztą jak wcześniejsza „To przez ten wiatr”, ucieka od pisanej przez ciebie wcześniej fantastyki. Tym samym dołączasz do grona autorów, którzy na fantastyce wyrośli, by finalnie od niej odejść, jak Orbitowski, Małecki, Rogoża. Co jest nie tak z polską fantastyką, że najlepsi twórcy od niej uciekają?

W przypadku obu powieści sięgnąłem po inne konwencje czy literackie rejestry, ale nie, nie uciekam od fantastyki. Rok temu ukazała się chyba dobrze przyjęta antologia „Frostpunk” z moją krótką powieścią, nawiązującą do gry wideo wydanej przez 11 bit studios. A wkrótce, z kolei na Storytel pojawi się serial-antologia audio, którego fabułę zaprojektowałem i napisałem pierwszy odcinek. Całość jest utrzymana w konwencji kosmicznej science-fiction, do której tekstów dostarczyli świetni autorzy i autorki. To będzie SF level over 9000, jest na co czekać.

Zresztą, w ogóle nie martwiłbym się o polską fantastykę. Nie czytam jej już tyle, co kiedyś, ale wydaje mi się, że wszystko z nią w porządku.

Problem jest w postrzeganiu? Nie tylko czytelników, ale także krytyki literackiej, którzy ogólnie uważają, że fantastyka nie może być literaturą poważniejszą, ambitniejszą? A jeśli już się coś w jej obszarze jakościowego literacko pojawia, to wymyśla się określenia najróżniejsze, byle nie użyć słowa „fantastyka”?

Nie mamy czasu na dłuższe wywody, postaram się krótko: rzeczywiście bywa tak, że jedną z najbardziej chwalonych polskich powieści ostatnich lat jest opowieść o świadomym stole, który żyje i gada, i w której ten koncept potraktowany i przepracowany jest bardzo serio. I ta rewelacyjna powieść, której jestem wielkim fanem, rzeczywiście funkcjonuje w krytycznoliterackim czy recenzenckim obiegu, o ile mi wiadomo, nieotagowana jako fantastyka czy fikcja spekulacyjna. Ale jednocześnie literatura fantastyczna ma ostatnio u nas całkiem niezłą prasę, a krytyka literacka interesuje się nią częściej i chyba bez apriorycznej protekcjonalności. Osoby zajmujące się krytyką lubią tę konwencję i potrafią ją czytać i o niej pisać. Nie jest źle.

Zdarzają się jednak powroty do fantastyki, nieszablonowe, odważne. Jak u Orbitowskiego, we „Wrogu”. Ty też kiedyś sięgniesz po fantastykę? Do światów, pomysłów prezentowanych tak udanie choćby w zbiorze „Amnezjak”?

Tak.

(Uwielbiam „Wroga”!)

Literacko wychowywałeś się na…? Fantastyka była podwaliną twoich pierwszych pisarskich prób? Co czytałeś za młodu? Co cię kształtowało, jako pisarza?

Literacko wychowywałem się na książkach, które po prostu były w domu, olbrzymim i dość eklektycznym zbiorze moich rodziców, z którego mogłem podbierać Chandlera, MacLeana, Ludluma, ale i Hemingwaya, Sołżenicyna, Bursę czy Grzesiuka, bo rodzice czytali nałogowo i do początku lat 90. kupowali mnóstwo książek. Potem zaczęło wychodzić ich zbyt dużo i wybierali ostrożniej.

A zacząłem pisanie własnej prozy od fantastyki, bo magazyn „Nowa Fantastyka”, prowadzony przez nieodżałowanego Maćka Parowskiego, był jedynym dostępnym mi pismem literackim, którego prowadziło stały nabór nowych tekstów i gdzie pracowano nad ich jakością również na łamach miesięcznika – Maciek, zebrawszy kolejną porcję doświadczeń z pracy nad opowiadaniami, które dostawał od debiutantów, co jakiś czas publikował teksty zawierające porady dla piszących. To była moja pierwsza szkoła pisania.

A co i kogo czytujesz teraz najchętniej?

Czytam chyba sporo, choć mniej niż bym chciał. Ostatnie lektury to „Fat City” Leonarda Gardnera, przeczytana do pracy antologia naukowych tekstów o „Tytusie, Romku i A’Tomku” i wznowiona przez Kulturę Gniewu „Będziesz smażyć się w piekle”, wspaniała powieść graficzna Prosiaka, z dodanym nowym, wstrząsającym zakończeniem.

Najważniejsza powieść przeczytana w życiu?

Pierwszą najważniejszą powieścią były „Przygody Hucka” Marka Twaina. Nie znam jeszcze „Jamesa” Percivala Everetta, jestem jej bardzo ciekaw.

A mogę zamienić powieść na prozę w ogóle? Wtedy ostatnią taką najważniejszą książką będzie „Syn Jezusa” Denisa Johnsona. Ten niepozorny zbiór jest tak piękny, że zapiera dech w piersi, z każdą lekturą może nawet piękniejszy. Koniec skali.

A co z muzyką? Zdaje się odgrywać znaczącą rolę w powieści, choć niebezpośrednio, raczej wybrzmiewając w tle, na bazie wspomnień i skojarzeń. Wpisana w niezmywalny schemat obrazu dekady. To było ważne, by pokazać, jak integralnym elementem dojrzewania była muzyka?    I czy jest dziś, w podobnym stopniu?

Muzyka wybrzmiewa w tle „Nie w szczepionkę”, bo była niezbywalną częścią tamtego życia. Jest jej w książce mnóstwo, choć rzadko odwołuję się do niej wprost, można ją przegapiać chyba bez szkody dla opowieści. Te odniesienia to trochę takie pozdro dla kumatych, jak nieczytelne logo deathmetalowego zespołu na koszulce. Muzyka była jednym z najważniejszych języków młodości, pewnie nie tylko mojej, w którym czasem łatwiej bywało coś powiedzieć – komuś, ale i sobie. Zresztą, miałem tak długo, jestem z pokolenia, które wrzucało fragmenty tekstów piosenek do statusów na gadu-gadu. I nadal noszę te koszulki.

Muzyka towarzyszy ci dalej, jest znaczącą częścią życia. Masz ulubione płyty? Takie, do których wracasz?

Niedawno zorientowałem się, że zespołem, którego słucham nieprzerwanie od trzydziestu lat, jest Morphine.

Wracając do powieści. „Nie w szczepionkę” to surowa ocena okresu wczesnej polskiej transformacji. Jako politolog, ale i pisarz, jak oceniasz tamten czas? Co nam się udało? Co straciliśmy? Zaprzepaściliśmy jakie szanse?

Politologiem jestem tylko na papierze, bo, kiedy robiłem doktorat, system nie przewidywał doktoratu z nauk o mediach. Nie chciałbym się tu mądrzyć na ten strasznie skomplikowany temat, bo nie ma miejsca na zniuansowaną, obszerną odpowiedź. Z jednej strony, dość szybko weszliśmy do NATO i UE. Z drugiej, mnóstwo ludzi zostało na peronie albo pospadało z wagonika po drodze i do dziś nie oduczyliśmy się obciążać ich odpowiedzialnością za to, co ich spotkało.

Bohaterowie „Nie w szczepionkę” – ci we współczesnej odsłonie – zdają się być mimowolnymi ofiarami swoich czasów. Cierpią, borykają się z emocjonalnymi problemami, wynikającymi ze specyfiki okresu własnego dojrzewania. Często zdają się uciekać od problemów, niż się z nimi mierzyć, zaklinać rzeczywistość, udawać że ich nie ma. Albo udawać, że czas nie mija, że wciąż są młodzi, że nie dogoniła ich dorosłość. Powieść miała być manifestem tamtych pokoleń? Głosem sprawiedliwości? Sygnałem, że młodzież lat 90-tych, zostawiona sama sobie, nie potrafi mówić o swoich problemach, nie potrafi wyrażać siebie?

„Nie w szczepionkę” nie jest manifestem, bo nie ma we mnie potrzeby ani śmiałości ekspresji w liczbie mnogiej, zaczynania zdań od „my” czy chęci formułowania jakichś programów. Być może w twoim pytaniu zawarta jest jakaś miła dla książki sugestia, że te osobiste i jednostkowe historie mogą w kimś zarezonować jako tożsame czy podobne?

Ja nie postrzegam bohaterów jako ofiar, wydaje mi się, że radzą sobie nieźle. Ta szamotanina, wewnętrzna, ale nie tylko, której doświadczają, pewnie wynika ze świadomości, że dosłownie większość ich życia jest już za nimi, co prowokuje do najbardziej podstawowych pytań, tych o priorytety. Bo kiedyś było tak, że byłeś młody albo dorosły. Dziś wydłuża się moment, kiedy możesz być i taki, i taki. Dla moich bohaterów on trwał, całkiem długo, ale się właśnie skończył. I co wtedy, kiedy młodość nagle stała się kategorią, która przestała cię opisywać?

A czy myślisz, że tamta młodzież, jako pokolenie, potrafi być dzisiaj, w dorosłości, szczęśliwa? Czy tamten okres pozostawił jednak w większości niezatarty ślad?

Nie wiem. To znaczy, chyba całe pokolenia nie bywają po prostu szczęśliwe bądź nie.

Odnoszę czasem wrażenie, że moje (i pokrewne) pokolenie używa social mediów, by budować w ich obrębie wyidealizowany świat, w jakim chcieliby żyć. Maskują niepowodzenia, kreują obraz szczęśliwy, wygładzony, bez skaz. Trochę, jak powieściowa Siwa, która woli obraz świata z instagramowych / facebookowych zdjęć. Jak – jako naukowiec zajmujący się mediami – postrzegasz tę kwestię?

Siwa ma problem z mediami społecznościowymi. Korzysta z nich, bo czuje, że powinna, a jednocześnie to ją uwiera, bo sociale nie są jej natywnym językiem, nie ma temperamentu shitposterki. Ludzie od niej młodsi wrzucają do sieci różne, czasem bardzo prywatne rzeczy odruchowo, pozornie od niechcenia i to, co publikują, ma fajny, szczery flow. A jej wychodzi Steve Buscemi z deskorolką i w czapce z daszkiem do tyłu. Siwa to ja, oczywiście.

Media społecznościowe sprawiły, że głównym zasobem w sieciowych środowiskach jest – moja i innych – widoczność. A najważniejszą walutą symboliczną podczas wzajemnych wymian jakiś rodzaj uczciwego opowiadania o sobie, co z kolei zupełnie redefiniuje, co rozumiemy pod pojęciem prywatności. Ale to już opowieść z mojego drugiego, akademickiego życia.

Nie w szczepionkę” jest mocno powieścią o tym, że zwykle nie stajemy się tymi, kim chcielibyśmy, kiedy dorastamy. A ty kim chciałeś zostać? Wyobrażałeś sobie siebie takiego, jakim jesteś? 

Zespół Kylesa ma o tym piękną piosenkę: https://www.youtube.com/watch?v=lHF4d788YTs&list=RDlHF4d788YTs&start_radio=1

Na zakończenie spytam o nową książkę. Pracujesz nad czymś już? Czy odpoczywasz po ostatniej?

Odpoczywam aktywnie. Piszę krótsze rzeczy, prozę i teksty publicystyczne. I morduję się z „Sekiro”, grą wideo, którą, ufam, wkrótce przejdę.

Sprawdź, gdzie kupić:

About Post Author

Mariusz Wojteczek

Rrocznik '82. Kiedyś Krakus z przypadku, teraz Białostoczanin, z wyboru. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4”, „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”, „Żertwa”, „The best of Histeria”, „Zwierzozwierz” i „Wszystkie kręgi piekła”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. Wydał autorskie zbiory opowiadań: „Ballady morderców” (Phantom Books 2018) oraz „Dreszcze” (Wydawnictwo IX 2021) oraz powieść „Ćmy i ludzie” (Wydawnictwo IX 2022). Pracuje nad kilkoma innymi projektami (które być może nigdy nie doczekają się ukończenia). Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie Martynie oraz popkulturze – w takiej właśnie kolejności.
Happy
Happy
0 %
Sad
Sad
0 %
Excited
Excited
0 %
Sleepy
Sleepy
0 %
Angry
Angry
0 %
Surprise
Surprise
0 %

Mariusz Wojteczek

Rrocznik '82. Kiedyś Krakus z przypadku, teraz Białostoczanin, z wyboru. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4”, „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”, „Żertwa”, „The best of Histeria”, „Zwierzozwierz” i „Wszystkie kręgi piekła”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. Wydał autorskie zbiory opowiadań: „Ballady morderców” (Phantom Books 2018) oraz „Dreszcze” (Wydawnictwo IX 2021) oraz powieść „Ćmy i ludzie” (Wydawnictwo IX 2022). Pracuje nad kilkoma innymi projektami (które być może nigdy nie doczekają się ukończenia). Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie Martynie oraz popkulturze – w takiej właśnie kolejności.

Zobacz także

Jarosław Dobrowolski – jestem typem z blokowiska, który pragnie udowodnić coś światu [wywiad]

  Z Jarosławem Dobrowolskim, autorem takich powieści, cykl “Krwiopijca”, “Dziwny Zachód”, “Mecha Fiction” czy “Zły …

Average Rating

5 Star
0%
4 Star
0%
3 Star
0%
2 Star
0%
1 Star
0%

Zostaw odpowiedź