Gorący temat

Pięć grzechów głównych polskiego horroru

4 1
Read Time:18 Minute, 34 Second

Kto pisze grozę w Polsce, ten się w cyrku nie śmieje.

Parafraza znanego powiedzenia jak ulał pasuje do sytuacji na wydawniczym poletku polskiego horroru, który nie tylko dotarł do ściany, ale zaczął przypominać smutną karykaturę jakkolwiek ujętego „środowiska literackiego”

Polska groza dotarła do ściany.

Cierpi na grzech nadprodukcji, grzech przeniesienia ciężaru odpowiedzialności na czytelnika, który staje się decydentem w zakresie tego, co twórca ma tworzyć. Cierpi na manię własnego niedocenienia, które nie jest wynikiem tajemnych spisków, jakiejś kamuflowanej mniej lub bardziej niechęci większości rynku, ale właśnie z powyższych grzechów, które rzucają się cieniem na całość horrorowej twórczości, z pominięciem jej jakości. Cierpi przez łatkę literatury miałkiej i niskowartościowej, która to znów łatka nie jest ani przypadkowa, ani nietrafiona zupełnie – pomijając chlubne wyjątki, które traktowane są zresztą po macoszemu często właśnie w środowisku grozy.

Jestem polskim horrorem zmęczony. Nie tylko samym środowiskiem, które dramami obdzieliłoby niejedną operę mydlaną czy dowolną z bollywoodzkich produkcji, ale i samą literaturą, która z roku na rok, miast rozwijać się i eksplorować co ciekawsze obszary, zaczyna boleśnie pożerać własny ogon. Ci, którzy warsztatowo okazują się w horrorze najbardziej wprawni, albo od niego uciekają w inne literackie obszary (Gunia, Bednarska, Kain, Zychla, Musiałowicz) lub zarzucają pisanie zupełnie, miejmy nadzieję, że nie ostatecznie (Wybraniec, Zdanowicz, Bielawski, Gacek, Mateja, Kałużyńska). I co nam na rynku pozostaje? Owszem, jest kilka nazwisk ciekawych, z pewnością wartych uwagi. Jest kilkoro co najmniej dobrych literackich wyrobników, piszących wprawnie pulpowe opowieści, które czyta się w obrębie gatunku z przyjemnością. Ale co poza tym? Gdzie – w tym zalewie nomen omen „młodej krwi” naprawdę warte uwagi talenty?

Jeśli już się ktoś pojawi (jak rewelacyjna Gnatek-Niemczyk ze swoim „Propolis”), to przechodzi bez większego echa. A to co na rynku zostaje, to niestety najwytrwalsi, najbardziej zapalczywi, zdeterminowani… niekoniecznie jednak potrafiący pisać na tyle, by warto było ich publikować. I czytać. A wiem o tym, bo czasem się mierzę z ową twórczością, czasem próbuję szukać, sprawdzać, a nuż znajdę jaki złoty samorodek…

Jaki więc z tego wniosek? Polska groza sama sobie ukręca sznur, na którym, prędzej czy później zawiśnie, bowiem z intensywnością i samozaparciem powiela błędy, które ją na szafot prowadzą. I nie zamierza robić nic, by się ich ustrzec. Może poza ostracyzmem wobec tych, którzy o problemach odważą się mówić głośniej i pod własnym nazwiskiem. Ale przemilczanie nigdy nie rozwiązało żadnego problemu, więc czasem trzeba wygarnąć, nawet jeśli nie jest to dla nikogo przyjemne. Zacznijmy więc.

Pięć grzechów głównych polskiej grozy.

Grzech pierwszy. Nadprodukcja.

W naszym kraju horror pisze prawie taka liczba osób, jaka go czyta. Oczywiście nie wliczamy to czytających Stephena Kinga i H.P. Lovecrafta, bo ich liczba jest akurat dużo większa. Jednak znakomita część z nich nic z konwencji horroru – poza wspomnianymi – nie czyta. Bo wiadomo, tylko King. Albo tylko Lovecraft, jeśli ciążysz ku bardziej gotyckiej, klasycznej manierze, zamiast sięgać po twór amerykańskiego konsumpcjonizmu. I to są w dużej mierze miłośnicy, nazwijmy ich „niedzielni”. Fani nie tyle gatunku, co jednego ze wspomnianych autorów, którzy poza ich publikacje nawet nosa nie wyściubią.

Więc w Polsce niewielu więcej odbiorców rodzimej grozy ją czyta, jak pisze. Albo inaczej – ci, co ją czytają, szybko zaczynają sądzić, że też tak potrafią… i zaczynają ja pisać. Cóż, samo przekonanie nie jest może i tak dalekie od prawdy – zważywszy na poziom publikowanych w nadmiarze tekstów polskiego horroru – ale również nie jest zjawiskiem ani chwalebnym, ani nawet korzystnym w jakimkolwiek obszarze. Bowiem na polskim rynku pisanie równoważy się praktycznie od razu (przynajmniej współcześnie) z publikowaniem. I tu leży pies pogrzebany.

Jeśli bowiem samo pisanie, te pierwsze, literackie próby, to mierzenie się z chęcią, to szukanie w sobie iskry talentu, nad którą można by w pocie czoła pracować, jako takie jest nie tylko nieszkodliwe, ale i chwalebne – bo daje szansę na odkrycie jednostek utalentowanych pisarsko, na rynkowy rozwój ww konwencji – tak ta druga kwestia, opierająca się na możliwościach prawie natychmiastowej publikacji tych „młodych, jeszcze nieodkrytych” powoduje, że przestrzeń do nauki, do pracy nad warsztatem, do literackiego rozwoju kurczy się niemiłosiernie. I zalewają rynek literackie półprodukty, teksty mierne i mizerne. Teksty jeszcze zwyczajnie niepełne, niegotowe, niedopracowane. Takie, które są co najwyżej wprawką dla początkujących. W dobie relatywnie taniego druku cyfrowego, umożliwiającego nisko kosztowe, niewielkie nakłady, rynek zalały różnego rodzaju antologie, opierające się albo na niepłaceniu autorom wynagrodzenia i ich udziale z gratyfikacją w zupełnie niewymiernej postaci „budowania wizerunku”, albo płacącym symboliczne kwoty z jednym zerem na końcu, które pozwalają wydawcom zaistnieć, zgromadzić pokaźne grono chętnych do udziału i na samym wydaniu zarobić, zwłaszcza w obliczu relatywnie niskiego kosztu oraz możliwości swobodnego, szybkiego i taniego dodruku, jeśli dany tytuł się sprzeda. A zwykle te kilkaset egzemplarzy rozejdzie się pośród rodziny i znajomych tych – nastu, czy – dziesięciu autorów w każdym tytule. I przyznaję – bo wiem, że taki zarzut zaraz się pojawi – że ja sam brałem udział w takich projektach. Ba, zdarza mi się, choć coraz rzadziej, do nich przystępować, do takich non-profitowych antologii. Ale raczej z zaproszenia, niż z otwartego naboru, bo w pierwszej opcji mam większą świadomość tego, z kim na łamach będę publikował, a tym samym z grubsza ocenić poziom publikacji. A co do meritum – mojego udziału w projektach niekomercyjnych na początku pisarskiej ścieżki – to nie myli się ten, kto nic nie robi. Ale głupcem pozostaje ten, kto się nie uczy na błędach, tylko powiela je w nieskończoność, licząc na odmienny rezultat.

Problem tkwi tutaj jednak raczej w tym, że we wspomnianych antologiach poziom jest boleśnie zróżnicowany. I owszem, chyba nie zdarza się na dowolnym rynku, w dowolnej konwencji antologia z samymi literackimi „sztosami”, ale umówmy się, szanujący siebie i czytelnika wydawca, mający pojęcie o redakcji, dobierze publikowane opowiadania nie tylko wg konkretnego, przyjętego klucza, ale też o określonym poziomie warsztatowym. Nie sięgnie po jak najwięcej nazwisk – bo to zawsze większa szansa, że kupią krewni i znajomi – ale skupi się na poziomie merytorycznym całego przedsięwzięcia. Przykład? Seria antologii „Tarnowskie Góry”, czy kolejne edycje antologii „Sny Umarłych”.

Więc to nie tak, że nie da się wydać antologii na wysokim poziomie. Kwestia tylko, czy idziemy na ilość, czy na jakość. Niestety gros wydawców polskiego horroru zdaje się o tym usilnie zapominać.

Oczywiście, moje słowa to wetknięcie kija w mrowisko. To słowa niedopuszczalne, za które winienem się wstydzić, kiedy tylko je pomyślałem, nie mówiąc już o napisaniu ich, czy – niech mnie Cthulhu ma w opiece – opublikowaniu. Bo – tu dochodzimy do kolejnego z grzechów głównych polskiego horroru. Zasadzie: o polskiej grozie mów albo dobrze, albo wcale.

Grzech drugi: zasada „mów albo dobrze, albo wcale”

O polskim horrorze nie wypada mówić krytycznie. Bo krytyka, choćby i merytoryczna, jest zawsze niepożądana. To kopanie leżącego, to podcinanie skrzydeł, to próba zduszenia w zarodku, podkopania startujących, w pocie czoła tworzonych (zwykle na zasadach non-profit) inicjatyw. To niszczenie rynku grozy (o ile w ogóle coś takiego istnieje). A ostatecznie, to małostkowość, zawiść, zazdrość o niewątpliwe nadciągające wielkimi krokami sukcesy, które już by były tuż, tuż… gdyby nie ta nieszczęsna krytyka!

Na polskiej grozie znają się wszyscy, którzy ją czytają. Każdy jest znawcą. Każdy jest ekspertem. O ile się zachwyca, o ile to trafia w jego gusta, o ile jest wybitne. A wybitne w polskiej grozie jest wszystko, co akurat a) trafia w gusta opiniującego, b) jest zaprzyjaźnionego autora, c) jest zaprzyjaźnionego wydawcy, d) jest stylizowane na manierę Kinga i Lovecrafta (o tym będzie jeszcze później).

Zasadą polskiej grozy jest milczenie na temat złej jakości tekstów. Bo jak nie masz za co pochwalić, to lepiej milcz. Jeszcze komuś zrobi się przykro, jeszcze ktoś z zewnątrz przeczyta i dowie się, jaki jest poziom znacznej części polskiej grozy, jeszcze jakaś antologia nie sprzeda się tak, jak powinna. Tych powodów jest dużo. Każdy głupszy od drugiego.

Ale też jest to wina samego środowiska, w którym autorzy są tak skrajnie spragnieni publikowania, że zrobią dla owego publikowania przysłowiowe „wszystko”. Albo przynajmniej – bardzo wiele. A patologie wewnątrz rynkowe przemilczą, bo jeszcze ktoś doniesie wydawcy, że się o nim źle mówiło. A wydawców grozy wielu nie ma, trzeba ich szanować, jacy by nie byli. Autorów też nie ma co krytykować, bo jeszcze nas zbojkotują, a przecież sami piszemy, więc nie ma co się narażać.

Jeśli któremuś zdolniejszemu twórcy uda się zmienić wydawcę, uciec od takiego nieuczciwego, to i tak będzie milczał, bo po co się narażać,? Już się ma to za sobą, po co komu kłopoty? Zwłaszcza, że polscy niszowi wydawcy, wszyscy, jak jeden mąż, posiadają olbrzymie i prężnie działające zaplecza prawnicze, wiecznie czujne, w gotowości do pisania pozwów, np. za mówienie prawdy o tym, że wydawca nie rozlicza się za sprzedane egzemplarze. Albo za inną prawdę, która jest przecież niczym innym, jak szarganiem wizerunku, za który sąd, więzienie albo i banicja do grona autorów tanich romansów spod znaku Harlequina. Niepoważne? A gdzie tam! Dzień jak co dzień w polskiej grozie.

Ważne, że o(b)mawiany nawet się o fakcie nie dowie, albo usłyszy w zaufaniu, długo po czasie. Bo tak się najczęściej o polskiej grozie i osobach ją piszących rozmawia. W kuluarach, za plecami, kiedy nie ma ryzyka, że ktoś niechciany (zainteresowany) usłyszy lub przeczyta. Parafrazując, dawna zasada konstytucyjna: nic o nas, bez nas tu nie działa. Ale świetnie radzi sobie jej bolesne zaprzeczenie.

Bo w polskiej grozie wszyscy wiedzą, jak to od środka wygląda, ale wszyscy robią dobrą minę do złej gry. Bo nigdy się nie wie, kto po czyjej jest stronie, kto z kim jest aktualnie (oficjalnie bądź nie) skłócony, kto na kogo obrażony, kto kogo skrzywdził, a kto się poczuł skrzywdzony. Przejrzystsze relacje mają zwykle brazylijskie telenowele, niż polski grozonet. A co jest w znaczącej mierze wynikiem kolejnego z grzechów polskiej grozy. Ego jego twórców.

 

Grzech trzeci: ego twórców.

Polscy twórcy są znakomici. Wszyscy. Jeden lepszy od drugiego.

Ogólnie, ja nie bardzo wiem, nie bardzo rozumiem, czemu polska groza nie podbija światowych rynków, skoro praktycznie każdy parający się ową konwencją w Polsce jest autorem bestsellerowym, przynajmniej potencjalnie. A z pewnością w odczuciu samego autora.

Ego polskiej grozy jest nadmiernie nadęte, wybujałe, okopane w poczuciu własnej doskonałości. I nic nie da się z tym zrobić, bo i nie ma komu. Autorzy nie mają w tym żywotnego interesu, wydawcy tym bardziej, nawet ci solidni, na tak zintegrowanym rynku nie chcą publicznie komentować niczego, wolą robić swoje i nie brać udziału w plemiennych wojenkach, zwłaszcza w sytuacji, kiedy z pracy wydawniczej muszą wyżyć. Środowiska krytyczno – literackiego nie mamy praktycznie wcale, o czym będzie później. A każdy z autorów (prawie) natychmiast zdobywa taką czy inną szansę na publikowanie, więc przekonuje błyskawicznie sam siebie o wrodzonym talencie, którego nawet szlifować nie trzeba, bo jest on w pełni samorodny i ukształtowany już na starcie.

Polskiego twórcy grozy krytykować nie wolno. Bo jest się hejterem. Bo jest się człowiekiem zawistnym, zazdrosnym, nie ma się kompetencji do oceny, nie ma się prawa do analizy twórczej, nie ma się podstaw do negowania zamysłu autorskiego. A w ogóle, to nie zrozumiało się zupełnie, co autor miał na myśli. Bo miało być właśnie tak, jak napisał. Nawet, jak to jest nieskładne, nijakie, bez polotu i z błędami. Jakby coś, to zawsze można zasłonić się jakimś zgrabnym hasłem – wytrychem. Ot, postmodernizm. Tyle, że taki dość kulawy, ograbiony z intertekstualnej warstwy.

Publikowanie w Polsce stało się łatwe. Zbyt łatwe. Wspomniana wcześniej nadprodukcja, te wszystkie serwowane hurtowo antologie, bez realnej selekcji redaktorskiej nadsyłanych tekstów (patrz grzech pierwszy) niestety wbijają kolejnych twórców w przekonanie, że skoro są oni publikowani, to tekst jest na należytym poziomie. Co często grubo mija się z prawdą. Ale nikt o tym nie mówi głośno, bo – patrz grzech drugi.

Aby uargumentować przykładem, przywołam własny tekst, opublikowany w tegorocznej, styczniowej Nowej Fantastyce. Zajęło mi to – bagatela – piętnaście lat. Piętnaście lat pisania, szlifowania warsztatu, poprawiania, znów pisania. I czytania. Czytania, jeszcze raz czytania. Całej masy lektur, olbrzymiego spektrum konwencji i tematów, nie tylko z grozy, czy szeroko rozumianej fantastyki, ale też beletrystyki, co miało podstawowe zadanie, poza dostarczaniem czystej przyjemności z samego aktu czytelniczego – nauczyć mnie, jak piszą inni. Ci doświadczeni, którzy robią to dobrze. Na bardzo różnym poziomie.

Współczesny autor grozy nie napisał jeszcze za wiele, w ramach wspomnianego szlifowania warsztatu. I to nawet niekoniecznie jego wina, zwyczajnie nie bardzo miał kiedy. Jego pierwszy / drugi / trzeci wysłany tekst zakwalifikował się. Do (darmowej) antologii, do pierwszego numeru nowego internetowego zine’a. Jego zbiór wczesnych opowiadań znalazł wydawcę, który chętnie wypuści go na książkowy rynek, otwierając szeroko drzwi do sukcesu, który jest tuż tuż, ale nie widać go, bo akurat zasłaniają go plecy tych, którzy przez te same drzwi weszli przed chwilą. Zwyczajnie, polski autor grozy nie ma kiedy się uczyć pisania, skoro kariera już puka do drzwi, już pojawiają się pierwsze publikacje. Wszystko idzie jak z płatka, recenzje są pełne zachwytów (kojarzycie grzech drugi?), więc w sumie po co się uczyć? Po co ćwiczyć warsztat, pracować nad sobą, nad (może i posiadanym) talentem, skoro można iść na skróty? Skoro zna się już całą bibliografię Stephena Kinga, po co czytać jeszcze innych twórców? Większość zapewne już nie żyje. A spoza gatunku? A po co? Przecież jak chce się pisać horror, to trzeba znać tylko najlepszych. Czyli King i Lovecraft, nikogo więcej nie ma. To wystarczy. W odczuciu znakomitej większości polskich twórców grozy nie istnieje nikt więcej. A z pewnością – nikt więcej wart uwagi. Przecież po przeczytaniu -nastu książek Króla już się wie, już się potrafi pisać, jak on. A może nawet lepiej.

Takie przeświadczenie dominuje. Na swojej wieloletniej ścieżce recenzencko – pisarskiej poznałem liczne grono polskich twórców grozy. Tych początkujących, tych z doświadczeniem, większym bądź mniejszym. Z kolejnym licznym gronem zetknąłem się w przelocie, bo w tak małym światku trudno się przynajmniej w sieci nie spotkać, nie wymienić uprzejmości, nie zamienić paru zdań. I wniosek, jaki się nasuwa mówi jasno – w znakomitej większości polscy autorzy grozy przekonani są o swoich wybitnych literackich umiejętnościach, są absolutnie pewni siebie. I co samo w sobie może nie byłoby z gruntu złe, bo poczucie własnej wartości jest czymś całkiem ok, ale jeśli towarzyszy temu odrobina mniej pychy, zastąpiona przez choćby elementarny samokrytycyzm. I krztę pokory.

A prawda jest taka (jak napisałem we wstępie, ale tu powtórzę, bo to ważne), że na polskim poletku grozy mamy dwa, może trzy nazwiska wybitne. Kilka bardzo dobrych (z czego część już pisanie porzuciła, albo publikuje od wielkiego dzwonu – co akurat skutkuje wysoką jakością). I – co stwierdzam ze szczerym smutkiem – całą masę przeciętności, która swoją twórczość opiera na schematach, powtarzalności i kliszach, których nawet nie umie we właściwy sposób ograć. O grafomanii, jaka nie powinna być nawet publikowana, nawet nie wspomnę. Nawet niewymienieni z nazwiska mogą poczuć się na tyle dotknięci poprzez moje niewskazanie, że zacznę otrzymywać liczne pozwy sądowe. Bo z podważaniem mojej poczytalności w kuluarach już dawno się pogodziłem. I tak dowiaduję się o tym długo po fakcie ( kojarzycie grzech drugi?).

Groza w Polsce przestała być nośnikiem czegokolwiek, motywy klasycznego horroru są n-ty raz powielane, bez jakiejkolwiek refleksji, jaki przekaz miały nieść pierwotnie. Stały się festynowym przedstawieniem, karykaturą samych siebie. Smutne, ale prawdziwe. Ale wynika to z ograniczonej wiedzy literaturoznawczej, skromnego oczytania i – niestety braku świadomości, że chcieć, nie zawsze znaczy potrafić. Jednak autorów obecnych na rynku kreuje tenże rynek wyborami (portfelami) swoich czytelników.

I tu dochodzimy do grzechu czwartego, chyba największego – czytelników polskiej grozy.

Grzech czwarty: czytelnicy polskiego horroru

Polski czytelnik z definicji czytać lubi. W tych chwilach, kiedy akurat sam nie pisze. A jeśli już czyta, to doskonale wie, czego oczekuje. Co chciałby przeczytać. I niech ręka (nie)boska broni tego, kto w czytelnicze gusta nie trafi. Bowiem czytelnik polskiego horroru zna się na nim, jak mało kto i doskonale wie, jak powinien zostać napisany dobry horror ( w końcu, jest duża szansa, że sam je pisze).

Doszliśmy do sytuacji kuriozalnej, kiedy czytelnik grozy ma tak precyzyjne oczekiwania co do tekstu, jaki autor winien napisać, że dyskwalifikuje wszystko, co się w odgórnie przyjętym założeniu nie mieści, co od niego odbiega, co nie wpasowuje się w oczekiwany i lubiany przez odbiorcę trend.

Czytelnik grozy w Polsce ma określone oczekiwania, głównie skupione na otrzymaniu rozrywkowego produktu, który zaspokoi jego potrzeby, nakarmi pragnienie dobrej zabawy i przede wszystkim nie będzie zmuszał do wysiłku. Polski horror nie może wzbudzać dyskomfortu poznawczego, nie może zadawać trudnych pytań, nie może podejmować w sposób nazbyt złożony tematów tabu. Nie ma stymulować rozważań, nie ma być wielowarstwowy, intertekstualny, wieloznaczeniowy. Ma być prosty, lekki, dobrze przyswajalny. I ma trafiać w określony czytelniczy gust. A jeśli nie trafia? To wina autora. Bo autor nie umie się dopasować, nie potrafi pisać tak, jak tego rynek oczekuje, bo autor stara się wykraczać poza schemat, poza ogólnie przyjęte, sztampowe normy.

Polska groza rzadko ma warstwy. Przynajmniej ta szeroko sprzedawalna. Jest płytka, oparta na kliszach. Ale nawet tych klisz ograć właściwie nie potrafi. Dawniej horror niósł ze sobą podtekst, niósł przesłanie. Potwory symbolizowały coś, kryły głębsze znaczenie. Horror komentował otaczający świat, wystawiał surową ocenę społecznym trendom i zjawiskom, kontestował otoczenie, choć ukrywał się za fasadą (często nadnaturalnej, ale niekoniecznie) makabry. Współczesny polski horror także stara się to czasami robić, ale wtedy pozostaje bez większego odzewu. A jeśli już pojawia się odzew, to jest on umiarkowany, często oceniający powierzchownie, zarzucający twórczości autora zbytnią stagnację, zbyt dużą złożoność, zawiłość. Tekst który należałoby głębiej zinterpretować okazuje się zbyt trudnym, wymagającym wysiłku, nużącym.

Polski czytelnik stał się konsumentem narzucającym odgórnie oczekiwania dotyczące produktu. Jeśli ów literacki produkt oczekiwań nie spełnia, winien jest oczywiście twórca, bo napisał coś niezgodnego z powszechnym gustem, trendem. Przykładem jest choćby anulowanie całkiem ambitnej serii horrorów przez Wydawnictwo MAG. Powód oczywisty – nie sprzedaje się.

Bardziej opłacalne jest kolejne wznowienie powieści Stephena Kinga. Które i tak zalega w trzech poprzednich wydaniach na księgarskich półkach. Ale nie ma jeszcze takiego z barwionymi brzegami, w kilku kolorach, z ilustracjami, bez ilustracji itd.

Jeśli przykładów pragniecie więcej, zajrzyjcie na opinie dotyczące prozy najwybitniejszego obecnie twórcy grozy w Polsce – Wojciecha Guni – na (nie)sławnym portalu Lubimy czytać, który oddaje ogólna kondycję gustu polskiego masowego odbiorcy.

Na tym samym portalu wznowienie moich „Ballad morderców” otrzymało (niezgorszą co prawda) opinię w okolicach 5, bo czytelnik oczekiwał „nieco więcej humoru”. I nie wskazał żadnych konkretnych wad treści (językowych, merytorycznych), poza tym, że było zbyt smutno, zbyt ponuro i melancholijnie. A jakby było więcej śmieszków, to byłoby lepiej.

Takich przykładów, zasłyszanych, przeczytanych, można by wymieniać więcej, ale one wszystkie w jednoznaczny sposób odwracają rolę, stawiając czytelnika w pozycji nadrzędnej względem twórcy, z prawem do formułowania oczekiwań względem dzieła, nie zaś siebie samego, własnego rozwoju, własnego mierzenia się z tekstem wymagającym określonego, bardziej rozwiniętego aparatu poznawczego. Polski czytelnik wymaga od twórcy tego, co zna, co lubi, do czego już się przekonał. Nie ma ochoty eksplorować nieznanego, mierzyć się z własnym ograniczeniem, rozwijać się, poszukiwać, kształtować wspomniany aparat poznawszy w coraz to nowych aspektach. Ma otrzymać na wpół już przetrawiona wcześniej papkę, opartą na wspominanych już, oswojonych kliszach, gdzie nie ma miejsca na przekraczanie granic poznania, na eksplorowanie nowych ścieżek.

Polski czytelnik chce więcej Kinga i Mastertona. Rynek wytrzyma! A że nie pozostanie ani krzty miejsca na ambitniejsza literaturę? A na co to komu potrzebne?

Ale to też nie jest tak, że wszystko jest winą czytelnika. Trochę obarczyć odpowiedzialnością za taki a nie inny stan rzeczy należy inne składowe środowiska, od autorów począwszy (patrz, grzechy pierwszy i trzeci), wydawców (grzech pierwszy), ale też brak należytego kształtowania czytelnika przez całą sferę opiniotwórczą (patrz grzech drugi).

Grzech piąty: brak szerokiego środowiska opiniotwórczego

Jedno wynika z drugiego, czytelnik polskiej grozy łaknie miałkości, bo mu te miałkość w dużej mierze rynek przez lata serwował, zachwalał, wynosił pod niebiosa, jednocześnie nie budując konkretnej podwaliny opiniotwórczej. Przyznaję, biję się w pierś, sam, zaczynając recenzować, czasem zbył łaskawym okiem patrzyłem na debiutantów. Spragniony grozy, z radością witałem każdą nową publikację z gatunku. Tak, jestem współwinny psucia rynku grozy w Polsce, przynajmniej w pewnym stopniu. Ale kto jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamieniem.

Prawda jest taka, że polska groza cierpi na znaczący deficyt środowiska opiniotwórczego z prawdziwego zdarzenia. Ok, jest kultowy już Carpe Noctem (obecnie przemianowany i działający pod szyldem Halo? Tu Otchłań), jest publikujący sporadycznie, ale jeśli już, to z przytupem Krzysztof Grudnik („Co gryzie grozę?”), są pojedyncze, mniej lub bardziej aktywne portale grozowe (w tym niniejszy BadLoopus, choć operujący szerzej w dziedzinie popkultury, nie tylko w grozie), jest kilka przyzwoitych fanowskich fanpage’y… ale brak realnego, konkretnego, merytorycznego środowiska opiniotwórczego. Owszem, ekipie ze wspomnianego „Halo? Tu Otchłań” trudno odmówić wiedzy i merytorycznego przygotowania, trudno polemizować z fachowością Krzyśka Grudnika. Jednak to głosy docierające do wąskiego grona zainteresowanych, które nie przekonają ogółu, nie mają znaczenia dla czytelniczej masy. Sad, but true. Nawet dla wydawców cenniejsi są instagramowi i tiktokowi klakierzy, którzy zrobią pozowana sweetfocię z książką i napiszą / powiedzą, że super się czytało, w ogóle to było straaasznie i nie mogli w nocy spać. A książka jest znakomita, bo czytało się szybko i w ogóle fajnie. Bez odniesień do inspiracji autora, bez osadzenia powieści w kontekście literackim i historycznym gatunku. Ale za to z odpowiednią liczbą lajków i komentarzy.

O horrorze w Polsce szerzej się nie dyskutuje, raczej przez krótki okres po premierze sieć zalewa znaczna ilość pochwał, poklasku i ogólnego zachwytu. A potem cisza, bo już jest coś nowego, nad czym trzeba wyrazić “ochy” i “achy”, zanim minie termin ważności. “Fast literature”, by sparafrazować popularne określenie “fast fashion”. Masowość, szybkie zużycie i ciągłe łaknienie nowości.

Słowem – zmarnieliśmy, jako środowisko. I zbieramy tego owoce. Polski horror stał się półproduktem, jak frytki z Maca. Niby smakują, ale obrastamy w tłuszcz i nie ma tu zaskoczeń, smak przepalonego tłuszczu za n-tym razem inny nie będzie.

Powyższy tekst powstał z frustracji. I trochę z żalu. Ale i z miłości do horroru, jako gatunku, który coraz bardziej marnieje, coraz wyraźniej rozmienia się na drobne i traci całą swoją wartość. I traci znakomitych autorów, którzy albo zaczynają pisać coś innego, albo rezygnują z pisania zupełnie. Z wielką stratą dla literatury – jak wspomniałem na początku.

Tekst ten jest syntezą wieloletniej obserwacji i wypadkową rozważań, czy jeszcze w ogóle warto pisać w Polsce horror. Mimo, że to jedna z moich ulubionych konwencji, postrzegam pisanie w niej jako iście donkichotowską walkę z wiatrakami. Zużywającą czas i energię, bez wymiernego efektu.

Czy to deklaracja, że porzucam horror? Bynajmniej. Zawsze piszę to, co czuję, to, na co mam ochotę, co się we mnie rodzi. I choć ostatnio ciążę bardziej ku fantastyce, to nadal horror pozostaje w kręgu moich zainteresowań. Pisałem może ciut zbyt zgryźliwie, może z nadmierną (miejscami) ironią. Ale celowałem w zobrazowanie kluczowych problemów, jakie dostrzegam na rynku grozy w Polsce. Ktoś wreszcie pewne rzeczy musiał powiedzieć głośno. A czy to coś zmieni? Czas pokaże.

About Post Author

Mariusz Wojteczek

Rrocznik '82. Kiedyś Krakus z przypadku, teraz Białostoczanin, z wyboru. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4”, „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”, „Żertwa”, „The best of Histeria”, „Zwierzozwierz” i „Wszystkie kręgi piekła”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. Wydał autorskie zbiory opowiadań: „Ballady morderców” (Phantom Books 2018) oraz „Dreszcze” (Wydawnictwo IX 2021) oraz powieść „Ćmy i ludzie” (Wydawnictwo IX 2022). Pracuje nad kilkoma innymi projektami (które być może nigdy nie doczekają się ukończenia). Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie Martynie oraz popkulturze – w takiej właśnie kolejności.
Happy
Happy
0 %
Sad
Sad
0 %
Excited
Excited
0 %
Sleepy
Sleepy
0 %
Angry
Angry
0 %
Surprise
Surprise
0 %

Mariusz Wojteczek

Rrocznik '82. Kiedyś Krakus z przypadku, teraz Białostoczanin, z wyboru. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4”, „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”, „Żertwa”, „The best of Histeria”, „Zwierzozwierz” i „Wszystkie kręgi piekła”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. Wydał autorskie zbiory opowiadań: „Ballady morderców” (Phantom Books 2018) oraz „Dreszcze” (Wydawnictwo IX 2021) oraz powieść „Ćmy i ludzie” (Wydawnictwo IX 2022). Pracuje nad kilkoma innymi projektami (które być może nigdy nie doczekają się ukończenia). Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie Martynie oraz popkulturze – w takiej właśnie kolejności.

Zobacz także

Po co nam takie starocie, jak Poe? [felieton]

Do napisania niniejszego tekstu nakłoniła mnie niedawna dyskusja na profilu Wydawnictwa IX na portalu Facebook, …

Average Rating

5 Star
0%
4 Star
0%
3 Star
0%
2 Star
0%
1 Star
0%

Zostaw odpowiedź