Gorący temat

Kabuki, tom 1- komiksowe bogactwo wizualnych znaczeń [recenzja]

Nie ma co ukrywać, mimo prostej w założeniach historii, “Kabuki” to komiks wymagający i to w różnych aspektach. Dlatego zadziwia fakt, że to co znajdziemy w pierwszym tomie tej kultowej opowieści, było dziełem bardzo młodego autora. 

David Mack, bo on był tym młodym, dwudziestojednoletnim autorem to dziś jeden z najbardziej charakterystycznych artystów komiksowych, rozchwytywany przez fanów na konwentach, pielęgnujący swój rozpoznawalny, graficzny styl i sygnujący swoje prace intrygujacym ideogramem. W Polsce znamy go choćby z okładek do serii “Jessica Jones” ze scenariuszem Briana Michaela Bendisa, czy wyjątkowych plansz do historii o Echo w zerowym tomie Daredevila z Egmontu. Jego prace, także te w drugiej połowie niniejszego tomu, to przede wszystkim wielobarwne kolaże, które mogą kojarzyć się z ilustracjami Dave’a Mckeana do dzieł Neila Gaimana. Zresztą Mack bardzo chętnie rysuje postacie z “Sandmana”, bo to z pewnością historia pokrewna jego “Kabuki”. I równie złożona, co opus magnum Gaimana. 

Większą połowę albumu wydanego przez Scream Comics stanowią czarno-białe ilustracje do pierwszej historii o Kabuki (w jej ostatnich odsłonach pojawia się podtytuł “Krąg krwi”), na których łatwo zauważyć, że Mack dopiero kształtował swój graficzny styl. To zatem również zapis artystycznej ewolucji, która już na tak wczesnym etapie, mimo widocznych niedociągnięć fascynowała graficznymi konceptami. Bo głównie w ten sposób, jakże odmienny od standardowych (także narracyjnie) komiksowych historii rozwija się fabuła “Kabuki”. To opowieść obrazem, opowieść w której widzimy testowanie estetycznych granic fabuły rozwijanej przede wszystkim za pomocą formalnych rozwiązań graficznych. Tutaj możemy praktycznie zatrzymać się na każdej stronie i analizować artystyczne wybory Macka, który bez pardonu pcha się do czytelniczej podświadomości.

 Przewaga obrazu nad słowem pisanym jest tu ogromna, bo na dodatek w tekście wyraźnie czujemy dopiero rodzącego się, często egzaltowanego artystę, którego metaforyczna narracja w wielu momentach ociera się o młodzieńczą grafomanię. Choć i ten element możemy uznać za rodzaj podanej z premedytacją manifestacji niedojrzałości w dopiero rodzącej się historii, którą Mack w dalszych częściach “Kabuki” zacznie rozwijać i kierować w nietypowe rejony komiksowej estetyki. A i tak przy bogactwie pomysłów graficznych, które układają całą historię po swojemu, na te wszystkie natchnione zdania ze słownej narracji “Kabuki” patrzymy trochę łaskawszym okiem, ze zrozumieniem i podziwem dla ambicji młodego artysty, dla którego tworzenie komiksu było wówczas także formą autoterapii po śmierci matki. 

No właśnie, ambicje. O czym mógł myśleć David Mack tworząc “Kabuki”? To pytanie zadaje wielokrotnie w posłowiu inny komiksowy mistrz, Jim Steranko, próbując rozszyfrować i posegregować całą gamę znaczeń, którymi wypełniona jest ta opowieść. Podczas lektury czuć tutaj echa komiksowej artystycznej fali z lat osiemdziesiątych spod znaku Vertigo, kiedy to scenarzyści nie raz pozwalali sobie na narracyjną egzaltację. Niektóre elementy konstrukcyjne przywołują reminiscencje z “V for Vendetta” Alana Moore’a i Davida Lloyda, a także z “Powrotu Mrocznego Rycerza” i “Ronina” Franka Millera. Wymienione dzieła wypełnione są narracyjno-formalnymi eksperymentami, próbą znalezienia odpowiedniego języka (tak w sensie graficznym, jak i słownym), który będzie służył wzmocnieniu przekazu i swoistej polifonii znaczeń, które można wyczytać z fabuły. Z dzieła Moore’a pamiętamy choćby muzyczne elementy wplecione w komiks, z “Powrotu Mrocznego Rycerza” powracające regularnie na plansze telewizyjne odbiorniki, z których sączy się ciągły przekaz, wreszcie z “Ronina”, pokrewnego dzięki sięgnięciu po wschodnioazjatycką tematykę pożenioną z cyberpunkiem, specyficzną narrację, z dzisiejszej perspektywy przeładowaną metaforyką i egzaltacją. Ale w żadnym z tych dzieł grafika nie miała aż tak olbrzymiego wpływu na kształt historii w jej każdym aspekcie. Powinniśmy mieć możliwość, aby jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki sprawić, aby te wszystkie ramki wypełnione zdaniami zniknęły i dopiero wtedy można by w pełni odczuć szaleństwo podświadomości wylewające się z wyobraźni Macka. O tak, pod względem siły obrazu to komiks jedyny w swoim rodzaju. czasem nawet ma się wrażenie, że słowo pisane, cały scenariusz powstawał do gotowych już plansz, a nie odwrotnie.

No dobrze, ale o czym właściwie opowiada “Kabuki”, komiks z tytułem odnoszącym się do specyficznej formy teatru japońskiego,a będący imieniem, czy raczej kryptonimem głównej bohaterki? To historia dziewczynki, po śmierci jej matki wychowanej przez japońskiego generała, która szkolona we wszystkich możliwych sztukach walki staje się z czasem jedną z ośmiu agentek Nō (Nō to również nazwa kolejnej formy japońskiego teatru), czyli drastycznych sił reagowania które mają za zadanie zachować w Japonii równowagę polityczną. Agentki wykorzystywane są również jako swoisty propagandowo-społeczny przekaz w cybernetycznej sieci i same są wyposażone w najnowsze technologiczne zdobycze – porównanie do Terminatora granego przez Schwarzeneggera powinno unaocznić ich możliwości. “Kabuki” to także rodzinna opowieść o zemście i gdy na scenę wchodzi Kai, syn generała, który już w młodych latach miał destrukcyjny wpływ na Kabuki, ta historia opływa w taniec przemocy – z tymże estetycznie i (etycznie) nietypowy, jak na nietypową opowieść przystało.

Mamy zatem na wierzchu prostą, pełną zaszłości fabułę (także zaszłości etnicznych, bo Kabuki i jej matka to pogardzani przez Japończyków Ajnowie), która przez większość czasu jest pretekstem do pokazania przede wszystkim życia wewnętrznego bohaterki. Co ciekawe, z czasem Kai, główny protagonista Kabuki wyrasta na równie nieoczywistego bohatera (na dodatek z dziwaczną świtą), a ich konfrontacje stają się przyczynkiem nie tylko do tańca przemocy zobrazowanego na planszach, ale także do wciągnięcia czytelnika w literacką (“Alicja w krainie czarów”) i w szerszym wymiarze popkulturową grę. Z pozoru powierzchowną, ale w rzeczywistości bardzo gęstą. I znajdującą niezwykłe uzupełnienie w drugiej części albumu, czyli w “Kabuki. Sny”, pierwszym komiksowo-malarskim albumie Davida Macka. 

To tam “Kabuki” wchodzi na nowy poziom, choć mogę zrozumieć tych, którym ta pierwsza komiksowa czarno-biała wariacja będzie bardziej odpowiadać. Zresztą tu nie ma co różnicować, bo to opowieść która ewoluuje formalnie i jednocześnie przedstawia nam ewolucję bohaterki. Pierwszy etap wyznaczał czarno-biały świat, gdzie trzeba było dokonać konkretnych wyborów i pójść przewidywalnym (choć w nieprzewidywalny sposób podanym) szlakiem zemsty. Teraz zaś nadchodzi czas rozliczenia – ze samą sobą. I dla Kabuki dzieje się to we śnie, w imaginacyjnej śpiączce, podczas której okaże się, czy jest sens dalej trwać i być częścią opowieści i zarazem ją kształtować.

Oglądamy zatem rodzaj drogi do odkupienia i zarazem oświecenia, którą przechodzili różni bohaterowie popkutury. Rzecz w tym, że dla Kabuki to tak naprawdę początek, nowe narodziny, przedsmak tego, co teraz zaoferuje jej życie. I to właśnie sposób rozwijania tej opowieści, już nie tylko za pomocą różnych koncepcji graficznych, ale także kolejnych etapów życiowego doświadczenia bohaterki (pamiętajmy tu chodzi w równym stopniu o życie rozumiane jako ciąg wydarzeń, a także w jego wymiarze symbolicznym, wewnętrznym) jest rodzajem obdarowania czytelnika komiksem, który wymyka się jednoznacznemu odczytaniu. Musimy kopać, roztrząsać, przebić się przez te pierwsze warstwy artystycznej egzaltacji i estetycznej niedojrzałości, by zobaczyć pełne bogactwo znaczeń uzyskane przez Davida Macka za pomocą komiksowego medium. Bardzo stymulujące doświadczenie. 

 

Kabuki, tom 1

Nasza ocena: - 90%

90%

Scenariusz i rysunki: David Mack. Tłumaczenie: Robert Lipski i Anita Jachimowicz. Scream Comics 2023

User Rating: Be the first one !

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki" i Instytutu Książki, jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku.

Zobacz także

Tysiąc twarzy Kuby Rozpruwacza – słynny morderca po raz kolejny. I kolejny… [recenzja]

Nie oszukujmy się, historia Kuby Rozpruwacza została już mocno przeżuta na wszelkie sposoby przez światową …

Leave a Reply