Gorący temat

Kingdom Come. Przyjdź Królestwo – nadmierny patos połączony z graficznym mistrzostwem [recenzja]

„Kingdom Come. Przyjdź Królestwo” nie jest komiksem najlżejszym. Nie czyta się go łatwo. To nie kolejna prosta – by nie powiedzieć, tandetna – historia o takiej, czy innej grupie trykociarzy walczących z przeciwną grupą arcyzłoczyńców. I pomijając już moją niezbywalną miłość do graficznego warsztatu Alexa Rossa, to także fabuła stoi na bardzo wysokim poziomie.

Akcja komiksu toczy się w ramach „DC Elseworld”, a więc w wersji świata poza głównym kontinuum, co pozwala twórcom dość swobodnie przetwarzać ewentualne wizje przyszłości kluczowych bohaterów DC. Bowiem „przyszłość” to słowo klucz dla opisu tej fabuły.

Wielcy herosi zestarzeli się. Przeszli na emerytury, zmęczeni bezustanną walką. Zastąpieni przez młodych gniewnych, którzy niejednokrotnie dalecy są od prezentowania tak jednoznacznego, solidnego kręgosłupa moralnego, jaki był charakterystyczny dla „starej gwardii” bohaterów. Ale również świat, w jakim toczą się niezwykłe wydarzenia z opowieści wymyślonej przez Alexa Rossa, a napisanej przez Marka Waida jest odmienny od tego, w jakim funkcjonował dotychczas i Superman i Wonder Woman i Batman. Gros superbohaterów przestaje hołdować zasadzie ciężaru odpowiedzialności, wynikającego z supermocy, skupiając się na bezpardonowej walce o swoje racje. A tym samym zmieniając Ziemię w wielkie pole bitwy, gdzie już tak naprawdę przestaje mieć znaczenie liczba cywilnych, nie – superbohaterskich ofiar.

„Kingdom Come. Przyjdź, Królestwo” to czteroczęściowa seria, która zadaje bardzo konkretne pytania, jednocześnie nie oferując oczywistych odpowiedzi. To historia podważająca sens istnienia superbohaterów, ich społecznej wartości. Są błogosławieństwem? Czy może bardziej przekleństwem? Obciążeniem dla społeczeństwa, czy wsparciem i ostatnim bastionem nadziei?

Nie rozumieją już tego nawet „klasyczni” herosi, podważający sens własnej walki, własnego istnienia. Są zagubieni, zmęczeni. Bardziej ludzcy, niż byli kiedykolwiek. Patrzymy na świat ich oczami i poniekąd my także, jako widzowie, nie przystajemy do realiów przedstawionego świata. Superman to zrezygnowany, zniechęcony mężczyzna, który oczekuje już tylko spokoju. Wonder Woman straciła koronę i teraz kipi gniewem, któremu nijak nie może dać ujścia. Ostatni na posterunku pozostał Batman – w pewnym stopniu cień dawnego siebie – zawiadujący Gotham niczym państwem policyjnym, za sprawą armii robotów. Kiedy jednak ludzkość znów staje w obliczu zagłady, emeryci znów muszą podjąć swój heroiczny wysiłek i poskromić superbohaterskie masy, powstrzymać je przed unicestwieniem świata w imię walki ze złem.

To trudna, bardzo złożona historia, która wymaga od czytelnika skupienia i jednak pewnego obycia w świecie DC. Mnogość odniesień i nawiązań jest tu gigantyczna i pewnie niewielu czytelnikom uda się wyłapać je wszystkie (Egmont na tę okoliczność przygotował solidną „ściągę” w dodatkach). Dodatkowo całość opowieści oparta jest na Biblii i bardzo mocno zakorzeniona w osnowie biblijnych historii, co pogłębia wydźwięk fabuły i wynosi album na jeszcze wyższy poziom. Jednak nawet jeśli nie skupimy się na szukaniu tych wszystkich niuansów, scenariusz nie pozwoli nawet na chwilę oddechu, mimo, iż nie obfituje w linearną nawalankę, typową dla trykociarskich opowieści. Wspomniane bezpośrednie odniesienia biblijne już na samym początku wprowadzają patetyczny podniosły nastrój i sugerują ciężar opowiadanej historii. Owszem, nie brak tu efektownych pojedynków, jednak to komiks, w którym pierwsze skrzypce zdecydowanie wiodą egzystencjalne rozważania i moralne rozterki. To sprawia, że całość historii może nieco zmęczyć marazmem i tylko nielicznymi scenami z nieco żywszym tempem opowieści. Zwłaszcza młodszych odbiorców, wychowanych na zupełnie innym schemacie narracyjnym.

Nie oszukujmy się, to historia nie dla wszystkich. Bardzo stateczna, skupiona na emocjonalnych odczuciach bohaterów zmęczonych własnym bohaterstwem, zamiast na epickich pojedynkach supergrup (choć i te się pojawiają, jako niezbywalny element, który tutaj nie wysuwa się na pierwszy plan). Jednak największym plusem tego albumu jest strona graficzna. Przyznaję, jestem dość bezkrytyczny względem prac Alexa Rossa, odkąd przeczytałem jego „Marvels” (ze scenariuszem Kurta Busieka). Warsztat Rossa wykracza gruntownie poza to, do czego przyzwyczaiło nas komiksowe medium i jest bliskie fotorealizmowi, reprezentowanemu przez takich amerykańskich mistrzów, jak Robert Bechtle czy Ralph Goings. Jego precyzja w oddaniu naturalizmu postaci i szczegółów tła sprawia, że czytanie komiksu zmienia się szybko w analizowanie detali poszczególnych kadrów. Ross zdecydowanie wyróżnia się na tle innych artystów, pokazując ciekawe podejście do kreacji komiksowego medium. Plansze jego autorstwa podnoszą komiksowe medium do rangi sztuki, jednocześnie wspaniale korespondując ze stylistyką nie tylko wspomnianego fotorealizmu, ale i amerykańskiego pop-artu (z którego zresztą się fotorealizm się wywodzi).

Czy „Kingdom Come. Przyjdź Królestwo” to komiksowe arcydzieło? Pod względem graficznym, z pewnością. W warstwie scenariusza to dzieło zdecydowanie przynajmniej warte uwagi i co najmniej nietuzinkowe. A jednak ciut przegadane. Poruszające ważkie problemy, ciekawie analizujące sens superbohaterstwa sensu stricte, jednak – mimo wszystko – zbyt statyczne. To pewnego rodzaju monument, starający się udźwignąć cały ciężar heroizmu. Ale ten poziom patosu miejscami przytłacza. Oczywistym jest, że ciągła presja związana z obroną ludzkości i jednoczesny ostracyzm ze strony bronionych muszą wywoływać frustrację nawet w jednostkach w domniemaniu idealnych, jak herosi. Dlatego z jednej strony wydaje się zrozumiałą ich decyzja o porzuceniu ścieżki superbohaterstwa, a z drugiej irytacja Supermana i jego przeświadczenie o własnej nieomylności jawi się wręcz jako przesadne.

Całość jest wycyzelowana do najmniejszego szczegółu i paradoksalnie ta niejako nadmierna precyzja w pewnym stopniu komiksowi szkodzi. Autorzy postawili już dawno ostatnią kropkę w temacie interpretacji, nie pozostawiając za wiele miejsca w tej kwestii dla czytelników. Jednak nawet te niewielkie wady nie deprecjonują niezwykłego talentu Rossa, który kreuje album odmienny od tego, do czego przyzwyczaił nas komiks trykociarski. I dla samego graficznego kunsztu warto po „Kingdom Come. Przyjdź, królestwo” sięgnąć. Zwłaszcza, że niniejsza edycja została przez wydawcę okraszona potężnym zestawem wartych uwagi dodatków.

Kingdom Come. Przyjdź Królestwo

Nasza ocena: - 80%

80%

Scenariusz: Mark Waid. Rysunki Alex Ross. Wydawnictwo Egmont 2021

User Rating: 4 ( 1 votes)

Mariusz Wojteczek

Avatar
Rrocznik '82. Obecnie Krakus, trochę z przypadku, trochę z zasiedzenia. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4” i „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. W 2018 wydał autorski zbiór opowiadań „Ballady morderców”. Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie i popkulturze – w takiej właśnie kolejności.

Zobacz także

Julia. Z archiwum spraw kryminalnych, tomy 1-2 – komiksowy “Mindhunter” [recenzja]

Na polskim rynku robi się coraz gęściej od nieamerykańskich komiksów gatunkowych. “Julia. Z archiwum spraw …

Leave a Reply