Gorący temat

King’s Man: Pierwsza misja – tak było, nie kłamią [recenzja]

Obok dominujących na dużych i małych ekranach filmowych wersji zmagań superbohaterów, są jeszcze takie ekranizacje komiksów, które pod względem bezkompromisowości przekazu stoją po zupełnie przeciwnej stronie barykady. I tak jak telewizyjnym przykładem takiego stanu rzeczy mogą być „The Boys”, kino należy między innymi dla liczącej teraz już trzy odsłony serii „Kingsman”.

Na wstępie warto zaznaczyć jednak, że o ile dwie odsłony adaptacji komiksu Marka Millara i Dave’a Gibbonsa tematycznie i tonalnie trzymały się tego samego schematu, tak już część trzecia będąca zarazem prequelem znanych już nam wydarzeń, to mimo spinającego wszystko swoją osobą w całość Matthew Vaughna na reżyserskim i scenopisarskim stołku, jednak nieco inna para kaloszy – i to w zasadzie pod każdym (no, może pomijając polityczną poprawność) względem. Tym samym zatem, zamiast szalonych misji Eggsy’ego w wykonaniu Tarona Egertona, tym razem obejrzymy wypadki jakie doprowadziły do tego, że tajna agencja w ogóle powstała. A przy okazji dostaniemy również nieco pouczającego materiału o koszmarze wojny… we właściwym dla serii stylu.

W nowym filmie trafiamy zatem na sam początek XX wieku, kiedy eskalacja napięć na światowej politycznej scenie zdaje się nieuchronnie prowadzić do fatalnego w skutkach zbrojnego konfliktu. Choć wydaje się że raz wprawiona w ruch wojenna machina może okazać się nie do zatrzymania, grupa ludzi skupionych pod przywództwem księcia Oksfordu podejmuje decyzję, by takim wypadkom przeciwdziałać. Bynajmniej jednak nie będzie to dla nich łatwym zadaniem – już wkrótce okazuje się bowiem, że po drugiej stronie barykady jest ktoś, komu na rozpętaniu światowego starcia wyjątkowo zależy – nie cofnie się przed niczym, by swój makiaweliczny plan zrealizować. Zdani tylko na siebie, tajni agenci będą musieli nie tylko więc zdemaskować spisek na najwyższych szczeblach, ale i uchronić najbliższych przed koszmarem  wojny.

Jak  wynika z powyższego opisu, „King’s Man: Pierwsza misja” to już nie tyle współczesna wariacja na temat przygód superszpiegów, co film który postanawia nieco pobawić się historycznymi faktami tak, by nagiąć je do realiów przedstawianej historii. Tym samym, zupełnie podobnie jak w przypadku „X-Men: Pierwszej klasy” Vaughna, w jego najnowszym filmie spotkamy figury historyczne, w osobach Rasputina, Maty Hari, czy stojących u sterów europejskich mocarstw kuzynów Jerzego V, Wilhelma II i Mikołaja II, które w fabule będą miały równy udział, co fikcyjni bohaterowie. Podobnie sprawa ma się z wydarzeniami w które okolicach Pierwszej Wojny Światowej się rozegrały – te również zmodyfikowane są tak, by cały ten gotujący się tygiel spinać w jedną całość. I trzeba przyznać, nowemu „King’s Man” wychodzi to zupełnie nieźle, a scenariusz zgrabnie łączy fakty z całkowitą fantazją twórców, w podobny sposób radząc sobie z przeplataniem różnych filmowych gatunków. Podszyta groteską i absurdem komedia, wojenny dramat, kino przygodowe – jest tu tego całe mnóstwo, ale choć mogłoby się wydawać, że zachowanie spójności może w takim wypadku graniczyć z cudem, w większości przypadków rozpierająca całość energia umożliwia przeskoczenie potencjalnych problemów.

Podobać się w filmie Vaughna może też jakość realizacji. Sto milionów dolarów budżetu to w dzisiejszych czasach kwota nadal olbrzymia, ale już niekoniecznie szokująca tak jak jeszcze kilka lat temu – tym lepszą wiadomością jest zatem to, że w jakości poszczególnych sekwencji widać dobrze przemyślaną inwestycję. Jest efektownie i epicko, jest też dynamicznie – a okrasą uczty dla oczu jest coś z czego filmowa adaptacja uczyniła swój znak firmowy, czyli choreografia walk. Prym wiedzie tu zwłaszcza genialny pojedynek agentów z Rasputinem. Na poły walka z użyciem broni białej, na poły szalony taniec – po prawdzie tylko dla tej jednej sekwencji kinowy seans „King’s Man” staje się uzasadniony.

Próbując spojrzeć na “King’s Man” w ogólnym ujęciu, mamy w tym wypadku do czynienia z filmem który w pewnych aspektach ze swymi poprzednikami jest niemal tożsamy – ale wypełniony tematycznymi różnicami wyraźnymi na tyle, by móc mówić tu nie tyle o nowej jakości, co po prostu odrębnym bycie z kilkoma zapożyczonymi motywami. Na ile odbiorcy może to odpowiadać, uzależnione jest już jego indywidualnego podejścia, bo niewątpliwie nowa odsłona serii to już niekoniecznie ten pazur i zadziorność jaką znamy z przygód Eggsy’ego, a swoją siłę uderzeniową rozkłada jednak na inne akcenty. Podstawowe pytanie jakie należy sobie zadać, jest jednak takie jak zawsze: Czy to gorzej? Moim zdaniem, niekoniecznie.

Foto © Disney

King’s Man: Pierwsza misja

Nasza ocena: - 75%

75%

Reżyseria: Matthew Vaughn. Obsada: Ralph Fiennes, Gemma Arterton, Rhys Ifans, Matthew Goode i inni. USA/Wielka Brytania, 2021.

User Rating: Be the first one !

Maciej Bachorski

Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i przyzwoitej (znaczy, nie tylko single malt) whisky. Pisywał dla "Playboya", "PIXELA", czy "Wiedzy i Życia", a obecnie współpracuje z "Nową Fantastyką", "CD-Action" i "Netfilmem".

Zobacz także

Watcher – groza emigracji [recenzja]

Przy dobrze pomyślanej historii, do wywołania u widza dojmującego uczucia znalezienia się w pułapce bez …

Leave a Reply