poniedziałek , 26 Październik 2020

Kryzys bohaterów czyli zgubne wahania nastrojów

 

Tom King ma szansę stać się najbardziej znienawidzonym przez superbohaterskich fanów  scenarzystą komiksowym. Na przykładzie “Kryzysu bohaterów” spróbujemy odpowiedzieć, dlaczego.

Lata temu Alan Moore i Frank Miller zrozumieli, że z komiksu – nawet superbohaterskiego – można uczynić ambitną lekturę, którą w dzisiejszych czasach możemy śmiało określać również mianem ambitnej literatury. “Strażnicy”, “Miracleman”, “Powrót Mrocznego Rycerza”, czy “Daredevil” Millera w różnych odsłonach to kamienie milowe gatunku udowadniające, że superbohaterski komiks może być wymagającą intelektualnie lekturą dla dojrzałego czytelnika. Przykład Alana Moore’a jest o tyle ciekawy, że po dekonstrukcjach figury superbohatera porzucił tę twórczą drogę, sam na siebie zły, że odarł herosów z nimbu, którym otaczani są w szczenięcych latach czytelników. Na przykładzie “Toma Stronga” powrócił do estetyki ze Złotej i Srebrnej Ery Komiksów uważając, że superbohaterowie nigdy nie powinni z nich wychodzić. Niestety, drogi Alanie, mleko się rozlało i superbohaterowie, ich czytelnicy, ich twórcy dorośli i wielu z nich potrzebne były dorosłe historie o idolach z dzieciństwa. Takie choćby, jakie Tom King przedstawił w “Visionie” i “Mister Miracle”.

Te dwa komiksy Kinga to jakby dwa rewersy jego artystycznych poszukiwań dla dorosłych fabuł w komiksie superbohaterskim. “Vision” jest precyzyjnie skonstruowaną maszyną i ta precyzja mocno przypomina “Strażników”. W “Mister  Miracle” ważniejsza jest zabawa formą, opowieść jest rozchwiana tak jak osobowość tytułowego bohatera, a jej eksperymentalny, rwany rytm może przypominać “Elektrę: Assasin”. Największym problemem Kinga jest to, że te dwie różne formy narracyjne próbuje czasami łączyć w jedno – często robi to w swoim runie Batmana i zrobił to, przy pomocy świetnych rysowników właśnie w “Kryzysie Bohaterów”. Ekspresja i eksperyment versus scenariuszowa i wizualna precyzja są jak ogień i woda, które w przypadku łączenia ich przez Kinga w przywołanych tytułach powodują przekroczenie granicy pretensjonalności.  To na niej balansował Alan Moore kiedy zakończył doskonały  cykl “Amerykańskiego Gotyku” w “Sadze o Potworze z Bagien”, by następnie pożeglować wraz z rysownikami w stronę ekstrawaganckich formalnych eksperymentów, jednocześnie starając się nie utracić fabularnej logiki.

“Kryzys bohaterów” to event, jakiego jeszcze nie było. To prawda, bo skupia się – wreszcie – na czymś innym niż wielkie bijatyki i zagrożenia, po których “nic już nie będzie takie samo”. Oto w miejscu nazywanym Sanktuarium i stworzonym przez najważniejszą trójcę DC – Batmana, Supermana i Wonder Woman superbohaterowie po przejściach mogą się poddać terapii. Nie, nie chodzi o fizyczną rekonwalescencję, tylko terpeutyczne sesje, podczas których herosi (plus złoczyńcy) próbują zaleczyć psychiczne rany. I właśnie w tym miejscu, ukrywanym przed zewnętrznym światem zostaje popełnione wielokrotne morderstwo, a  sesje, których nagrania dzięki specjalnym zabezpieczeniom miały być od razu kasowane, w jakiś sposób przedostają się do mediów, które w “Kryzysie bohaterów” reprezentuje Louis Lane.

Na pewno nie uda się uniknąć porównania tego eventu do “Kryzysu tożsamości” (no i “Strażników”), w którym superbohaterowie również rozwiązują zagadkę morderstwa na jednym z nich. Jednak połączenie zabójstwa z działalnością “Sanktuarium” jest czymś unikatowym w komiksie superbohaterskim, co wcale nie oznacza, że potencjał tak pomyślanej fabuły nie został przez Kinga zmarnowany. Fabuły, której podświadomie nie chce żaden z superbohaterskich fanów, bo herosi nie powinni mieć  takich problemów. Kto jednak pamięta choćby Bendisowego “Daredevila” czy filmowego “Iron Mana 3” ten wie, że jednak czasem im się zdarza być przytłoczonym miarą swej mocy i odpowiedzialności oraz konsekwencji ich stosowania.

Sprawdź gdzie kupić:

Co zatem nie gra w “Kryzysie bohaterów”? Odbiorcy wskazują na powierzchowne potraktowanie warstwy sesji terapeutycznych, a podejście Kinga do psychologii wydaje się być psychologią dla ubogich. Można się z tym postrzeganiem spierać, ale w rzeczywistości chodzi tu o inne elementy i przede wszystkim ich połączenie. Piękna, czysta kreska Clay Manna, na której superbohaterowie wyglądają jak chodzące doskonałości nijak ma się do poszarpanej narracji, przerywanej z często pojedynczymi wstawkami z sesji, które zamiast robić klimat, irytują. 

A zatem, w warstwie graficznej mamy tu precyzję, w warstwie scenariuszowej, rozprężenie narracyjne, które sprawia, że historia traci płynność. I owszem, taka właśnie miała być, takie z pewnością było założenie Kinga, ale to się nie klei i budzi u odbiorcy uczucie odruchowego sprzeciwu i zniechęcenia. Jeszcze dziwniej wypada na tle takiej narracji warstwa kryminalna, którą momentami (tak jak na okładce) twórca traktuje poważnie, a miejscami wpada w groteskowe tony, szczególnie przy opisywaniu perypetii podejrzanych o zabójstwo Harley Quinn i Bustera Golda . I znowu – tak miało być, bo przecież wahania nastrojów są podstawą tej niespójnej fabuły, której ukoronowaniem jest nie tyle rozwiązanie zagadki morderstwa, co jej wytłumaczenie. Porażające precyzją w wykorzystaniu przez sprawcę swych superbohaterskich możliwości, dzięki którym wyprowadza badających sprawę na manowce. Porażające precyzją do tego stopnia, że w efekcie wydające się zbyt przekombinowane, bezsensowne, po prostu be.

Tak więc Tom King napisał wyjątkowy komiks, który wkurza, irytuje i najchętniej wymazałoby się go z pamięci. Napisał rzecz, która stara się przenieść techniki literackie z pogranicza eksperymentalnej literatury na pole komiksowe i to w oczach odbiorców się nie sprawdza, szczególnie w evencie z większą liczbą superbohaterów. Albo być może nie dorośliśmy jeszcze do ambicji Toma Kinga i jego wizji komiksowej literatury superbohaterskiej. Bo on tę wizję nam psuje. Jest psujem, a może nawet trollem, który za nic ma potrzeby czytelnika. Najlepiej byłoby spalić jego “Kryzys bohaterów” na stosie, co w jakiś sposób chyba dzieje się na internetowych forach. 

Jak w takim razie  wystawić “Kryzysowi bohaterów” rzetelną ocenę, skoro żadna nie jest w stanie oddać emocji (tych złych i tych trochę lepszych) targających czytelnikami po lekturze? Czy jest jeszcze szansa, by Tom King zszedł z obranej niegdyś przez Alana Moore’a drogi? Czy chcemy w ogóle takich superbohaterskich komiksów, udających że wciąż nimi są, ale jednocześnie negujących i wypaczających zawarte w nich,  wydawałoby się ponadczasowe wartości? Czy Tom King za swoje wyczyny zasługuje po prostu na kopa w d… od zniesmaczonych jego eksperymentami czytelników? A może jednak jego wizja połamanych duchowo superbohaterów jest wreszcie na tyle nowoczesna, że pasuje w sam raz do współczesności? Toż to zwyczajny mętlik! Pytanie – mętlik w głowie u scenarzysty, czy mętlik w głowach czytelników? Wybierając którąś z tych dwóch opcji, wybierzemy tym samym, jaka końcowa ocena należy się  “Kryzysowi bohaterów”.

Tomasz Miecznikowski

Avatar
Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki" i Instytutu Książki, jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku.

Leave a Reply