Gorący temat

Maciej Lewandowski – Kres papierowego wydania nie nastąpi szybko, jeśli kiedykolwiek [wywiad]

Z Maciejem Lewandowskim, autorem m.in. „Cieni Nowego Orleanu” oraz  „Półpacierza” rozmawiamy m.in. o tym, czy konwencja westernowa jeszcze ma sens, czy na polskim rynku jest za dużo Lovecrafta i czy powieściowy reaserch jest trudny.

Ktoś jeszcze – w dzisiejszych czasach – czytuje westerny? Westernowa konwencja ostatnimi laty uznawana jest przecież za przeżytek. Za echo ponurych czasów, niejako gloryfikację czarnych kart historii Ameryki, wliczając w to eksterminację rdzennych    Amerykanów, ale też przedmiotowe traktowanie kobiet i utrwalanie krzywdzących stereotypów. A ty napisałeś scenariusz audiobooka w konwencji właśnie westernowej…

Ciężko mi ocenić czy gatunek stracił na popularności, bo raz po raz trafiam na premierę czegoś nowego osadzonego w westernowej stylistyce. I próżno w tych tytułach szukać romantycznej wizji Indian i osadników, bo mit pogranicza zaczęto kruszyć, wprowadzając bohaterów będących najemnikami lub złodziejami w latach sześćdziesiątych. Kropkę nad i, moim zdaniem, stawia „Bez przebaczenia”. Swoją drogą świetny film. Nie sądzę, aby ktokolwiek także chciał powrotu lukrowanej wizji Dzikiego Zachodu. Mnie historie o pięknie świata i człowieku jako pełnej współczucia i mądrości istocie ani szczególnie pociągają, ani tym bardziej wychodzą. Tym samym to, co napisałem jest utrzymane w duchu rewizjonistycznych westernów. Moja dzika kraina jest światem obojętnym na człowieka i jego los, pełnym ludzi uwięzionych w konfliktach, czy to osobistych, czy to społecznych zmieniającej się gwałtownie rzeczywistości. Koniec końców, „Półpacierz” to jednak prosta historia obcego, rewolwerowca, który przybywa do miasteczka i samą swoją obecnością burzy lokalny status quo. Jak w „Ostatnim sprawiedliwym” i masie filmów powstałych wcześniej.

Skąd więc pomysł na mieszanie westernu z horrorem?

Lubię horrory, lubię westerny… Zresztą na tego typu pomysły wpadło na tyle dużo twórców wszelakich, że powstał osobny podgatunek fantastyki zwany Weird West. I nie mówię tu tylko o jakiś niszowych książkach i komiksach. Jest cała masa filmów. „Kowboje i obcy”, „Wild Wild West”, by wymienić te „duże” tytuły. Z mniejszych produkcji, sięgających po horrorowe rekwizyty: „Bone Tomahawk”, „The Burrowers”, świetny „The Wind” oraz „Dead Birds”, który swego czasu otworzył mi oczy na możliwości gatunkowych mikstur. Jest też koszmarek z W. Snipsem tytułem „Gallowwalkers”, ale tylko dla tych o mocnych nerwach. Jak widzisz, podwalin pod pomysł miałem sporo, a że horror mocno rezonuje z moją wyobraźnią „Półpacierz” był kwestią czasu.

No właśnie – horror. Jesteś z tym gatunkiem mocno spowinowacony od początków swojej twórczości. Napisałeś wpierw kryminał z lovecraftowskimi motywami, następnie już horror w stylistyce retro, z estetyką lovecraftowską pełną gębą. H.P. Lovecraft to dla ciebie najważniejszy gatunkowy twórca?

Lovecraft był pierwszy. Pojawił się przed Kingiem i Barkerem. Poe także przyszedł później. Tym samym to strachy Lovecrafta ukształtowały fundamenty mojej wyobraźni. Oczywiście z biegiem lat pewne motywy uległy rewizji, inne straciły moc oddziaływania, a inne zwyczajnie stały się nieakceptowalne. Zupełnie mnie nie ruszają pozanaukowe lęki tyczące się rozmiarów wszechświata. Jeżeli jednak odfiltrować kosmiczne krewetki i inne cudactwa, to dostaniemy utrwalony w jego opowiadaniach bezmiar czasoprzestrzeni, który działa na wyobraźnię. Oto my, ludzkość, pyłek w obojętnym nam wszechświecie. Można z tego powodu uciec w religię i szukanie boga, można zacząć wymyślać światy i koszmary lub zainteresować się nauką, powiedzmy fizyką kwantową. Lovecraft dokonał swego wyboru i chwała mu za to. Dzięki niemu, trybiki mojej imaginacji napędzają koszmary z innych wymiarów. Lovecraft był pierwszy i to nie tyle najważniejszy twórca gatunkowy, co źródło oraz kamień węgielny mojej fantazji.

A nie masz wrażenia, że – w Polsce przynajmniej – w literackim horrorze mamy tego Lovecrafta za dużo? Pomijając coraz to nowe wydania jego twórczości, tak i gros jest inspiracji jego pisaniem i stworzoną przez niego mitologią. Często inspiracji o dość pośledniej jakości wykonania.

Wpływ Lovecraft na popkulturę jest olbrzymi. Na całym świecie, są ludzie którzy świadomie, lub nie, podążają jego śladami. Jego dorobek jest dyskutowany, krytykowany, obracany twórczo i rozwijany. A że nie wszystko trzyma poziom? Mówi się trudno. Zresztą, to co dla jednych będzie tanią repliką, dla innych może okazać się strzałem w dziesiątkę. By daleko nie szukać: ja uwielbiam pulpową odsłonę mitologii Cthulhu. Dla masy ludzi, preferujących bardziej wytrawne ujęcie, moje podejście jest nieakceptowalne. Czy Lovecrafta jest na naszym podwórku za dużo nie wiem: pytasz faceta, który mieli w swoim pisaniu macki na lewo i prawo. Natomiast, moim zdaniem, w Polsce mamy raczej problem z przesadnie nabożnym podejściem do Lovecrafta, za którym idzie obligatoryjny „lęk przed ogromem kosmosu”. O pierwszym tylko z powagą, o drugim z zalęknionym westchnięciem.

A więc kto – poza Lovecraftem – liczy się dla ciebie w horrorze? Taka złota piątka mistrzów grozy?

Będzie ciężko. Otwarcie raczej standardowe: King i Barker, myślę, że zero zaskoczenia. Przy czym Barker starszy, gdy horror schodził na drugi plan. Ketchum jest świetny, uwielbiam, acz wolę jego opowiadania niż dłuższe formy. Z oldtimerów na pewno Le Fanu, choć to nie jedyny z klasyków, których bardzo lubię. Po chwili namysłu dodałbym Blackwooda za całokształt, za „Wierzby” oraz „Wendigo”. Do rangi mistrza jeszcze daleko, ale muszę tu wspomnieć o Adamie Nevillu. Nie jest tłumaczony na nasz język, a szkoda, bo facet ma świetne pomysły na narracyjne rozwiązania. Poe to oddzielna kategoria – jest horror i jest Poe. Miało być pięciu, ale ten człowiek jest poza nawiasem. Więc Poe.

A poza horrorem? W „Półpacierzu” odnajduję mnogość odniesień do twórczości Chiny Mieville’a. Zamierzone nawiązania?

Szczerze mówiąc nie. Bardzo lubię prozę Mieville’a, ale jeżeli on wychodzi w „Półpacierzu” to w sposób zupełnie nieintencjonalny. Co nie znaczy, że go faktycznie tam nie ma. W tej historii jest obecny steampunkowy element, obracam też pomysł na istniejące obok siebie światy i rzeczywistości, więc Mieville jako skojarzenie jest zasadny. Przy czym w trakcie pisania nie sięgałem, świadomie, do jego pomysłów.

Generalnie „Półpacierz” to mieszanka specyficzna. Przez gatunek, jak i samą fabułę myślę, można w tym tekście wyłapać głosy oraz wpływ różnych pisarzy i szerzej po-kultury. Jest oczywiście figura Clinta Eastwooda, jest steampunk, są elementy horroru. W drugiej warstwie można odnotować przywłaszczenie orientacji geograficznej od Faulknera, odrobinę gnostycyzmu i kilka odniesień do Lovecrafta. Pewnie, gdybym się dłużej zastanowił mógłbym wskazać miejsca, gdzie w tym pisaniu wyłazi ze mnie fanboy Gaimana i komiksów Mignoli.

Wracając na polski rynek książki. Jak ty – jako twórca – oceniasz kondycję rodzimego horroru? Czytujesz w ogóle polską grozę?

Uwzględniając fakt, że horror nie jest potężnym gatunkiem i siłą rzeczy twórców jest mniej, to raczej nie można załamywać rąk. Na półkach księgarskich, jeśli jest dział horroru, można bez trudu znaleźć polskich autorów. Jest wydawnictwo Vesper mocno zorientowane na grozę rodzimego pochodzenia, jest moje ulubione Wydawnictwo IX, także dające szansę polskim autorom. Do tego dochodzą mniejsi wydawcy, więc zdecydowanie jest lepiej niż dekadę, dwie temu. A, że chciałoby się widzieć nie półkę, a cały regał tylko rodzimych pisarzy i pisarek, to wiadoma sprawa. I mam nadzieję, że kiedyś do tego poziomu dotrzemy.

Natomiast z polską grozą mam zgryz. Nie leży mi albo tematyka, albo wykonanie, albo jedno i drugie. Czasem jakieś opowiadanie w „Histerii” trafi w moje gusta pomysłem. Mam nadzieję, że Łukasz Henel coś nowego w końcu puści, ale chyba mu się nie śpieszy. Podobnie mam z Bielawskim: jego pisanie z pocałowaniem w rękę, tyle że na razie cisza w eterze.

A co poza horrorem znajduje się w kręgu Twoich literackich zainteresowań?

Fantastyka zajmuje szczególne miejsce w moim sercu, więc jednym tchem powiem: Dukaj, Piskorski, Simmons, Gaiman, Watts, i wspomniany Mieville. Do tego wliczyć trzeba autorów wpuszczanych ostatnimi czasy na nasz rynek przez Wydawnictwo Mag. Fantastyka jednak to tylko część układanki, bo czytam ją wymiennie z kryminałami. A te z kolei na przemian z literaturą etykietowaną jako piękna, bo wiadomo: nie można Faulknera czy Tokarczuk zaklasyfikować inaczej. Do tego reportaże i pisanie naukowe z dziedzin, które mnie zajmują. Komiksy też mam na rozpisce. Koniec końców więcej czasu spędzam dumając co przeczytać, niż czytając. Tylko nie każ mi teraz wskazywać tego jednego, jedynego autora lub autorki…

Coraz liczniejsi pisarze sięgają po audioboookowe seriale jako sposób artystycznego wyrazu. Wojciech Chmielarz, Jakub Ćwiek, Piotr Rogoża, Paweł Majka z Michałem Cetnarowskim, ty oczywiście także. Audioboookowe słuchowiska to wg. ciebie literacka przyszłość? Świadomy wybór ścieżki kariery? A może przypadek? Ot, chwilowa moda?

Audio to kolejny format i sposób na dotarcie. Ma tę przewagę, że można słuchać w trakcie zmywania, odkurzania, biegania czy innych zajęć, gdzie nasza uwaga nie musi skupiać się na faktycznej czynności. Nie ma tu mowy o przypadku, a świadomym zagospodarowywaniu przestrzeni. Zarazem odświeżamy coś, co funkcjonowało przed nastaniem ery telewizji. Współcześnie produkowane słuchowiska potrafią porwać i stanowią świetną alternatywę: taki kompromis pomiędzy samotnym czytaniem, a dobrze zrealizowanym serialem. Nie jest to też, moim zdaniem, przyszłość literatury, ale kolejna droga wiodąca do tejże. Natomiast sama przyszłość druku jest ciekawa. Wiem, że to truizm, acz cyfryzacja idzie pełną parą, a za nią nowe formy prezentacji treści i dotarcia do odbiorcy nie pozostają bez wpływu na książkę, rozumianą jako zszyte kartki.

Czyli już wróżymy kres książki papierowej? Czy może na odwrót? Papier zawsze zachowa nimb pierwszeństwa?

Kres papierowego wydania nie nastąpi szybko, jeśli kiedykolwiek. Czeka nas raczej zmiana postrzegania słowa drukowanego. Papier prawdopodobnie powolnie będzie tracił palmę pierwszeństwa, jako masowego nośnika treści, na rzecz wersji cyfrowych, stając się równolegle towarem, z braku lepszego określenia, luksusowym. Wydanie klasyczne, na papierze z nieodłącznym zapachem farby drukarskiej, stanie się, prawdopodobnie, najbardziej pożądaną wersją publikacji dzieła – wyznacznikiem statusu – zarezerwowaną dla topowych twórców oraz dzieł wybranych.

A tradycyjne wydawnictwa? Jakie masz doświadczenia? Wolisz celować w oficyny niszowe, czy może jednak pukać do drzwi dużych wydawców? Jak oceniasz dotychczasowe relacje z nimi?

Asymetria relacji wydawca – pisarz jest oczywista. Oczywistością jest też fakt, że biznes wykorzystuje spolegliwie przewagę, by ugrać swoje. Natomiast wyznacznikiem klasy jest, przynamniej na formalnym poziomie, utrzymywanie wrażenia równorzędności partnerstwa. Niestety, polki rynek wydawniczy, to nadal wąsaty wuj prezes. Szczęśliwie idzie ku lepszemu, acz mogłoby zdecydowanie iść żwawiej.

Rynek to loteria. Można trafić świetnie, a można nadziać się na najróżniejsze przypadki zapodziewających się rachunków, przelewów które wyszły, ale nie doszły, prezesów z dnia na dzień wykręcających wolty w rozmowach, maili w spamie (mimo potwierdzenia odbioru), rozładowanych telefonów i traktowania twórców jak petentów w urzędzie.

Szczęśliwie, są także wydawnictwa potrafiące tworzyć profesjonalne relacje i pracować w duchu serdecznego profesjonalizmu. I oby takich podmiotów przybywało.

Zaś, co się tyczy moich preferencji, to kicha może zdarzyć się wszędzie, więc też nie przejmuję się zbytnio „gabarytem” wydawnictwa i ślę zapytania ofertowe wszędzie. Natomiast, o wyborze wydawcy przesądza masa czynników, z czego najważniejszym jest pozytywna odpowiedź zwrotna i rysujące się perspektywy wydawnicze.

Pisanie grozy w Polsce nie jest skazane – z założenia – na komercyjną klęskę?    Niskie nakłady, ograniczone grono fanów, traktowanie nieco po macoszemu przez rynek… Więc po co? Nie kusi cię zmienić gatunkowej konwencji? Uciec np. w klasyczny kryminał?

Nie patrzę tak na rynkowe trendy. Albo inaczej: nie uwzględniam trendów w planach pisarskich. Gdybym to robił, „Półpacierz” będący niszą niszy, nigdy by nie powstał. To też nie jest tak, że pisanie grozy w Polsce od razu oznacza tragedię komercyjną. Groza ma swoje miejsce i swoich fanów, a że jest to grono mniej liczne niż miłośnicy kryminału, to cóż z tego? Akurat bezwzględna liczba czytelników, jeżeli nie piszesz pod dyktando zamówienia wydawniczego, nie ma znaczenia w procesie twórczym. Natomiast co do zmiany konwencji to nie jest kwestia pokusy, a historii. Jeśli masz pomysł na fabułę i ten pomysł zmapujesz, to fabuła sama zadecyduje, czy jest kryminałem, baśnią, epic fantasy czy horrorem gore. I odpowiadając na Twoje pytanie: tak, mam kryminał w przygotowaniu. I nie, nie wiem, czy go kiedyś opublikuję.

Pisanie to dla ciebie zawód? Pasja? Odskocznia od codzienności? Coś jeszcze innego?

Po trochu wszystkiego co wymieniłeś, acz dla mnie to bardziej sposób uwolnienia energii, ujęcia w twórcze ryzy, pierwotnej potrzeby ekspresji. Dokładnie tej samej, która kazała naszym przodkom malować historie na ścianach jaskiń. Czasy się zmieniły, ale duch jest dokładnie ten sam. Szczęśliwie nie żyję z pisania, więc mogę podchodzić luźno do tego co, jak i kiedy piszę. I czy piszę w ogóle. Niestety, pisanie to nie tylko radosne stukanie klawiatury napędzane kreatywnymi porywami. To też nieco mniej przyjemne samotne dupogodziny wysiedziane przed laptopem, to wątpliwości i frustracje związane z fabułą. To niepokój o formę, o język, rozterki jak pisać i czy pisać na dany temat itd. Więc pisanie to też po trochu marudzenie i złorzeczenie całemu światu, ekscytacja, gdy widzę skończony maszynopis oraz cholerna duma, gdy widzę książkę w księgarni.

A pisanie w duecie? Nie kusiło / kusi cię, by napisać coś w tandemie? Jeśli tak, to czy masz autora, z którym chciałbyś pracować?

Myślałem kiedyś nad takim modelem, ale poza luźne rozważania nie wyszedłem. To nie dla mnie. Pisanie to moja prywatna przestrzeń sacrum i profanum, przestrzeń bardzo osobista. Moje opowieści w fazie konceptualnej to delikatne twory, które sam oglądam zza czerwonej linii, by przypadkiem czegoś nie popsuć. Jednocześnie poddaję rzeczone modele nieustannej krytyce i korekcie. Na samą myśl, że ktoś na tym etapie, bez ceregieli, przekłada, albo dokłada z radosnym „hej! A zobaczmy jak to będzie wyglądać” dostaję drgawek i szukam wzrokiem noża.

Zdobyłeś niegdyś statuetkę Nautilius 2012 w kategorii Opowiadanie Roku z „ Czarną Leliwę” opublikowaną w Nowej Fantastyce. Później był dość chłodno w środowisku przyjęty debiut „Splątanie”… i bardziej doceniona kolejna powieść „Cienie Nowego Orleanu”. A potem nieco zniknąłeś z radarów miłośników grozy. I nawet „Półpacierz” gdzieś przemknął, prawie niezauważony w grozonecie. Czemu zdolny autor z ciekawymi pomysłami nie może przebić się, trafić do większego, mocniej obecnego rynkowo wydawcy?

Dzięki za zdolnego autora i ciekawe pomysły, doceniam! Ależ ja trafiłem do większego wydawcy, w sumie do największego wydawcy w kraju. Niestety, wydawca postanowił zrezygnować z horroru, przynajmniej mojego. Później był inny, także duży i ważny wydawca, ale ledwie zdążyłem przekazać status prac nad nową książką zerwali umowę. Więc peszek.

Po drodze nastała pandemia oraz przetasowania kadrowe i nagle część kontaktów przestała istnieć. Dodajmy do tego oczywistość, że to co jednemu redaktorowi się podoba, drugiemu nie musi oraz fakt, że wydawnictwa planują kalendarze publikacji ze spory wyprzedzeniem i nagle okazuje się, że z Sali z Kawką dla Autorów znów trafiłem do poczekalni dla petentów.

Co zaś się tyczy grozonetu i radarów wszelakich, szczerze mówiąc wątpię bym był tam kiedykolwiek obecny o rozpoznawalności nie mówiąc. Jak by nie było, piszę raczej luźno gatunkowy, pulpowy horror, który raczej nie ma grona fanów.

Brakuje nad Wisłą rzetelnej oceny krytycznej publikowanej literatury? Weryfikacji tego, co ukazuje się na rynku (a nie jest tego mało)? Wartościowe tytuły – mam wrażenie – giną w zalewie przeciętności. I czytelnik ma prawo czuć się zagubiony…

Brakuje. Teoretycznie mamy kierunki zajmując się krytyką literacką. Nie wydaje mi się jednak, aby rok w rok wypuszczały armie fachowców, wchodzących do branży. Zaś ci, co pracują w zawodzie nie koniecznie pochylają się nad fantastyką. Tam gdzie brakuje profesjonalistów i fachowców do gry wchodzą amatorzy. Jedni mają lepsze, inni gorsi predyspozycje do ferowania opinii. Efektem czego, podobnie jak książki, wartościowe recenzje giną w miale internetowych opinii. Inna sprawa, że jest nadprodukcja książki i nie dotyczy to tylko Polski. Nawet chcąc, nie ma szansy na przeczytanie wszystkiego co jest na rynku. Jeżeli czytelnik nie interesuje się, mówiąc kolokwialnie nie siedzi w temacie, to kaplica. O wyborze książki zadecydują plakaty, ekspozycja na półce lub migawki na Instagramie i pokątne opinie wrzucane do Internetu. A nikt chyba nie jest na tyle naiwnym, by twierdzić, że dobre pisanie samo się obroni. Lub wypromuje.

Jak oceniasz współpracę z Audioteką? Jej działania promocyjne – słyszę od wielu twórców grozy – są, szczerze mówiąc, dość nikłe i zachowawcze. Audioteka promuje duże nazwiska, które – po prawdzie – same się promują. A o maluczkich, a wartych uwagi, zapomina. Zresztą nie tylko Audioteka ma ten problem, ale wielu „klasycznych” wydawców także. Gdzie twoim zdaniem tkwi problem? Jest wg ciebie ten problem w ogóle?

Jeżeli Audioteka prowadzi jakieś działania promocyjne „Półpacierza”, to mi o nich nie wiadomo. Natomiast to, że promują znanych i na nich opierają marketing jest absolutnie zrozumiałym. Ilu odbiorców zainteresuje się nową książką Lewandowskiego, a ilu, przykładowo, Mroza? Koszt kampanii w samych mediach społecznościowych będzie taki sam, lub zbliżony. Domyślam się, że budżety nie są z gumy, więc wydawcy grają zachowawczo i stawiają na faworytów gonitwy. Oczywiście są niuanse i odcienie szarości, acz na koniec dnia decyzję komu budżet na promocję, a komu jednorazowa wzmianka w newsletterze, kształtuje Excel i oczekiwania zarządu. Wszystko sprowadza się tym samym do pytań: ile dane wydawnictwo ma pieniędzy w skarbcu, i jaką ewentualną stratę jest w stanie zaakceptować.

Wracając do „Półpacierza”, miksujesz w jego obrębie liczne konwencje gatunkowe. Ale da się zauważyć także bardzo solidne przygotowanie merytoryczne. Dopracowanie elementów tła, szeroka wiedza nt realiów ówczesnego życia codziennego i relacji społecznych, szczegółowe informacje dotyczące używanej ówcześnie broni itd. Jak dużo czasu zajął ci reaserch do tej książki? Był trudny, sam w sobie?

Nie powiedziałbym, że research był trudny. Raczej momentami kłopotliwy, przez ciągłą selekcję zebranego materiału, lub konieczność kompromisów związanych z samym procesem. Niby do dyspozycji jest ogrom materiału źródłowego, ale, w większości to ogólniki. Podam przykład z notatnika, bo wietrzę szansę by w końcu się z kimś podzielić wiedzą bezużyteczną. Pozorny detal, ale w kreacji fikcyjnego miasteczka na wschodnim wybrzeżu USA napsuł mi krwi: czy ulice były brukowane? Jeśli tak, czy w grę wchodził bruk z kamienia polnego, granitu czy drewniany? Wiem jak to brzmi, ale pokazuje problemy jakie mnie nękają w trakcie pisania. Od razu dopowiem, że nie ustaliłem niczego konkretnego. Dowiedziałem się za to, że w 1909 roku, w Warszawie 10% brukowanej powierzchni stanowił bruk drewniany, którego roczne utrzymanie kosztowało około dziesięciu tysięcy rubli, granit zalegał jedynie na 0,1% całości brukowanych ulic, a kamień polny na 76%. W USA bruk był ponad wszelką wątpliwość, bo w trakcie Wojny Secesyjnej w Baltimore brukiem obrzucano maszerujące wojsko, zabijając dwóch żołnierzy. Oczywiście nic z powyższego nie weszło do „Półpacierza”, ale co wynotowane, to moje. Szukanie cen produktów, kursu dolara i jego ówczesnej siły nabywczej oraz samego kształtu płacidła też miało wymiar bardziej edukacyjny, niż praktyczny. Koniec, końców tabele cen, do których dotarłem, nie były nazbyt precyzyjne, więc musiałem uśredniać i szacować „na oko”.

Nie powiem ile czasu mi zajęło zgromadzenie wszystkich informacji. Raz, ponieważ „Półpacierz” powstawał rzutami przez kilka lat. Dwa, niektóre informacje nie były trudne do zdobycia choćby opisy broni, ich celność, zasięg itd. Inne, na przykład marki piwa i whiskey, maszyny w składzie taboru Pennsylvania Railroad były nieco bardziej wymagające. Inna sprawa, że research to moja ulubiona część pisania książki i sam nie wiem, gdzie kończy się faktycznie gromadzenie informacji, a gdzie zaczyna „uu, a to co to?”

Jest w „Półpacierzu” pokaźna galeria nietuzinkowych postaci. A ty masz którąś ulubioną? Którą darzysz największą sympatią? Sentymentem? Przy której kreowaniu bawiłeś się najlepiej?

Abner to zdecydowanie mój faworyt. Początkowo on i Ignacy (i pozostali) mieli o sobie nie wiedzieć. Było przy tym trochę śmiechu, ale finalnie zmieniłem podejście, bo ciągłe przeskoki wprowadzały zbyt dużo chaosu. Abner jest bohaterem ze sporym stażem: jego zamysł pojawił się jeszcze przed szkicem „Splątania”. Tym samym jest on dość wysoko na mojej liście ulubieńców. Postać niezrównoważonego przestępcy, którego ściga Półpacierz także mi się bardzo spodobała. Do tego stopnia, że dostał więcej miejsca niż zakładałem: w pierwszym szkicu, stanowił jedynie pretekst do zawiązania akcji i chwilę po przybyciu do Nowego Narakort schodził ze sceny. Miałem sporo frajdy, przy kreowaniu wszystkich tych cudacznych postaci, nawet tych, które jedynie migają na dalszych planach, jak carski alchemik. Jednocześnie ciąży mi świadomość, ograniczenia czasu oraz przestrzeni, efektem czego ciekawe figury np. kobieta z plemienia Nawaho, która ma potencjał dla własnej opowieści, dostała w „Półpacierzu” jedną scenkę. Podobnie femme fatale Jane.

Od premiery „Półpacierza” minęło trochę czasu. Zbyt wcześnie (jeśli autor nie jest R. Mrozem lub M. Czornyjem) pytać o kolejną premierę. Ale o to, nad czym pracujesz obecnie, już tak. Więc co aktualnie masz na warsztacie?

Przez różne zawirowania mam małą kumulację. Na dniach skończę nową książkę. Bez wchodzenia w detale będzie to pulpowe urban fantasy mocno podlane horrorem z akcją osadzoną w Trójmieście.

Jeżeli wydawca nie zmieni planów to w przyszłym roku do księgarni trafi powieść „Gruchot” – lekki, przygodowy straszak wpisujący się w nurt kids on bikes. Jeśli ktoś się zastanawia o co chodzi, to podpowiadam materiał wyjściowy: „Super 8”, „Stranger Things”, „To”, „Wampiry kontra Bronx”.

Natomiast co i czy dalej w ogóle, nie potrafię powiedzieć: decyzji jeszcze nie podjąłem.

Mariusz Wojteczek

Rrocznik '82. Kiedyś Krakus z przypadku, teraz Białostoczanin, z wyboru. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4”, „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”, „Żertwa”, „The best of Histeria”, „Zwierzozwierz” i „Wszystkie kręgi piekła”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. Wydał autorskie zbiory opowiadań: „Ballady morderców” (Phantom Books 2018) oraz „Dreszcze” (Wydawnictwo IX 2021) oraz powieść „Ćmy i ludzie” (Wydawnictwo IX 2022). Pracuje nad kilkoma innymi projektami (które być może nigdy nie doczekają się ukończenia). Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie Martynie oraz popkulturze – w takiej właśnie kolejności.

Zobacz także

Mariusz Wojteczek – Horror jest zwierciadłem, odbijającym społeczne lęki swoich czasów [wywiad]

Katarzyna Wolny z bloga Alicya w Krainie Słów przeprowadziła wywiad z naszym redaktorem Mariuszem Wojteczkiem, …

Leave a Reply