Gorący temat

Magiczne lata – najlepsza powieść o końcu dzieciństwa, jaką kiedykolwiek napisano

„Magiczne lata” Roberta McCammona to – jednym zdaniem – powieść kompletna. Popkultura wydała na świat przynajmniej kilka dzieł wybitnych, które mimo upływu lat nie tracą na swojej wartości, ale – zaskakująco – z każdym rokiem wręcz zyskują na wyrazistości i zachwycają wciąż na nowo, uwodząc swoją magią kolejne pokolenia. Takie właśnie są też „Magiczne lata” – najważniejsza powieść w dorobku amerykańskiego twórcy. I jeśli macie w swoim życiu przeczytać tylko jedną, jedyną powieść, to niech to będzie właśnie ta.

Ta powieść to doskonały przykład, jak zmienia się czytelnicza percepcja. Nie tyle z upływem lat, co z ilością lektur, jakie w tym okresie odbiorca zdoła przyswoić. Moje pierwsze zetknięcie z tą książka miało miejsce za sprawą wcześniejszego wydania, z Wydawnictwa Papierowy Księżyc, które było zresztą drugą publikacją powieści na polskim rynku. Dziesięć la temu. I ówcześnie odczytywane, „Magiczne lata” już zachwycały fabularnie, choć – przyznaję ze wstydem – narzekałem nieco na dość trywialny finał kryminalnej zagadki, będącej swoistą klamrą spinającą całą powieść. Odczytywana niniejszym ponownie, zdecydowanie urzeka jeszcze bardziej, ukazując perfekcję konstrukcji fabuły. Udało się McCammonowi wszystko skrupulatnie zaplanować, by dopiąć wszelkie, zdawałoby się najbardziej poboczne wątki oraz skonstruować wspaniałą przypowieści o dojrzewaniu. Niech King się schowa! – i mówię to z pełną odpowiedzialnością. McCammona cechuje większa lekkość, większe panowanie nad własną opowieścią, niż zwykle spotykamy to u Króla horroru. On czaruje z jednej strony prostotą samej historii, a z drugiej mistrzowskim mieszaniem gatunków. I niezwykle urzekającym, uwodzącym portretem schyłku dzieciństwa, jakiego chyba nikomu nie udało się ukazać lepiej. Nawet wspomniany King w monumentalnym – i z gruntu horrorowym „To”, czy w skromniejszej i bardziej obyczajowej noweli „Ciało” (z „Czterech pór roku”) nie zdołał ukazać uroków utraty dziecięcej niewinności lepiej, jak odmalował to McCammon. Nie udało się to też Danowi Simmonsowi w – ponownie, przede wszystkim, horrorowej – „Letniej nocy”. Owszem, to wspaniała literatura, to klasyki gatunku, jednak wciąż to tytuły zorientowane na gatunkowy horror, na grozę, która staje się głównym trzonem opowieści, jej siłą nośną, określającą ściśle gatunkową przynależność. I może właśnie dlatego to autor „Magicznych lat” odniósł w tym zakresie największy sukces? Ponieważ ta powieść w dużej mierze stanowi prozę obyczajową, autobiograficzną? Owszem, solidnie wzbogaconą o elementy fantastyki, czy grozy, ujęte – jak wspomniałem – w kryminalną klamrę, ale jednak w gruncie rzeczy uciekające od jednoznacznej gatunkowości? W samym swoim trzonie to przecież czysta opowieść obyczajowa o amerykańskiej prowincji lat 60-tych, stającej u progu zmian cywilizacyjnych i społecznych. „Magiczne lata” to mikroświat i prowincjonalne miasteczko w Alabamie pokazane oczami 12-letniego Cory’ego, który jest typowym dzieciakiem swoich czasów. I który przez swoje – i swoich przyjaciół – spojrzenie filtruje portret amerykańskiego Południa, naznaczonego jeszcze bolączkami rasowej segregacji, ale też powoli ograbianej z tradycyjnych ostoi prowincjonalnej swojskości. Zanika powoli mały, lokalny handel i produkcja, wypierane przez coraz mocniej i bliżej panoszące się markety, będące jednym z wielu symboli zmian gospodarczych, ale też społecznych. Świat się zmienia, świat idzie naprzód i nawet małe, senne, swojskie Zephyr w Alabamie nie może się przed tym ustrzec.

A ono samo jawi się jako miasteczko pozornie zwyczajne, ale jednak kryjące liczne, mniej lub bardziej mroczne sekrety, które autor odsłania powoli, układając kolejne puzzle swojej skomplikowanej fabularnej układanki. I te sekrety – same w sobie – może nie są jakieś na wskroś niezwykłe, zaskakujące, szokujące. Ale dobrze portretują amerykańską prowincję, z jej mieszaniną ambicji, poglądów, temperamentów i pragnień zachowania status quo, bez względu na cenę.

Udało się McCammonowi nakreślić portret na wskroś autentyczny, szczegółowy, pokazany z rozmachem kreacji, ale i z pieczołowitością skupienia na detalach. A wszystko to oczami dwunastolatka, który – ze strony na stronę, dzień po dniu pewnego gorącego, leniwego lata, coraz bardziej traci swoją niewinność. Dzieciństwo mija nieubłaganie i raz utracone, nie wróci nigdy. Cory to wie, wiedzą to jego przyjaciele, dlatego starają się wycisnąć je jak cytrynę. Póki mają jeszcze czas. Ci, którzy jeszcze go mają.

McCammon to pisarz gatunkowy, więc śmiało korzysta z dobrodziejstwa, jakie daje mu gatunkowy sztafaż. Wprowadza elementy czysto fantastyczne (jak tajemnicze zwierzę z zaginionego świata, które chłopcy spotykają w wędrownym lunaparku), czy horroru (nie tylko samochód widmo, ale też odniesienia do jakże obecnej w kulturze południowych stanów religii voo doo). I są to wątki na tyle silne, że nie tylko dopełniają powieść, nie tylko uzupełniają ją jako elementy tła, ale stanowią jej integralną część, starannie zaimplementowaną i mającą znaczący wpływ na całość fabuły – jak choćby koszmary śnione przez ojca Cory’ego, związane z głównym wątkiem kryminalnym w powieści.

McCammon w obrębie swojej autobiograficznej w dużej mierze opowieści gromadzi znaczną część amerykańskiej mitologii. A już na pewno wszystkie marzenia nastoletnich chłopców. Znajdziemy tu echa złotych lat westernu, znajdziemy przygody, zagadkowe zbrodnie i nastoletnie śledztwa, znajdziemy bohaterskie czyny i potwory – tak mityczne, jak i te gorsze, w ludzkiej skórze. Są tu radości i smutki, są wzruszenia i rozpacz, śmiech i łzy. Jest nadzieja i wiara, nawet w to, co pozornie niemożliwe.

Wspomniałem na wstępie, jak znaczącym przykładem jest czytelnicza dojrzałość dla właściwego odczytu literatury. Dojrzałość rozumiana nie w kontekście wieku czytającego, ale jego obeznania z literaturą podmiotu. Znajomość klasycznych dzieł popkultury pozwala tym bardziej docenić prozę McCammona, kiedy porównamy ją ze zbliżonymi tematycznie i gatunkowo literackimi przykładami. Ale równie ważna jest też znajomość historii, tła społeczno – gospodarczego przedstawionego w powieści okresu oraz obycie z literaturą jako taką, w zakresie stylistycznym, warsztatowym. To wszystko poszerza perspektywę, pozwala dostrzec więcej, osadzić daną prozę w kontekście historycznym, społecznym. Odbiorca zyskuje szansę na zrozumienie pierwotnego wydźwięku i znaczenia. A wiele z przekazu niegdyś kontrowersyjnego, czy wręcz obrazoburczego z czasem powszednieje, bo zmieniają się czasy i sam kontekst już tak mocno nie prowokuje, nie wzburza. Moje własne, ponowne – po dziesięciu latach – odczytanie „Magicznych lat” pokazało, jak wiele zyskać można z lektury, jeśli podejdziemy do niej właściwie przygotowanym, z odpowiednim „zapleczem” merytorycznym w zakresie zarówno literatury podmiotu, jak i przedmiotu. W jak odmienny sposób patrzyłem już nawet nie tylko na fabułę – choć i w tym zakresie byłem zdolny dostrzec więcej – ale też zwrócić uwagę na liczne odniesienia kulturowe, na precyzję konstrukcji nie tylko opowieści jako takiej, ale i tła, znakomicie portretującego pewien starannie dobrany wycinek z dziejów Ameryki.

I nie, bynajmniej nie twierdzę, iż „Magiczne lata” to powieść „nie dla idiotów” (jeśliby nawiązać do niedawnych, głośnych słów noblistki, Olgi Tokarczuk). To proza absolutna. Wybitna, piękna, fascynująca. Wzruszająca w swojej szczerości. I odczytywana co jakiś czas ponownie, pozwala odkryć coraz to nowe aspekty swojej wyjątkowości. Bo rzeczy wybitne ani się nie nudzą, ani nie starzeją. A niektóre wznowienia mają swój sens i swoją wartość, dając szansę na ich odkrycie przez kolejne pokolenia.

Magiczne lata

Nasza ocena: - 100%

100%

Robert McCammon. Tłumaczenie: Maria Grabska-Ryńska. Wydawnictwo Vesper 2022

User Rating: Be the first one !

Mariusz Wojteczek

Rrocznik '82. Obecnie Krakus, trochę z przypadku, trochę z zasiedzenia. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4” i „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. W 2018 wydał autorski zbiór opowiadań „Ballady morderców”. Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie i popkulturze – w takiej właśnie kolejności.

Zobacz także

Wiwat egalitaryzm kulturowy (Tokarczuk a sprawa polskiego czytelnictwa)

„Przywołam mojego przyjaciela, arcybiskupa Tutu. Byliśmy razem na jakiejś konferencji i ktoś zapytał go “jak …

Leave a Reply