Gorący temat

Mazebook. Księga Labiryntów – po nitce do… [recenzja]

Mazebook. Księga Labiryntów, zgodnie z tym co jego twórca napisał w posłowiu to album, który mimo ciężkiej emocjonalnie tematyki, przyniósł mu wiele twórczej radości. Czy te odczucia przechodzą również na czytelnika?

Jeff Lemire to twórca o kilku artystycznych obliczach. Znamy go jako scenarzystę i rysownika poruszających opowieści obyczajowych, ale też jako scenarzystę popkulturowych opowieści gatunkowych – jak na przykład horroru “Gideon Falls””, czy historii science fiction („Ascender” i “Descender”), a także jako twórcę  wielu superbohaterskich opowieści. W tych ostatnich możemy jeszcze wyróżnić tradycyjne superbohaterskie historie osadzone w znanych uniwersach oraz ich pastisz, czyli cykl “Czarny Młot”. Jeff Lemire ma zatem wiele komiksowych twarzy, czasem nawet aż tyle, że niektórzy uważają, iż niepotrzebnie się rozdrabnia. Tak jakby chciał zrealizować każdy pomysł, który narodził się w jego głowie. Pytanie – czy każdy pomysł jest tego wart? 

“Mazebook. Księga labiryntów” należy teoretycznie do grupy obyczajowych opowieści Lemire’a, z których już kilka zostało wydanych po polsku (m.in. “Twardziel”, “Royal City” i “Opowieści z Hrabstwa Essex”). Jednocześnie autor nadał jej formę, która kojarzy się z opowieścią niesamowitą w rodzaju tych z serialu “Strefa mroku”. Oto samotny mężczyzna w średnim wieku rozpamiętujący od lat stratę córki najprawdopodobniej zmarłej na raka, zaczyna widzieć wokół siebie znaki świadczące o tym, że może ona żyć. Głuche telefony w nocy i labirynty, w których rozwiązywaniu lubowała się nastolatka nakładają się na wizje, w których córka Willa pojawia się w charakterystycznym swetrze. Jego odpruta czerwona nitka zaprasza bohatera do podążania śladem ulotnej obecności dziewczyny i tak zaczyna się podróż przez labirynty różnego rodzaju – kłębowisko własnych myśli, labirynt wielkomiejskich zakamarków, wreszcie przez mieszaninę emocji, które po latach wciąż nie dają bohaterowi spokoju i sklaniaja do osobistych poszukiwań. Takich, które pozwoliłyby mu przepracować stratę..

“Mazebook. Księga Labiryntów” mimo tajemniczej otoczki to po prostu metaforyczna opowieść o próbach radzenia sobie ze stratą bliskiej osoby. Narysowana w charakterystycznym stylu Lemire’a, choć w tym przypadku twórca pozwala sobie na większą dozę artystycznych improwizacji. Nie spieszy się ze swą opowieścią, tylko pokazuje kolejne stadia (wyszczególnione w ciekawy sposób na okładkach albumu) podróży głównego bohatera przez ów komiksowy labirynt. Po nitce, razem z cierpiącym ojcem musimy dojść do rozwiązania, które pokaże nam, czy Will słusznie udał się w tę oniryczną podróż.

To nie jest komiks, którym Lemire chce coś udowodnić, po prostu płynie swobodnie z prostą historią, nie próbuje przekombinować scenariusza bądź zasypać nas ogromem znaczeń i symboli. Ale też nie wzbudza w nas – może oprócz finałowych stron – maksymalnego zaangażowania, jak potrafił to zrobić choćby w przypadku „Łasucha” czy “Opowieści z Hrabstwa Essex”. To jest po prostu dobra, bo na pewno nie wybitna historia, choć rysunkowo znakomita, na której odbiór może mieć wpływ fakt, że czytałem wcześniej lepsze i bardziej angażujące opowieści o tej tematyce, z arcydziełem “Trzy cienie” Cyrila Pedrosy na czele. Ale czasem takie dobre, i mimo całej labiryntowej otoczki proste historie wystarczają, zwłaszcza jeśli pokazują, że w zawiłościach życia, które sami sobie stwarzamy, najlepiej sprawdzają się właśnie proste rozwiązania.

Mazebook. Księga Labiryntów

Nasza ocena: - 70%

70%

Scenariusz i rysunki; Jeff Lemire. Tłumaczenie: Jacek Drewnowski. Egmont 2023

User Rating: Be the first one !

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki" i Instytutu Książki, jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku.

Zobacz także

Mity Cthulhu wg Lovecrafta – kolejna mistrzowska interpretacja komiksowa klasyki grozy [recenzja]

Choć przyznaję, bywa ostatnio tak, że psioczę na wszechobecność Lovecrafta na polskim rynku – bo …

Leave a Reply