Gorący temat

Minari – być potrzebnym [recenzja]

“Minari” świętuje ostatnio sukcesy w różnych branżowych zestawieniach filmowych w kategorii drugoplanowej roli dla Yuh-Jung Youn. I choć rzeczywiście jest to niezwykła, symboliczna i zarazem jakże prawdziwa postać, to w równym stopniu zasługuje na pochwały cały film o próbujących zrealizować amerykański sen Koreańczykach.

“Minari” nie jest odległą w czasie historią, rozgrywa się w latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku, odnosimy jednak wrażenie, że jego fabuła rozgrywa się kilka dekad wcześniej, być może w latach pięćdziesiątych, a może nawet w czasach opisanych przez Steinbecka w “Gronach gniewu”. To wszystko za sprawą powolnej narracji i obrazów z amerykańskiej prowincji, które tworzą z “Minari” rodzaj kontemplacyjnego kina, wyrzucanego jednak z tej formuły co jakiś czas przez mocniejsze fabularne akcenty. 

Niezwykle łatwo nazwać nam “Minari” filmem o trudnym, ciężkim życiu koreańskich emigrantów, co w jakiś sposób szufladkuje reżyserską wizję i daje niepełny obraz tego, co widzimy na ekranie. To z jednej strony bardzo prosta, pełna pozytywnych emocji historia, która za sprawą biblijnych odniesień jest w rzeczywistości dużo bardziej złożona, choćby próbując przełamać niewygodne podziały obowiązujące we współczesnym świecie, podzielonym na tubylców i napływających obcych. W ogólnym zarysie i tak wszyscy wiodą bowiem podobny los i niosą przez życie swój krzyż, jak robi to dosłownie, co niedzielę znakomity w roli przyjaciela Koreańczyków Will Patton.

W poszukiwaniu lepszego życia koreańska rodzina przeprowadza się do nietypowego domu na odludziu i w samym środku ugoru, choć od tego gorszego wcale nie daje im się uciec, co symbolizuje moralnie niewdzięczna praca, jaką posiadający amerykańskie imiona małżonkowie, czyli  Monica i Jacob, wykonują na fermie kurczaków. Jacob próbuje to zmienić, inwestując swoje siły w uprawę ziemi, ale kolejne nieprzyjazne okoliczności co i rusz podkopują jego starania. Wydaje się, że cała rodzina, dzieci, rodzice i jeszcze babcia, szukają czegoś, co już mają lecz o tym jeszcze nie wiedzą – czyli poczucia bycia potrzebnym. I dopiero kolejne spadające na nich nieszczęścia spowodują, że w końcu to wspólnie dostrzegą. 

“Minari” to odpowiedź na pragnienie polskiego widza, aby zanurzyć się w wizji, w której nie zostaniemy moralnie zdeptani jak w filmach Smarzowskiego ani zwyzywani jak w filmach Vegi, mimo że film tak samo niesie w sobie mocny ciężar fabularny i nie szczędzi nieszczęść koreańskiemu Hiobowi w postaci Jacoba, ojca rodziny granego przez znanego dobrze wielbicielom “The Walking Dead” Stevena Yeuna. Z drugiej strony jest także  odpowiedzią i swoistym rewersem pamiętnego, koreańskiego “Parasite”, w którym w dosadny sposób pokazanoo podziały klasowe w społeczeństwie Korei. I właśnie z Korei dociera na amerykańską prowincję Soonja, matka Jacoba, która w nietypowy sposób spełnia się w roli babci i opiekunki dwójki uroczych dzieci Jacoba i Monici. 

Widać w tej postaci echa koreańskiego dziedzictwa widzianego w “Parasite”, a mianowicie ludyczny spryt i niechęć do przestrzegania pewnych społecznych nakazów, które przestają obowiązywać w obliczu okrucieństwa losu. Los, przeznaczenie, czy po prostu przypadek wyjątkowo bezlitośnie obchodzą się w “Minari” z rodziną emigrantów i przez jakiś czas wydawać się może, że całkowicie ją zdemontują. W żaden sposób nie można uznać jej za wzorową, ale ta podstawowa komórka społeczna w obliczu kolejnych klęsk nieustannie się odradza i trwa nawet na najbardziej nieprzyjaznym ugorze, podobnie jak tytułowa minari, określana potocznie mianem koreańskiej pietruszki. 

Nieszczęście i ciężkie życie i nawet ostateczny cios z finału nie są w stanie ostatecznie rozbić rodzinnych więzi, ponieważ wspólny los zadzierzgnął je zbyt mocno. W polskim kinie bylibyśmy przy takich przeciwieństwach losu świadkami narodzin bolesnej patologii, tymczasem w “Minari” dostajemy historię o nieustannym odradzaniu się, podnoszeniu się z kolan, czy po prostu o poczuciu bycia potrzebnym, które swym czynem realizowała z katastrofalnym skutkiem Soonja. Nikt jej jednak nie potępia, ani nie odrzuca, ponieważ ona sama wciąż potrzebna jest dzieciom, które w symbolicznych końcowych scenach kierują ją we właściwą stronę. Afirmacja życia – słychać później pochwały od widzów i krytyków i to brzmi jakoś górnolotnie, pasując i jednocześnie nie pasując do “Minari”. Film o poczuciu bycia potrzebnym brzmi pewnie bardziej przyziemnie, ale w pełni oddaje jego przesłanie.

 

Minari

Nasza ocena: - 80%

80%

Reżyseria: Lee Isaac Chung. Występują: Steven Yeun, Yuh-Jung Youn, Ye-ri-Han. A24 2021

User Rating: Be the first one !

Tomasz Miecznikowski

Avatar
Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki" i Instytutu Książki, jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku.

Zobacz także

Nikt – pogromca Johna Wicka? [recenzja]

Jeśli za jedną ze złotych zasad „dobrego” kina uznamy brak kombinowania w miejscach, w których …

Leave a Reply