Gorący temat

Moonfall – panu Emmerichowi już podziękujemy [recenzja]

Jeden z najbardziej rozpoznawalnych speców od kinowej rozwałki, Roland Emmerich powraca z nowym materiałem i cóż tu kryć, pod kątem oferowanej jakości w niszczeniu trzeciej planety od Słońca trzyma się stałego, boleśnie słabego poziomu.

Zanim jeszcze zabierzemy się do radosnego kopania leżącego, wypada uczciwie przypomnieć, że Emmerich miał w swojej karierze momenty w których równał w kierunku porządnych blockbusterów. Pomijając nieco bardziej ambitne epizody w postaci „Anonimusa” czy „Patrioty”, zarówno „Dzień Niepodległości”, „Godzilla”, czy „Pojutrze” może nie porażały wyjątkowo skomplikowanymi scenariuszami, ale miały w sobie na tyle wewnętrznej spójności, by w ramach wykreowanej, ekranowej rzeczywistości nie odrzucać widzów sekwencjami urągającymi przyczynowo-skutkowej logice. Coś w podejściu do portretowania kinowej zagłady zmieniło się u niemieckiego reżysera dopiero wraz z przeładowanym akcją „2012”, a szczytem całkowitej jazdy bez trzymanki okazał się „Dzień niepodległości 2”. Pół dekady później człowiek-demolka Hollywood zabiera się za kolejną apokalipsę – i bez mała, tym razem absurdem przebijającą wszystko co widzieliśmy w jego wykonaniu do tej pory.

W „Moonfall”, zagrożeniem jakie spada na Ziemię niczym grom z jasnego nieba, jest Księżyc – a konkretnie jego nagła zmiana orbity. Nasz satelita wkrótce znajduje się na kursie kolizyjnym z błękitną planetą i choć wydaje się, że nic nie może powstrzymać nadciągającego z impetem końca świata, były astronauta Brian Harper, specjalista od teorii spiskowych KC Houseman i pracująca w NASA Jo Fowler organizują misję ostatniej szansy. Wszystko bowiem wskazuje na to, że siła jaka stoi za katastrofa może nie być całkiem naturalna – i na przekór wszystkim niedowiarkom, wciąż istnieje szansa by powstrzymać najgorsze.

Wybierając się na seans „Moonfall” już przez wzgląd na osobę reżysera trudno nie mieć pewnego wyobrażenia o tym, z jakiego rodzaju kinem przyjdzie nam się mierzyć. Kiepsko rozpisane postacie podparte pełnymi czerstwego humoru dialogami, obfitujące w bombastyczne CGI plany zdjęciowe, niemal zerowe poszanowanie dla nauki. Wszystko to zdaje się niejako wpisane w gatunek kataklizmów spod znaku twórców pokroju Michaela Baya i Rolanda Emmericha – i próba wpisania, a także oceny ich dzieł według sztywnych jakościowych ram zakrawa zatem na nonsens. I choć w przeważającej ilości przypadków, skuteczność tego typu filmów bardziej niż jakichkolwiek innych zasadza się przede wszystkim na indywidualnej tolerancji odbiorcy na ilość bzdur wylewających nań z ekranu, nawet w przypadku w pełni wyrachowanego kina klasy C, możemy mieć do czynienia z rzeczą potrafiącą swe założenia realizować – albo i nie. „Moonfall” zalicza się do tej drugiej grupy.

W teorii w najnowszym filmie Niemca wszystko się zgadza – mamy dokładnie te same części składowe które wymieniliśmy powyżej, które razem powinny  niejako z automatu kreślić nam efektowny, bezmyślny blockbuster. Problem w przypadku „Moonfall” polega jednak nie na tym, co się nań składa – ale jak.

Podstawowy zarzut jaki można wystosować do filmu Emmericha, to potraktowany całkowicie po macoszemu scenariusz. Pal licho wynikający z natury gatunku brak naukowej logiki i dziesiątki uproszczeń – gorzej jednak, że całość nie trzyma się przysłowiowej kupy również na poziomie spójności kolejno następujących po sobie scen. Efekt jest taki, że tylko przez pierwszą godzinę filmu jesteśmy rzucani z zawrotną prędkością po co najmniej kilku różnych wątkach – ale tak naprawdę wciąż mamy poczucie, jakby rdzeń fabuły stał w miejscu. Trudno uciec od wrażenia, że oglądamy ciągnące się w nieskończoność wprowadzenie do właściwej części historii – a kiedy w końcu coś w temacie spodziewanego końca świata zaczyna się dziać, „Moonfall” po raz kolejny postanawia wcisnąć hamulec i całkowicie odjechaną kosmiczną misję przetkać rodzinnymi scenami rodzajowymi. Chyba nie trzeba przypominać, jak bardzo będziemy w nie zaangażowani.

Pod wieloma względami, „Moonfall” jest więc poniekąd nieplanowaną karykaturą znakomitej większości portfolio Emmericha – niby uszytą z tych samych łat, ale na tyle niedbale, by wywołać uczucie znużenia nawet u najbardziej wyrozumiałych widzów. Nie znaczy to, że nie znajdą się tacy, którzy w „Moonfall” odkryją na tyle grzesznej przyjemności, by niezobowiązująco się na nim bawić – ale po prawdzie nawet oni lepiej zrobią, oglądając kolejny raz „Dzień Niepodległości”.

Foto © Monolith Films

Moonfall

Nasza ocena: - 25%

25%

Reżyseria: Roland Emmerich. Obsada: Halle Berry, Patrick Wilson, John Bradley. USA/Chiny/Niemcy, 2022.

User Rating: 4 ( 1 votes)

Maciej Bachorski

Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i przyzwoitej (znaczy, nie tylko single malt) whisky. Pisywał dla "Playboya", "PIXELA", czy "Wiedzy i Życia", a obecnie współpracuje z "Nową Fantastyką", "CD-Action" i "Netfilmem".

Zobacz także

Pełzająca śmierć – aligatornado [recenzja]

W przeciwieństwie do rekinów, aligatory nie zajmują tak uprzywilejowanej pozycji pośród etatowych maszynek do zabijania w gatunku animal attack. W ciągu ostatniej dekady, przyzwoitych filmów z ich udziałem dałoby się zapewne naliczyć na połowie palców jednej ręki. Naprzeciw niecierpliwie oczekujących na powrót gadów fanów gatunku, postanowił jednak wyjść Alexandre Aja.

Leave a Reply