Multiwersum – niekończąca się opowieść [recenzja]

Po lekturze “Ostatniego kryzysu” wydawało się, że Grant Morrisson doszedł do krańca swoich scenopisarskich możliwości w tworzeniu złożonych fabularnie eventów przyprawiających w równym stopniu o podziw, co o czytelniczy ból głowy. I zdaje się, że jednak nie doceniliśmy kreacyjnych możliwości scenarzysty, który w “Multiwersum” przekracza kolejne, twórcze granice.

Pięćdziesiąt dwa, to liczba bardzo ważna dla uniwersum DC. Polscy czytelnicy spotkali się z nią już przy okazji szeroko zakrojonego relaunchu DC, które po “Flashpoincie” przybrało formę “The New 52”, po polsku znanego jako Nowe DC. W USA wydawane było wtedy 52 serie komiksowe, z których u nas pokazał się jedynie niewielki ułamek. Poza tym pamiętajmy, że rok ma 52 tygodnie, w rytm których trwa wydawniczy cykl komiksowy za Oceanem. Więcej – jeszcze wcześniej, w latach 2006-2007 była wydawana seria “52”, pokazująca skutki “Nieskończonego kryzysu”, eventu który nawiązywał do “Kryzysu na nieskończonych ziemiach”. Aż dziwi fakt, że “Multiwersum” obyło się bez frazy o kryzysie, ale za to najistotniejsza jest dla tego komiksu ponownie liczba 52, ponieważ łączy w sobie wydarzenia z pięćdziesięciu dwóch wszechświatów, na których jest pięćdziesiąt dwie wersje Ziemi. A jedyną osobą, która była w stanie ogarnąć wszystkie meandry tak pomyślanego projektu, jest rzecz jasna Grant Morrison.

Z pozoru to kolejny, kryzysowy event, którymi jesteśmy sukcesywnie zasypywani zarówno ze strony DC jak i Marvela. Zaczyna się od ataku dziwacznych przeciwników na jedną z pięćdziesięciu dwóch Ziem, potem okazuje się, że to w zasadzie atak na całe Multiwersum i trzeba zebrać siły ze wszystkich dostępnych Ziem (bo nie wszystkie są dostępne, niektóre skrywają się za zasłoną tajemnicy) i dać mu odpór. Oto w skrócie fabuła “Multiwersum”, nie różniąca się w zasadzie niczym, od poprzednich bądź przyszłych kryzysów. Powtórzmy – z pozoru.

Nie jest tak, że Morrisson opowie nam tu o wydarzeniach ze wszystkich pięćdziesięciu dwóch Ziem. “Multiwersum” złożone jest dziewięciu dłuższych rozdziałów, z których jeden dodatkowo zawiera przewodnik po tymże Multiwersum, a ten w dużym stopniu pomoże nam w ogarnięciu ogromnej liczby postaci i układzie sił na każdej wersji naszej planety. Można zadać pytanie, czy ta wiedza jest nam w ogóle potrzebna? Jedno pytanie rodzi drugie, które zadajemy sobie już po skończeniu lektury – czy to wszystko miało w ogóle sens?. Można równie dobrze założyć, że patrząc na całą architekturę uniwersum DC od jego zarania- takie pytanie zapewne zadawał sobie również Grant Morrison. I można założyć, że odpowiedział w ten sposób – nie, to nie ma sensu. Ale nawet przy takiej odpowiedzi, wciąż dzieje się jedna, bardzo  istotna rzecz – opowieść musi się toczyć dalej. I nic, żaden kryzys nie jest  w stanie jej powstrzymać. 

“Multiwesum” przy takim podejściu staje się przede wszystkim autotematycznym eksperymentem ekstrapolującym możliwości rozwoju komiksowego medium i tworzonych w nim światów. Wśród dziewięciu rozdziałów, które dostaliśmy w dziele Morrisona, jest kilka opowieści wydających się nie mieć żadnego związku z głównymi wydarzeniami fabularnymi. Znajdziemy tu ciekawą wariację na temat “Strażników” z Ziemi 4 z klimatycznymi rysunkami Franka Quitely. Znajdziemy też opowieść o wersji Ziemi, na której wszelkie niebezpieczeństwa zostały zażegnane i superbohaterowie jedynie się nudzą. Znajdziemy opowieść o Supermanie w służbie Trzeciej Rzeszy z przyciągającymi wzrok rysunkami Jima Lee. Znajdziemy o wiele więcej, na czele z wieloma graficznymi nawiązaniami do klasycznych plansz z długiej historii superbohaterskich opowieści obrazkowych. Jednak najistotniejszy w “Multiwersum” jest motyw komiksu infekującego swą trescią pozostałe wszechświaty, którego bohater – Ultra Comics – przebija czwartą ścianę i zwracając się wprost do nas sprawia, że my,  czytelnicy, również stajemy się bohaterami morrisonowego “Multiwersum”. A to, nie powiem, jest dosyć fajnym uczuciem.

Ale po co to wszystko – zapytają ci, wciąż nie widzący sensu w całym projekcie. Dokładnie to samo pytanie musiał zadawać sobie Morrison tworząc “Multiwersum” i zastanawiając się gdzie jest, jeśli w ogóle jest kres tej niekończącej się opowieści? A może samo to pytanie jest bez sensu i trzeba na to zjawisko spojrzeć z innej strony? Oto bowiem, na naszych oczach powstaje coś niezwykłego, projekt bez precedensu w historii kultury masowej. Zarówno Marvel i DC tworzą najbardziej rozbudowaną, najrozleglejszą opowieść w dziejach. Coś, co nam w tej chwili może się wydawać nużące, niepotrzebne, powtarzalne, przypominającą formą telenowelę, ale też posiadające swoje kamienie milowe, a także elementy, które opowieść tę starają się zdekonstruować. 

“Multiwersum” zbiera w sobie te wszystkie znaczenia i w uczciwy sposób pokazuje rozmiar niezwykłego projektu, którego podstawą są powstające i nieustannie przekształcające się komiksowe uniwersa. Być może z innej perspektywy, za sto, dwieście lat ludzie będą mozolnie studiować ten bezmiar opowieści. Tak właśnie, nie chodzi tu o głębię, wartość literacką tylko bezmiar, razem z bezmiarem jego przekształceń. Świadectwo możliwości twórczych i niech będzie, że odtwórczych ludzi, którzy zbudowali największy popkulturowy świat, z biegiem lat mający coraz większy wpływ na powiększające się kręgi fanów. Fascynujące zjawisko, którego złożoność udało się Morrisonowi uchwycić najlepiej właśnie w “Multiwersum”. Naprawdę, szacunek za tę robotę Panie Scenarzysto (albo jeśli ktoś woli: bijmy pokłon dla Szalonego Demiurga Komiksowych Światów!).

Multiwersum. Scenariusz: Grant Morrison. Rysunki: Jim Lee, Ivan Reis, Frank Quitely i inni. Egmont 2020.

Ocena: 8/10

Tomasz Miecznikowski

Avatar
Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki" i Instytutu Książki, jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku.

Zobacz także

Hellblazer, tom 5 – za wszystkich, którzy odeszli [recenzja]

Trzeci tom “Hellblazera” ze scenariuszem Gartha Ennisa godnie zamyka dokonania Irlandczyka na polu kultowej serii, …

Leave a Reply