Gorący temat

Najjaśniejszy dzień – Biała Latarnia do kompletu [recenzja]

“Najjaśniejszy dzień” to bodajże najobszerniejszy album w wydawanej przez Egmont serii DC Deluxe. Czy niemal siedemset stron komiksowej lektury przekłada się również na satysfakcjonującą jakość historii wykreowanej przez Geoffa Johnsa?

Komiksy ze scenariuszami Geoffa Johnsa to już stały punkt w ofercie wydawniczej Egmontu. Nie może być inaczej, skoro scenarzysta bierze od lat udział w kreowaniu najważniejszych wydarzeń w Uniwersum DC mając przy tym moc decyzyjną. To on wprowadził czytelników w rzeczywistość Nowego DC, ale wcześniej też nie próżnował, o czym świadczą wydane u nas, trochę nie po kolei trzy albumy: “Green Lantern. Wojna z Korpusem Sinestro”, “Green Lantern. Najczarniejsza noc” oraz “Najjaśniejszy dzień”. Przy ostatnim z tytułów nie widzimy już frazy Zielona Latarnia, choć zarówno latarnię i pierścienie w nim znajdziemy. Tyle że tym razem – białe.

O tym, że korpusów dysponujących pierścieniami mocy jest więcej dowiedzieliśmy się w “Wojnie z korpusem Sinestro”. Pojawiły się inne ugrupowania z własnymi kolorami, a na koniec eventu miała mocne wejście jeszcze Czarna Latarnia, bo przecież musiała w końcu nadejść prorokowana od dłuższego czasu Najczarniejsza Noc. Podczas tego kolejnego wydarzenia wszystkie korpusy, niezależnie od koloru i przekonań musiały stanąć do walki z mocami Czarnej Latarnii i czarnych pierścieni. Stojący na czele Czarnego Korpusu Nekron miał moc przyzywania zmarłych, którzy walczyli potem po jego stronie (trochę jak  Nocny Król z cyklu fantasy George’a R. R. Martina), a ostatecznie skończyło się – jakby mogło być inaczej – manifestacją Białej Latarni. A także  ożywieniem przez nią wybranych bohaterów – zarówno tych super, jak i złoczyńców. I  w ten sposób możemy przejść do “Najjaśniejszego dnia”. 

Te całe zamieszanie z latarniami może wydawać się skomplikowane, ale Geoff Johns bardzo dobrze przygotował czytelników do tej długiej komiksowej podróży. W “Wojnie z korpusem Sinestro” mamy całą masę superbohaterów, ale też odpowiedni suplement, z zebranymi najważniejszymi informacjami na temat tego eventu i generalnie wszystkiego, co jest związane z Zielonym i Żółtym Korpusem – to bardzo pomaga w ogarnięciu tej pierwszej, skomplikowanej historii i przygotowuje do drugiej. Natomiast lektura “Najjaśniejszego dnia” po dwóch wcześniejszych eventach może być sporym i zarazem miłym zaskoczeniem. Cała twórcza uwaga w tej cegle złożonej z dwudziestu pięciu zeszytów jest poświęcona  dwunastu wskrzeszonym bohaterom (jednych będziemy widzieć częściej, innych rzadziej), którzy będą mieli do wykonania konkretne zadanie związane z pojawieniem się Białej Latarni i białych pierścieni. Na pierwszym planie jest tutaj Deadman czyli Boston Brandtw wersji, w której w zasadzie go nie widujemy, czyli jako całkiem przystojnego faceta skonsternowanego swoim powrotem do życia. I to do niego będzie należała główna misja, która ma przywrócić w uniwersum równowagę. 

Z zestawu wskrzeszonych bohaterów najbardziej rozpoznawalny jest Aquaman i Marsjański Łowca, także  Hawkman i Hawkgirl, na pewno Firestorm, ale już ktoś taki jak Hawk (Hank Hall) jest raczej poza radarem tych mniej zagorzałych fanów Uniwersum DC. Nie przeszkadza to jednak zaangażowaniu się w tę historię, co więcej fakt, że mamy tu do czynienia tylko w minimalnym stopniu z pierwszoplanowymi superbohaterami uniwersum (Batman, Superman, Wonder Woman) czyni “Najjaśniejszy dzień” dużo ciekawszym. Z czasem okazuje się, że wskrzeszeni bohaterowie (dlaczego właśnie padło na nich, a nie innych, którzy teoretycznie też zasługiwali na ten dar) są kierowani (choć czasem wydaje się, że wpuszczanie w maliny) przez tajemnicza istotę.  Entity narodziła się wraz z początkiem wszechświata, a teraz kieruje poczynaniami i przeznaczeniem wskrzeszonych bohaterów w sobie tylko wiadomym celu. I taki układ działa w zasadzie do finału komiksu,  a na dokładkę wątpliwości co do końcowego efektu przebiegu wydarzeń wyraża jedna z najbardziej lubianych przez czytelników postaci DC.

Lektura “Najjaśniejszego dnia”, który mimo pokaźnej objętości jest w istocie kameralną historią, z biegiem czasu staje się coraz bardziej satysfakcjonująca. Niemal wszyscy bohaterowie dostają tutaj sensowną, własną historię, które oczywiście muszą się ze sobą ostatecznie połączyć, ale w nienachalny sposób. Cała dwunastka nie jest jednak potraktowana równorzędnie w fabule. Kapitan Bumerang, Jade, Maxwell Lord, Ozyrys,  Profesor Zoom to raczej statyści i wygląda na to , że prawdopodobnie mieli większą rolę w seriach pobocznych eventu. “Najjaśniejszy dzień” to także w porównaniu z wcześniejszymi historiami Johnsa nagły skok jego narracyjnych umiejętności. Już wcześniej, w tych bardziej tradycyjnych łubudu eventach wyczuwało się ambicje scenarzysty w nadaniu swoim historiom większej wagi, także w wymiarze symbolicznym i to jest dobrze widoczne w “Najjaśniejszym dniu’. Nie ma tu pośpiechu, który cechował “Najczarniejsza noc”, historia rozwija się powoli ale konsekwentnie z zeszytu na zeszyt, dając odczuć czytelnikom, że mają do czynienia z czymś niezwykle istotnym dla całego uniwersum. Także ze względu na cenę, jaką poniosą wybrani superbohaterowie w inspirowanych przez Białą Latarnię wydarzeniach. 

W historiach Johnsa nie ma też miejsca na jakieś graficzne szaleństwa bądź eksperymenty, tak jakby posągowa, realistyczna kreska odpowiadała wadze jego historii na równi z przejrzystą kompozycją kadrów. Taką kreską dysponują Ivan Reis, tworzący do tej serii okładki David Finch, pojawia się też  Gary Frank, z którym scenarzysta stworzył także “Batmana. Ziemię 1” i “Zegar Zagłady”. Historie Johnsa muszą mieć odpowiedni wydźwięk, bohaterowie muszą być w nich poważni, dzieją się tutaj tylko ważne, doniosłe rzeczy. Pytanie, czy za jakiś czas, będą one w równym stopniu wspominane przez czytelników, jak wcześniejsze kamienie milowe Uniwersum DC? Czy bardziej mamy jednak do czynienia głównie z porządnym, komiksowym rzemiosłem, rozdmuchanym przez wagę opowiadanych historii? Cóż, czas pokaże. 

Najjaśniejszy dzień

Nasza ocena: - 75%

75%

Scenariusz: Geoff Johns i inni. Rysunki: Ivan Reis i inni. Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz. Egmont 2022

User Rating: Be the first one !

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki" i Instytutu Książki, jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku.

Zobacz także

Raz i na zawsze, tom 2: Staroangielski – dokąd opowieść ta zmierza? [recenzja]

Kieron Gillen hojną ręką korzysta z zasobów mitów i tradycji kultury, w drugim tomie swojej …

Leave a Reply