Nawiedzony dwór w Bly – uwierz w ducha [recenzja]

Dwa lata temu Netflix pozytywnie zaskoczył fanów serialową adaptacją „Nawiedzonego domu na wzgórzu” Shirley Jackson. Jeden sezon dla udanego serialu nie mógł być wystarczający – a skoro za kamerą staje ten sam reżyser i kompletuje niemal identyczną obsadę, to musi być dobrze, prawda?

No właśnie nie do końca. Zanim jednak przejdziemy do próby przeanalizowania tego co w „Nawiedzonym dworze w Bly” poszło nie tak, warto przyjrzeć się sylwetce reżysera i zarazem autora scenariusza – mamy tu bowiem nikogo innego, jak Mike’a Flanagana, czyli jednego z najbardziej obiecujących nazwisk wśród młodych horrorowych twórców. To ten sam facet dzięki któremu zeszłoroczny „Doktor sen” lśnił na miarę oryginału, a wcześniej jeszcze dość nietypowo usiłował napędzić nam stracha w „Hush”.

No i właśnie –  nietypowo to słowo odpowiednie o tyle, że dzieła Flanagana stoją jak się zdaje w opozycji do tego co uznajemy za nowoczesny model filmów grozy. Nie znajdziemy tu zawrotnych ilości wyskakujących zza ściany jumpscare’ów, nie powinniśmy spodziewać się też zawrotnego tempa – Amerykanin stawia zamiast tego na osaczanie nas gęstym klimatem i metodycznym podbijaniem stawek, co do tej pory udanie windowało jego dokonania w pewien sposób do rangi horrorowej sztuki. Charakterystycznej dla złotego okresu grozy z przełomu lat 80’ i 90’, ale niekoniecznie mieszczącej się w granicach tolerancji oczekującego bezpretensjonalnej rozrywki widza.

Tak też z początku jawi się jego najnowsza produkcja. „Nawiedzony dwór w Bly” opowiada przede wszystkim historię opiekunki do dzieci, która zatrudnia się w tytułowej brytyjskiej posiadłości, by tam zająć się osieroconym rodzeństwem. Początkowo przygniatająca rozmachem architektura, we właściwy dla filmowego horroru sposób z wolna okazuje się pułapką bez wyjścia, a na jaw wychodzą dawno skrywane sekrety, kryjące się tylko za murami budynku – ale przede wszystkim motywacjami jego mieszkańców.

To drugie rzuca się zresztą w oczy całkiem szybko, bo garnitur bohaterów w „Nawiedzonym dworze w Bly” jest jak na horror całkiem rozbudowany i cokolwiek by o nim nie mówić, u kogokolwiek ze średnio rozwiniętym instynktem samozachowawczym, z miejsca zapalający lampki ostrzegawcze. Mamy więc izolująca się od reszty opiekunkę domu Hannah, mamy ewidentnie podejrzane dzieciaki które zdają się widzieć więcej niż dorośli, jest też enigmatyczna ogrodniczka. W tym momencie spodziewamy się sporej dawki wykładniczo wzrastającego napięcia. Nie możemy być w większym błędzie.

„Nawiedzony dwór w Bly” początkowo rzeczywiście wywołuje swego rodzaju zaniepokojenie udanym zastosowaniem wiktoriańskiej scenografii i tajemnicą – ale wrażenie to wyparowuje tym bardziej, im dalej Flanagan zagłębia się w meandry fabularne. Co doskonale funkcjonowało bowiem w „Doktorze śnie”, tutaj otrzymujemy w dawce rozciągniętej ponad trzykrotnie dłużej – i w końcu zaczynamy dość boleśnie odczuwać brak tej istotnej „iskry zapłonowej”, która na tych najlepszych z horrorów powoduje, że nerwowo oglądamy się za siebie. Kiedy zaś uświadomimy sobie, że nie mamy też na co liczyć w materii budzących nas z letargu jumpscare’ów, zaczniemy wzdychać ze zniecierpliwieniem, obserwując jak całość skręca ze spodziewanych regionów grozy w – jakkolwiek by to nie brzmiało – obyczajowy dramat udekorowany odrobiną romansu. W momencie gdy to się dzieje, okazyjnie wtrącane elementy przypominające nam o tym, czym „Nawiedzony dwór w Bly” powinien w istocie być, sytuacji nijak już nie są w stanie uratować.

Mamy więc do czynienia ze słabym, bo przesadnie rozwleczonym horrorem i niekoniecznie oryginalną historią miłosną, opowiedzianymi z leniwą manierą która nadałaby się na długi metraż – ale już niekoniecznie serial. Na nic zdają się niezłe występy powracających do serii Olivera Jacksona-Cohena i Victorii Pedretti, skoro ich postaci, jakkolwiek bogate w historie, stają naprzeciw wymęczonego scenariusza.

„Nawiedzony dwór w Bly” to więc mimo sporych nadziei jednak zawód. Niekoniecznie skazany na całkowite potępienie, ale z pewnością nie oferujący powiewu świeżości jak jego poprzednik. Obejrzeć więc można… tyle że na zbliżające się Halloween znajdziemy niejedną bardziej pasjonującą propozycję.

Foto © Netflix

Nawiedzony dwór w Bly

Nasza ocena: - 60%

60%

Reżyseria: Mike Flanagan. Obsada: Oliver Jackson-Cohen, Victoria Pedretti, Amelia Eve i inni. USA, 2020 (Netflix).

User Rating: Be the first one !

Maciej Bachorski

Maciej Bachorski
Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i przyzwoitej (znaczy, nie tylko single malt) whisky. Pisywał dla "Playboya", "PIXELA", czy "Wiedzy i Życia", a obecnie współpracuje z "Nową Fantastyką", "CD-Action" i "Netfilmem".

Zobacz także

Zero Zero Zero – pajęcza sieć zbrodni [recenzja]

Roberto Saviano. Fani współczesnych opowieści o przestępczości zorganizowanej strzygą uszami, przypominając sobie znakomitą „Gomorrę”. Serialowa …

Leave a Reply