Gorący temat

Nocna msza – co czai się w mroku [recenzja]

Mike Flanagan to niewątpliwie jeden z najciekawszych reżyserów młodego pokolenia. Od „Nawiedzonego domu na wzgórzu” przez doskonałe zrozumienie Stephena Kinga jaką okazał się „Doktor sen”, po pomysłowe „Hush” – niemal każdy jego film udowadnia, że by straszyć wcale nie trzeba lawiny jumpscare’ów.

Nie inaczej jest i tym razem – autorska „Nocna msza” definitywnie podejmuje walkę z trapiącymi współczesny horror stereotypami i zarazem schematami, by stawiać przede wszystkim na atmosferę w miejsce nagłych ataków dźwiękiem.

W liczącym siedem odcinków miniserialu trafiamy na Crockett Island – stanowiącą ojczyznę niewielkiej społeczności, odizolowaną wyspę, do której po latach nieobecności wraca Riley Flynn. Bynajmniej nie jest to jednak radosny powrót – po tym, jak po pijanemu spowodował wypadek samochodowy i śmierć innej uczestniczki ruchu drogowego, mężczyzna trapiony jest poczuciem winy i niemal z miejsca dotyka go społeczny ostracyzm. Tymczasem wśród społeczności Crockett Isalnd pojawia się nowy powód do wzburzenia – oto wieloletni prałat Pruitt któremu parafianie zafundowali podróż do Ziemi Świętej, zostaje niespodziewanie zastąpiony przez młodego księdza, ojca Paula. Nikt nie może spodziewać się jednak, że jego pojawienie się da początek całej serii cudownych, a jednocześnie niepokojących wydarzeń. Wkrótce wszyscy będą zmuszeni się przekonać również jak cienka jest granica między wiarą a fanatyzmem, a także między dobrem a złem – i być może dowiedzą się przy tym o samych sobie rzeczy, które na zawsze chcieliby ukryć przed światłem dziennym.

Jako słowo się rzekło na wstępie, „Nocna msza” do całkowicie autorski projekt Mike’a Flanagana. Podstawą dla scenariusza nie była zatem powieść czy komiks, a cała historia jest zbudowana jest niemal od zera. Słowo-klucz to w tym wypadku niemal – trudno nie zauważyć bowiem, że pewne elementy składające się na fabułę miniserialu są jako żywo zapożyczone z twórczości wymienionego wcześniej, samego Stephena Kinga. Odizolowana społeczność, mroczne sekrety, owinięta w całun pozornej normalności groza, czy wreszcie gawędziarski, mocno skupiony na szarej codzienności i powolnym budowaniu napięcia styl całości to cechy które bez pudła można przypisać twórczości literackiego mistrza grozy – a na nich podobieństwa się nie kończą. Czy to z gruntu źle? Bynajmniej – „Nocna msza” w odświeżający sposób przedkłada atmosferę nad wyskakujące zza rogu straszydła, a dzięki temu gęsią skórkę wywołuje znacznie efektywniej, zazwyczaj potrafiąc brać nas z zaskoczenia.

Efektem ubocznym takiego podejścia jest stosunkowo wolne tempo – wzorem swego literackiego mentora, Flanagan swa uwagę kieruje na bohaterów, uwydatniając ich psychologię i motywacje. Działa to dwojako – z jednej strony im dalej w historię, tym gęściej napotkamy postaci o których mamy wyrobione własne zdanie, z drugiej mimo wszystko, dla osób które preferują szybsze zawiązanie akcji, całość może wydawać się nieco przegadana. Tym bardziej, że Flanagan mocno skupiony na konflikcie religii z ateizmem scenariusz bez żadnego zawahania wzbogaca o kilka długich, filozoficznych dysput. Kiedy Riley i Erin rozmawiają o tym jak według ich wizji może wyglądać życie po śmierci, będziemy albo parskali ze znużenia, albo z uznaniem kiwali głową wobec tak wnikliwej analizy. Słowem – taki rodzaj opowiadania historii trzeba po prostu lubić, Nie da się jednak ukryć, że całość definitywnie ma ambicje by być czymś więcej niż tylko generatorem skoków poziomu adrenaliny we krwi – i choćby tylko z tego względu, można już „Nocną mszę” polecić.

Innym jest niewątpliwie wysoki poziom realizacyjny całości. Scenografia jest w zasadzie bezbłędna, a kolejne kadry rysują nam obraz przeżartej rdzą i rozkładem podupadającej społeczności, fałszywą nutę ciężko wyczuć również u aktorów. Fenomenalne występy notują zwłaszcza Hamish Linklater w roli enigmatycznego ale też przepełnionego dobrocią (czy na pewno?) Ojca Paula, Zach Gilford jako targany poczuciem winy Riley Flynn i Samantha Sloyan, kreująca postać znanej z „Mgły” Pani Carmody w wersji 2.0.

Innymi słowy, „Nocna msza” Mike’owi Flanaganowi się udała. Nawet jeśli spoglądając na całość z lotu ptaka można zauważyć tu na tyle dużo mniej lub bardziej oczywistych nawiązań do twórczości Stephena Kinga, że zaczynamy się zastanawiać nad tym czy rzeczywiście możemy mówić wciąż o wspomnianym kilka akapitów wyżej autorskim pomyśle, takie historie też trzeba umieć kręcić. A Amerykanin zdecydowanie to potrafi.

Foto © Netflix

Nocna msza

Nasza ocena: - 75%

75%

Reżyseria: Mike Flanagan. Obsada: Hamish Linklater, Zach Gilford, Samantha Sloyan i inni. USA, 2021.

User Rating: Be the first one !

Maciej Bachorski

Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i przyzwoitej (znaczy, nie tylko single malt) whisky. Pisywał dla "Playboya", "PIXELA", czy "Wiedzy i Życia", a obecnie współpracuje z "Nową Fantastyką", "CD-Action" i "Netfilmem".

Zobacz także

Doom Patrol, sezon 3 (odcinki 1-3) – szczęśliwi przez chwilę [recenzja]

W trzecim sezonie “Doom Patrolu”, serial można rzec odnalazł swój właściwy, narracyjny  rytm. Efektem jest …

Leave a Reply