Gorący temat

Noir Burlesque, tom 1 – smooth criminal [recenzja]

Enrico Marini w ostatnich latach był rzadkim gościem na naszym komiksowym rynku. Zmieni się to w przyszłym roku, za sprawą egmontowskich reedycji starszych tytułów artysty, a na zachętę dostaliśmy najnowszy album Mariniego, “Noir Burlesque”.

Enrico Marini czego się nie dotknie, zamienia to w graficzne złoto. Ostatnim jego albumem wydanym w Polsce był przepiękny “Batman. Mroczny książę z bajki”, można powiedzieć wyjątek w twórczości włoskiego artysty. Przez lata tworzył on rysunki do bardzo zróżnicowanych gatunkowo historii, w Polsce wydane były między innymi historyczne “Orły Rzymu”, westernowa “Gwiazda południa”. czy sensacyjny “Cygan”. W każdym z tych tytułów artysta szlifował swoją nienaganną kreskę, dając czytelnikom komiksy, które wzbudzają u odbiorcy estetyczną satysfakcję. Ten trend kontynuuje “Noir Burlesque”, w którym oprawa graficzna czasami aż przytłacza opowiedzianą tu historię. 

Już w samym tytule zawarte są  artystyczne tropy, którymi tym razem podąży Marini, a okładka komiksu tylko je potwierdza. Mamy do czynienia z klasycznym kryminałem noir i to – przynajmniej w pierwszym tomie – w pełnym tego słowa znaczeniu, bez żadnych postmodernistycznych zagrywek i mrugania okiem do współczesnego czytelnika. Jakby twórca chciał nam powiedzieć, że wystarczy najprostsza z możliwych historii pokazana w odpowiedni sposób, aby móc się w niej rozsmakować. Pytanie, czy dla tegoż współczesnego czytelnika to wystarczy?

Gangsterzy, femme fatale, Las Vegas, gdzieś w tle echa Hollywood. Przystojny mężczyzna, na którego wołają Slick pojawia się w mieście hazardu po latach nieobecności, które spędził po części na polach bitew drugiej wojny światowej. Przyjechał tutaj za swoją miłością, Debbie Hollow, która jak sam mówi mu prosto w oczy, czekając na niego wytrzymała tylko trzy miesiące. Teraz jest nie tylko partnerką gangstera Rexa, ale też główną atrakcją rewii w nocnym klubie. A skoro w tytule mamy burleskę, to właśnie dostajemy ją w komiksie za sprawą Debbie, której występy rozgrzewają do czerwoności męskie tłumy obserwujące ponętną gwiazdkę. Teraz, kiedy w jej życiu ponownie pojawia się przystojny Slick dobrze wiemy, że całe jej życie zostanie wywrócone do góry nogami. Zresztą nie tylko jej, bo  Slick i Rex mają niezałatwione sprawy, których ten drugi nie zamierza już odkładać.

To historia, która jest można powiedzieć esencją kryminału noir. Na razie to tylko fabularne  preludium, które przebiega w zasadzie bez żadnych zaskoczeń i być może dokładnie takie było założenie artysty, abyśmy niemal namacalnie mogli poczuć ów klimat klasycznego kryminału. I mimo, że fabułę czytamy bez większych emocji, to co i rusz zatrzymujemy się nad poszczególnymi kadrami bądź większymi planszami bez podziałów na kadry, aby kontemplować widoki nocnego miasta, czy nawet cieszyć oko wycyzelowanym rysunkiem schodów pożarowych na tyłach budynku. O to właśnie chodzi Mariniemu, o sięgnięcie do samych, utrwalonych w popkulturze źródeł, byśmy mogli cieszyć się graficzną i fabularną konwencją dzieła noir. Paleta kolorów zbudowana na czerniach i brązach z domieszką różnych odcieni czerwieni po prostu cieszy oko, jak w mało którym komiksie. Pytanie, czy jest to rzecz tylko dla koneserów jest zasadne, a jednak dobrze by było, żeby jak największa liczba czytelników miała możliwość cieszenia oczu tą klasyczną historią. 

Noir Burlesque, tom 1

Nasza ocena: - 70%

70%

Scenariusz i rysunki: Enrico Marini. Tłumaczenie: Maria Mosiewicz. Egmont 2022

User Rating: Be the first one !

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki" i Instytutu Książki, jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku.

Zobacz także

Rorschach – druga fala kosmicznych kałamarnic [recenzja]

Rorschach był jednym z najbardziej charakterystycznych bohaterów “Strażników” Alana Moore’a. Czy nowy album z Egmontu …

Leave a Reply