Gorący temat

Maska, tom 3: Przysięga wierności – właściwy bohater na właściwe czasy [recenzja]

Trzeci tom “Maski” przynosi całą masę zaskoczeń, choć nie zawsze są to zaskoczenia na plus. Z jaką dawką  szaleństwa  będziemy mieli tym razem do czynienia?

Nowa “Maska”, na okładce której widnieją raczej nie znane polskim czytelnikom nazwiska twórców, to rzecz stosunkowo świeża, już o całe lata świetlne odbiegająca od swojego filmowego odpowiednika. Trzeci tom jest bowiem wypełniony dawką okrucieństwa i zjadliwej satyry aż po brzegi i w dużym stopniu zrywa z jajcarskim charakterem poprzednich, komiksowych odsłon “Maski”. Rozpoczynając lekturę, już po chwili zachodzimy w głowę, co też tu się porobiło? No dobra, to po kolei.

Nowa “Maska”, na okładce której widnieją raczej nie znane polskim czytelnikom nazwiska twórców, to rzecz stosunkowo świeża. Pierwsze zaskoczenie to objętość komiksu. Przy dwóch poprzednich omnibusach trzecia część wygląda pod tym względem jak wychudzony kuzyn. I rzeczywiście, mamy tutaj raptem cztery, tak jest, tylko cztery zeszyty oryginalnego wydania, co znaczy że ledwie zaczniemy czytać tę historię, to zaraz ją kończymy. 

Po drugie, kolejne zaskoczenie to rysunki. Gdzieś zniknęła cała ta jaskrawość i umowność serii, w zamian mamy grafiki jakby wyjęte z “Punishera MAX”, żeby być bardziej dokładnym, chodzi o te, które wychodziły spod ręki znanego także z “BBPO”, Laurenca Campbella. W nowej “Masce” rysunki Patricka Reynoldsa kreują przed nami wizję odpychającego, ponurego świata oraz bohaterów, z którymi raczej trudno będzie nam się utożsamić. 

Po trzecie w tym tomie na pierwszy planie jest polityka i wybory na prezydenta i tu trzecie zaskoczenie – powracają starzy znajomi z poprzednich tomów. Co prawda nie zobaczymy tu (prawie) niezniszczalnego Waltera, ale jest gliniarz Kellaway oraz Kathy Matthews, którą dobrze pamiętamy  z pierwszego tomu ze wspólnych perypetii ze zmarłym Stanleyem Ipkissem. Kellaway jest co prawda na emeryturze, ale Kathy, zupełnie inna od tej jaka ją zapamiętaliśmy, to po prostu twarda babka (chciałoby się rzec, zimna suka), na dodatek kandydująca na prezydenta USA. No cóż, jak możemy się spodziewać, będzie się działo, kiedy jej kontrkandydatem będzie nie kto inny, tylko sam Wielki Łeb.

Po czwarte, to już jest naprawdę “Maska” na ostro, z rzucanymi gęsto przekleństwami i mało zabawowym charakterem. A jednak Wielki (zielony) Łeb pasuje do tej historii, tak jakby nastały odpowiednio pojebane czasy, by mógł poczuć się całkowicie w swoim żywiole. W pierwszym odruchu podczas lektury reagujemy wrogo na tę zmienioną konwencję, w zasadzie na same zmiany, czy też rodzaj komiksowego świętokradztwa, którego dopuścili się nowi twórcy, ale z czasem musimy im jednak przyklasnąć. Najwyraźniej ich zielony bohater znalazł się we właściwych czasach, kiedy jego populistyczne szaleństwo jest powszechnie tolerowane. W zasadzie to smutna lektura, mimo zapełniających ją radosnych psychopatów, a także rodzaj łabędziego śpiewu dla starych bohaterów, tych którzy doświadczyli osobistej styczności z artefaktem i tym sposobem zostali naznaczeni na całe życie. Mocna rzecz, nieco chaotyczna, ale zapadająca w pamięć.

Maska, tom 3: Przysięga wierności

Nasza ocena: - 65%

65%

Scenariusz: Christopher Cantwell. Rysunki: Patrick Reynolds. Tłumaczenie: Marceli Szpak. Non Stop Comics 2022

User Rating: Be the first one !

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki" i Instytutu Książki, jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku.

Zobacz także

Rorschach – druga fala kosmicznych kałamarnic [recenzja]

Rorschach był jednym z najbardziej charakterystycznych bohaterów “Strażników” Alana Moore’a. Czy nowy album z Egmontu …

Leave a Reply