Gorący temat

Samotność komiksiarza – i jakoś trzeba z tym żyć [recenzja]

“Samotność komiksiarza” to świetna lektura, nie tylko dla wielbicieli komiksów. Adrian Tomine wziął na cel codzienność artysty i w tym aspekcie to rzecz uniwersalna. Razem z autorem celebrujemy w tej biografii również niszowość jego profesji, ponieważ tak ułożyło mu się w życiu, że przecież został komiksiarzem. 

Dwa wcześniejsze komiksy Adriana Tomine, “Śmiech i śmierć” i “Niedoskonałości” zostały bardzo dobrze przyjęte przez polskich czytelników, którym spodobało się spojrzenie amerykańskiego autora japońskiego pochodzenia na współczesną obyczajowość w jej różnych postaciach. W najnowszym komiksie, zatytułowanym nomen omen “Samotność komiksiarza” Tomine tym razem przygląda się z uwagą samemu sobie, dzięki czemu dostajemy rodzaj biografii skupionej na zawodowym (choć w dalszej części również na rodzinnym) życiu autora. Czy to może być ciekawa, a nawet odkrywcza lektura? Na pewno dla samego autora, który odkrył, że własne, codzienne życiowe udręki, doznawane zniewagi oraz fobie mogą być bodźcem do napisania tego rodzaju historii.

Ważny dla niej jest sam sposób wydania komiksu. Kultura Gniewu stanęła tu na wysokości zadania i wydała “Samotność komiksiarza” w formie notesu ze stronami pokrytymi kratką, co nadaje historii Tomine’a przyjazny i intymny charakter. Za tę formę wydania “Samotność komiksiarza” już na wstępie dostaje od czytelnika solidny kredyt zaufania, a jak już zaczniemy lekturę, robi się jeszcze lepiej.

Zanim autor rozpocznie główną historię, w prologu cofamy się do jego dzieciństwa dowiadując się, że już wtedy rysowanie i zbieranie komiksów było dla niego niezmiernie ważne. Kiedy jako nowy uczeń ogłasza to przed całą klasą w odpowiedzi słyszy śmiech i to w jakimś stopniu naznacza go na całe życie. Komiksy przecież wciąż funkcjonują jako rodzaj niepoważnej rozrywki, dlatego zawód komiksiarza też jawi się jako coś niepoważnego, a   przy tym mało popularnego, jak w cytacie Daniela Clowesa występującym tu w roli motta. Clowes zapytany pewnego razu jak to jest być jednym z najsłynniejszych komiksiarzy wypalił:  “To jak bycie najsłynniejszym badmintonistą”. No dobrze, w Ameryce są przecież  wielkie gwiazdy (czyżby?) od komiksów superbohaterskich, ale ta część komiksiarzy, którym wydaje się, że twierdzenie iż piszą powieści graficzne jest w jakiś sposób nobilitujące, tak naprawdę robi tylko dobrą minę do złej gry. 

Z takim bagażem, niepoważanego komiksiarza Tomine zmaga się, jeśli prześledzimy opisane tu lata twórczych doświadczeń, od 1995 roku, czyli od czasu kiedy został zaproszony jako komiksowy artysta na konwent w San Diego. To co miało być wielką przygodą staje się dla niego upokarzającym spektaklem i to rozgrywanym później wielokrotnie – bo do początkujących twórców, najczęściej od alternatywnych komiksów, znanym wąskiej grupie odbiorców  nikt nie podchodzi po autograf. I jakoś trzeba z tym żyć.

Zapewne wielu polskich komiksowych twórców będzie mogło utożsamić się z doświadczeniami Tomine’a, a nawet podbić stawkę, bo czy któryś polski komiksiarz jest w stanie żyć tylko z komiksów? Odsuwając jednak na bok sprawy materialne, każdy prawdziwy fan komiksu i każdy twórca komiksowy będzie czuł rodzaj wspólnoty podczas lektury albumu Tomine’a i każdy będzie czuł dziką radość podczas najbardziej sympatycznego fragmentu komiksu (tego, w którym Tomine pokazuje dzieciakom różne sposoby rysowania), by w jego puencie zostać razem z autorem od razu sprowadzonym na ziemię. 

W ogóle ciężko jest oddzielić własne doświadczenie komiksowe od doświadczenia autora i najlepiej byłoby, gdyby tę recenzję pisał ktoś, kto ma mało styczności z naszym ukochanym medium, by móc ocenić pisarstwo Tomine’a z szerszej perspektywy, bez masy komiksowych naleciałości. Tylko czy znajdzie się ktoś taki? Ktoś, kto doceni całą twórczą pracę włożoną w tę historię do jej cudownej ( w przeciwieństwie do tej poprzedniej)  puenty, która jest jedną z najpiękniejszych odpowiedzi na pytanie, którego twórcy raczej nie lubią i starają się unikać: skąd czerpiesz inspiracje do swoich komiksów? Pierwsze co się zazwyczaj ciśnie się na usta, to krótkie szczeknięcie, że z dupy. Jednak to właśnie “Samotność komiksiarza” autorstwa zestresowanego twórcy z artystycznej niszy, odpowiada na nie w końcówce w najlepszy z możliwych sposobów.

 

Samotność komiksiarza

Nasza ocena: - 80%

80%

Scenariusz i rysunki: Adrian Tomine. Tłumaczenie: Wojciech Góralczyk. Kultura Gniewu 2022

User Rating: Be the first one !

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki" i Instytutu Książki, jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku.

Zobacz także

Rorschach – druga fala kosmicznych kałamarnic [recenzja]

Rorschach był jednym z najbardziej charakterystycznych bohaterów “Strażników” Alana Moore’a. Czy nowy album z Egmontu …

Leave a Reply