Gorący temat

Ostatni brzeg – bolesny realizm przemijania w cieniu atomowej zagłady [recenzja]

„Ostatni brzeg” Nevila Shute to najsmutniejsza powieść, jaką będziecie mieli okazję przeczytać. Jej ponury, depresyjny i gorzki przekaz jest jednak nadal boleśnie aktualny. Może w mniejszym stopniu, niż w okresie, kiedy powstawała, bo i widmo nuklearnej zagłady nieco się od nas oddaliło, nie kładzie się już tak długim cieniem nad naszą codziennością. Jednak zagrożenie wynikające z nieposkromionych ambicji dominacji jednym państw (i ich przywódców) nad innymi, wbrew pozorom, wcale nie minęło. Shute w niezwykle realistyczny sposób pokazuje co by było gdyby ktoś kiedyś jednak nacisnął przysłowiowy „czerwony guzik”.

Literatura postapo ma długą historię i wiele twarzy. Często nuklearna zagłada stanowiła przyczółek dla twórców, punkt wyjścia do kreowania sensacyjno – przygodowych fabuł, w których wydźwięk społeczny czy moralny schodził na dalszy plan. Niejednokrotnie postapo skupiało się (i skupia) na kreacji świata skażonego radioaktywnym opadem, i (prawie) niezdatnego do życia, w jakim próbują funkcjonować ocalałe resztki ludzkości. W „Ostatnim brzegu” nie uświadczymy nic z podobnego sztafażu. Brak tu typowej, postapokaliptycznej scenografii. Zagłada nuklearna owszem, objęła północną półkulę, zniszczyła Amerykę Północną i Europę, ale oszczędziła, tymczasowo, antypody – właściwe miejsce akcji w powieści. Dopiero w następstwie atomowej wojny, rok po jej zakończeniu radioaktywny opad zaczął powoli, acz nieubłaganie zbliżać do Australii, obejmując swoim zasięgiem wpierw Afrykę i Amerykę Południową.

Australijczycy są świadomi nadciągającej klęski, przed którą nijak uchronić się nie mogą. Wiedzą, że umrą, że koniec nastąpi w przeciągu kilku miesięcy. I ten właśnie okres to z gruntu właściwy czas akcji. I najbardziej przejmująca wizja ostatków ludzkiej społeczności, próbujących pogodzić się z nieuchronnością własnego przemijania, które precyzyjnie osadzone jest w czasie, pozbawione tej napędzającej nasze działania i motywacje nieoznaczoności. Każdy z bohaterów powieści wie dokładnie, nawet nie to, że dosięgnie go śmierć, ale też – z dokładnością do dni, czy tygodni – kiedy to nastąpi. Życie z brzemieniem takiej świadomości to gigantyczne obciążenie, konfrontowane z rozpaczliwymi próbami przeżycia godnie, lub choćby zwyczajnie pozostałego okresu. A świat się przecież nie zatrzymał, przynajmniej tu, w Australii. Ludzie żyją, kochają, pragną. Rodzą się dzieci, zawiązują przyjaźnie, trwają małżeństwa. Budzą pasje i tajone instynkty, które w obliczu końca czasów wreszcie zyskują szansę na wyartykułowanie, ucieleśnienie.

Bohaterowie powieści mają bolesną świadomość, jak niewiele czasu im zostało, ale jedni odpychają od siebie tę świadomość, inni poddają się jej, popadając w rezygnację i marazm, a czasem w stoicką, wyzutą z emocji stagnację. Jeszcze inni próbują funkcjonować tak, jakby nic się nie wydarzyło złego, jakby nic gorszego nie miało się wydarzyć. Autor nie rozwija tu wizji globalnej fali nihilizmu, wzbudzonego nieodległym i nieuchronnym kresem, rozlewającego się po społeczności ostatniego z ocalałych kontynentów,. Pokazuje kurczowe, beznadziejne w swej bezcelowości, próby otrzymania hierarchicznych struktur społecznych i politycznych, zapewnienie ciągłości w funkcjonowaniu państwa, a nawet wątłych i nielicznych relacji międzynarodowych, choćby z przedstawicielami amerykańskich okrętów podwodnych, włączonych (w wyniku utraty rodzimego dowództwa) w struktury armii australijskiej.

To powieść obyczajowa. Skupiona na międzyludzkich relacjach, na portretowaniu jednostek, które skonfrontowane z myślą o pozostałych im ledwie kilku miesiącach życia próbują nie poddawać się rozpaczy i beznadziei, ale… żyć. Po prostu. Ostatnie tygodnie, miesiące. Żyć w druzgocącej świadomości, że przyszłego roku już nie będzie, więc nie ma sensu jakichkolwiek planów odkładać na przyszłość.

Współczesnego, zwłaszcza młodszego czytelnika może nieco deprymować język powieści, ciut archaiczny, względem dzisiejszych czasów. Ale i relacje pomiędzy postaciami, zwłaszcza w kontekście niedoszłego romansu Moiry i Dwighta, mogą zdawać się odrealnione, zbyt przesycone ilością konwenansów i zachowawczości. Ale to obraz tamtych czasów, kiedy obyczajowość była znacząco inna, więc i międzyludzkie relacje wyglądały inaczej. W dzisiejszych czasach, my, współcześni postępowalibyśmy z pewnością zgoła inaczej. Bylibyśmy bardziej śmiali, odważniejsi, bezpośredni w formułowaniu pragnień i oczekiwań. W czerpaniu rozpaczliwej radości z ostatnich chwil, jakie nam zostały. Ale – w samym trzonie – jest w wizji Shute pewne, przepełnione bolesnym smutkiem, piękno. Piękno ludzkich zachowań. Honorowych, pełnych uczciwości, ciepła, miłości. Piękno kurczowego trzymania się zwykłej ludzkiej godności, w tych ostatnich chwilach, kiedy zdaje się, że nic już nie jest cokolwiek warte.

Ponowne odczytanie tej powieści (pierwszy raz miałem okazje czytać ją około siedmiu, ośmiu lat temu) nie straciło nic ze swojego niesamowicie przygnębiającego, ale i wzruszającego wydźwięku. Ostatnie strony, końcowe sceny nadal, mimowolnie, choć już tym razem wiem, czego się spodziewać, wzbudzają łzy. Bo łatwo – może za łatwo, w obliczu towarzyszących nam, współczesnych, globalnych obaw i zagrożeń, które je powodują? – podzielić ten ból, z jakim mierzą się powieściowi bohaterowie? Nie jest tak naprawdę aż tak trudno odchodzić samemu. O wiele trudniej, bardziej boleśnie jest patrzeć, jak odchodzą najbliżsi. Nie przeraża postaci w książce ich własna śmierć tak bardzo, w takim stopniu, jak mocno dotyka ich przemijanie żon, dzieci, rodziców. Albo i tych, którzy – w innym miejscu, w innym czasie – mogliby stać się kimś najbliższym, ale już nie zdążą…?

Powieściowy świat kończy się spokojnie, niejako we śnie. Z dnia na dzień gaśnie, jak gasną kolejne przekazy z co bardziej oddalonych miejscowości, pochłanianych systematycznie przez radioaktywny opad. A wizja Shute bardzo mocno wybrzmiewa jeszcze długo po zakończeniu lektury, po przeczytaniu ostatnich stron powieściowych stron i zdań. Gorzkie wnioski, formułowane w jej finale okazują się boleśnie trafne i w dzisiejszych czasach. Bo choć nie przewidzimy, jaki koniec może nas spotkać, łatwo odgadnąć, co będzie tego końca przyczyną. Bo, jak pisze autor „Bywają idiotyzmy, których po prostu nie da się przerwać. (…) Nadzieja byłaby tylko w wypadku, gdyby się ich zaczęło uczyć rozumu”. Bohaterowie „Ostatniego brzegu” nie zdążyli. My wciąż mamy jeszcze czas, pamiętajmy o tym.

Ostatni brzeg

Nasza ocena: - 90%

90%

Nevil Shute. Dom Wydawniczy Rebis 2021

User Rating: Be the first one !

Mariusz Wojteczek

Rrocznik '82. Obecnie Krakus, trochę z przypadku, trochę z zasiedzenia. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4” i „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. W 2018 wydał autorski zbiór opowiadań „Ballady morderców”. Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie i popkulturze – w takiej właśnie kolejności.

Zobacz także

Ostateczne rozwiązanie – mroczniejsza wersja II wojny światowej [recenzja]

Robert Szmidt po raz kolejny – po niedawnych „Szponach smoka. Zgasić słońce”, podejmuje się pisania …

Leave a Reply